O aktorce, która dzięki roli w filmie stała się przypadkiem historykiem idei

Z czym Wam się kojarzy słowo „manifest”? Macie zapewne wiele pomysłów na odpowiedź. Było tych manifestów w historii ludzkości już sporo. A co powiecie na manifest(y)-scenariusz i jedną aktorkę, która wygłasza je w trakcie trwania filmu w różnych stylizacjach przez półtorej godziny? Dzieło pt. „Manifesto” (reż. Julian Rosefeldt) wspomina radykalne manifesty jakże burzliwego wieku XX. Widzowie na świecie mogli oglądać film w 2015 r., polska dystrybucja miała miejsce w zeszłym roku. W roli głównej obsadzono Cate Blanchett.

Czas przyjrzeć się pojęciu manifest. Tradycyjnie sięgam w tym celu po książki z mojej biblioteczki. „Słownik szkolny. Terminy i pojęcia historyczne” Bogdana Snocha zaznacza, że słowo „manifest” oznacza z języka łacińskiego (manifestus) „jawny”. Może to być: „orędzie, uroczysta odezwa władzy zwierzchniej do narodu bądź deklaracja publiczna organizacji społecznej, partii politycznej lub grupy literackiej zawierająca program ich działania lub wyrażająca ich stanowisko”. Ciekawą definicję podaje „Wielki słownik wyrazów obcych i trudnych” Andrzeja Markowskiego i Radosława Pawelec. Jest ona dokładniejsza od poprzedniej. Pozwólcie, że pokrótce zacytuję najważniejsze informacje: „manifest – uroczysta odezwa władcy lub władzy do narodu zazwyczaj zawierająca program działania politycznego, informacje o planowanych reformach, deklaracje dotyczące zagwarantowania obywatelom pewnych praw; pismo – zwykle artykuł lub broszura – w którym jakaś grupa, najczęściej polityczna lub artystyczna, formułuje swój program”. Sięgam jeszcze po „Szkolny słownik terminów literackich” Wydawnictwa Zielona Sowa. Manifest literacki to: „forma publicystyki literackiej, tekst zawierający założenia programowe grupy literackiej, prądu literackiego, pokolenia literackiego, często bardzo krytycznie oceniające stan kultury bądź odpowiedniej dziedziny sztuki, przy czym postulatom estetycznym i artystycznym często towarzyszą postulaty np. społeczne lub polityczne. Formułowanie manifest literacki może wiązać się z już funkcjonującym w kulturze typem twórczości lub też zapowiadać nowe zjawiska. Formułowanie manifestów literackich jest zjawiskiem charakterystycznym dla nowatorstwa literackiego, począwszy od przełomu romantycznego, a zwłaszcza dla współczesnych kierunków awangardowych. Manifest literacki może mieć postać traktatu poetyckiego, orędzia politycznego, rozprawy filozoficznej, ody”.

Sporo tych definicji. Ale przed obejrzeniem filmu (lub po) warto sprawdzić parę pojęć, pada ich w filmie co niemiara. Czy Guwernantka może napisać manifest? Dlaczego by nie. Dajcie mi czas, a następny wpis być może będzie moim manifestem o lifelong learningu, co Wy na to?

Mam w swojej biblioteczce nietypowy leksykon. Jest to leksykon ludzkich osobowości pod nazwą „Leksykon buntowników” Maxa Cegielskiego. Bo ktoś kto pisze, a potem ogłasza manifest, w  moim odczuciu jest buntownikiem. W filmie „Manifesto” zetkniemy się m.in. z manifestem surrealizmu i futuryzmu. Nie sposób w  jednym poście wymienić wszystkich bohaterów „Leksykonu…”. Ale warto w tym miejscu poruszyć temat pisania „protest song”, który też może zostać uznany za manifestację poglądów. Bo kto nie zna i nie zgodzi się z Czesławem Niemenem, że „Dziwny jest ten świat”? „Protestować” można śpiewając przeciwko wojnie, niesprawiedliwości, rasizmowi, kapitalizmowi, komunizmowi, recesji itp. itd. Dla zainteresowanych wrzucam link do 20 najbardziej znaczących protest songów minionego roku: https://www.billboard.com/articles/columns/pop/8063598/best-protest-songs-of-2017-top-20, a także (mówiąc „po trójkowemu”) „Top wszechczasów”:  https://musictodiefor.wordpress.com/50-greatest-protest-songs/ -aż 50 piosenek do przesłuchania!

Cate Blanchett mogłaby teraz stanąć w szranki z niejednym historykiem idei. Ma w jednym palcu tyle cytatów z manifestów… Swoją drogą ich nauka była zapewne bardzo trudna, zważywszy na niecodzienny język, artystyczne skojarzenia, wprost rewolucyjny duch zapisany kodem liter! Historia idei czy też historia intelektualna to ciekawa dziedzina wiedzy. Pisząc bowiem coś, jak nam się wydaje nowego, warto byłoby zrobić mały research, czy ktoś nie napisał już czegoś podobnego. Manifesty z reguły chcą coś zmienić. Ale czy „Słowo” ma taką moc? Chrześcijanie wierzą, że: „Na początku było Słowo…”. Być może zatem Słowo odgrywa tu kluczową rolę. Bo przecież na manifestacjach się krzyczy skanduje itd., są transparenty czasami z hasłami jak mini manifesty. Nie będę już wyjaśniać definicji „manifestacji”. Zakładam, że jest Wam znana, a jeśli nie, to macie od Guwernantki pracę domową.

Zachęcam do obejrzenia „Manifesto”. Konwencja filmu była dla mnie wciągająca. Jeśli ktoś lubi politykę czy sztukę, z pewnością film wzbogaci jego spojrzenie na te tematy. Z kinowego ekranu przemawia do niego sam artysta lub polityk. A chyba nie ma lepszego szukania przyczyn powstawania takiej czy innej sztuki niż u źródła. Plus brawo za kreację aktorską i oczywiście charakteryzację!

Oko w oko z artystą – szklany ekran niczym uchylona kurtyna do serca i umysłu artysty, czyli jak film może pomóc twórcy i odbiorcy dzieła

Ten post chcę poświęcić dwóm filmom. Pierwszy z nich to film dokumentalny „Mr. Gaga”, opowiadający o drodze artystycznej izraelskiego tancerza oraz choreografa Ohada Naharina. Jest on twórcą nowego języka w tańcu pod nazwą GaGa. Myślę, że opisywanie tego tańca nie ma sensu. W tym miejscu zamieszczam link, żebyście na własne oczy zobaczyli o co chodzi i posłuchali samego Ohada Naharina mówiącego na temat tego stylu: https://www.youtube.com/watch?v=OGPG1QL1vJc.

Film „Mr. Gaga” z 2015 r. został wyreżyserowany przez Tommer’a Haymanna’a. Obejrzałam go zatem jakiś czas temu. Zrobił na mnie duże wrażenie. Zaczęłam się zastanawiać dlaczego wcześniej nie znałam tak wybitnego tancerza? Aktorom towarzyszy pewien blichtr i splendor. Z mojego doświadczenia wiem, że wymienić światowej klasy tancerzy jest znacznie trudniej. Co prawda taniec jest modny. Pamiętacie zapewne popularne programy jak „You can dance” czy choćby „Taniec z gwiazdami”, które ukazały skalę zainteresowania tańcem. Ludzi, którzy tańczą jest mnóstwo. Szkoły tańca nie mają na co narzekać. Chodzi mi tylko o różnice w zdobyciu popularności. Ale i o jakość ich pracy twórczej. Wymyślić dobrą choreografię, to jak wyreżyserować dobry spektakl czy film.

Nie myślałam, że będę miała jeszcze okazję zetknąć się z Ohadem Naharinem na dużym ekranie. A stało się to za sprawą amerykańskiej tancerki jego izraelskiego zespołu Batsheva Dance Company – Bobbi Jene Smith. W wieku 30 lat, po prawie 10 latach współpracy z Ohadem Naharinem, postanawia pójść własną drogą artystyczną. W filmie dokumentalnym „Bobbi Jene” (2017 r., reż. Elvira Lind) obserwujemy jej życie po tej decyzji. Widzimy i przeżywamy konsekwencje zarówno zawodowe, jak i te z dziedziny życia prywatnego. Bowiem Bobbi żyje od momentu wyprowadzki z Izraela do USA w związku na odległość.

Film skłonił mnie do refleksji o relacji łączącej mistrza i ucznia. Każda dziedzina sztuki czy nauki zna ten system. Wiedza i umiejętności muszą cyrkulować, pogłębiać się i mnożyć.

A co powiecie na artystów samouków? Bez nauczyciela, mistrza, mentora? Wszyscy z Was pewnie kojarzycie Nikifora i jego sztukę prymitywną? A czy ktoś z Was słyszał o Stanisławie Zagajewskim – Włocławskim Nikiforze? Nie znamy dokładnej daty jego urodzin, gdyż jako dziecko został porzucony w 1929 r. na stopniach warszawskiego kościoła. Nie ukończył nawet szkoły podstawowej, o nauce w szkole plastycznej nie wspominając. Włączono go zatem do nurtu Art Brut („sztuka surowa, niefałszowana”). Z postacią Zagajewską wiąże się wiele anegdot. Był samotnikiem, który żył z psami. Pamiętam krótki reportaż o nim w telewizji, kiedy sam prezydent miasta namawia go (znanego już i utytułowanego państwowymi orderami artystę) by skorzystał z pomocy i polepszył swoją sytuację bytową. Stanisław Zagajewski stanowczo odmawiał. Kojarzę ten nieład, brud i obecność psów. Inni włocławianie wspominają zapewne jego wypady po śmietnikach w poszukiwaniu materiałów do rzeźb. Stanisław Zagajewski stał się Mistrzem dla innych, którzy chcieli kontynuować jego dzieło, ale przeszkodą jest brak pieniędzy. Przeczytałam kilka artykułów z internetowych wydań gazet na temat Zagajewskiego. Nie będę ich cytować. Jeśli jesteście zainteresowani, sami poczytajcie o prawdziwym Artyście.

Wspominałam, że takich artystów-tancerzy jak Ohad czy Bobbi mieliśmy okazję podziwiać na dużym ekranie. Ja wciąż czekam na film o włocławskim rzeźbiarzu Stanisławie Zagajewskim. Na razie podbił moje serce na małym ekranie: http://ninateka.pl/film/sztuka-ludowa-i-naiwna-stanislaw-zagajewski.

Bardzo wzruszyła mnie jego historia, autentyzm, dobroć, a przede wszystkim wiara i talent. To jest dopiero materiał na film!

Zaczęłam od opowieści o dwóch już zrealizowanych filmach, a kończę nadzieją na powstanie pełnometrażowego filmu o Stanisławie Zagajewskim. Bowiem filmy o samych artystach są niemniej fascynujące niż ich dzieła.

 

I Ty możesz być ministrem postprawdy, czyli o strefie komfortu na Facebooku

Szukasz pracy? Musisz napisać swój życiorys i czasami dodatkowo list motywacyjny. Curriculum vitae… (łac. „bieg życia”, „przebieg życia”). Ze swoim „biegiem życia” zarówno zawodowego, jak i osobistego, w wieku 103 lat odważyła się zmierzyć Brunhilde’a Pomsel. Mowa tu o filmie dokumentalnym „Niemiecki życiorys” (reż. m.in. Christian Krönes).

Przez prawie dwie godziny słuchamy opowieści kobiety, która w czasie drugiej wojny światowej pracowała m.in. w radiu, a potem jako sekretarka w Ministerstwie Propagandy. A zatem jej szefem był nie kto inny jak sam Joseph Goebbels.

Jak przyznaje bohaterka filmu polityka nigdy nie leżała w kręgu jej zainteresowań. Nie rozumiała jej i było jej z tą ignorancją dobrze. Z tego co wnioskuję, nie miała wyrzutów sumienia (wtedy, podczas wojny). Jak sama mówi była głupia i powierzchowna. Cieszyły ją ładne meble w pracy i kilka dodatków liczonych bez podatku do pensji.

Co robię po obejrzeniu tego dokumentu? Chcę dowiedzieć się czegoś więcej o propagandzie. Brunhilde Pomsel mówi do nas przecież, ludzi współczesnych, ku przestrodze. Sięgam po „Leksykon politologii” wydany pod redakcją moich byłych wykładowców z Uniwersytetu Wrocławskiego (prof. Andrzeja Antoszewskiego i prof. Ryszarda Herbuta). Ach! Czuję się jakbym przeniosła się w czasie do momentu sesji i dostała pytanie na temat propagandy wystosowane przez pana prof. Leszka Sobkowiaka.

Pan Prof.: Pani Elizo, proszę podać mi definicję propagandy politycznej.

Eliza/Guwernantka: Jest to celowe, realizowane metodami perswazji i manipulacji, emocjonalno-intelektualne oddziaływania na świadomość jednostek i grup społecznych w celu modyfikacji i ewentualnej zmiany ich postaw politycznych oraz zachowań politycznych zgodnie z interesami podmiotów polityki i władzy politycznej. Jest to także płaszczyzna walki politycznej pomiędzy podmiotami dążącymi do opanowania lub uzyskania wpływu na mass media oraz wywołania rzeczywistego poparcia społeczeństwa przy jednoczesnej dyskredytacji politycznych przeciwników.

Pytanie zaliczone. Ale to tylko teoria. A gdzie praktyka? Każdy z nas, czy tego chce czy nie, porusza się w przestrzeni publicznej. Ogląda telewizję, słucha radia, czyta informacje w prasie czy Internecie. Czy łatwo nam jest odróżnić rzetelne informacje od propagandy? Propaganda jako słowo kojarzy się jednoznacznie pejoratywnie. A co z modnym w 2016 roku słowem postprawdy? Czy to nie eufemizm na propagandę? W czasach postprawdy fakty nie mają większego znaczenia. Podobnie jak w przypadku propagandy ważne są emocje, które kształtują osobiste przekonania. Czy zatem gdyby II wojna światowa miała miejsce w 2016 roku Brunhilde Pomsel pisałaby na komputerze i robiła memy w Ministerstwie Postprawdy? I w tym miejscu automatycznie moje myślenie kieruję na książkę „Rok 1984” George’a Orwella.  Powiedzmy, że takim literackim Wielkim Bratem jest szeroko pojęty Internet.  Przestrzeń internetowa aż roi się od półprawd, a nawet całkowicie wypaczonych informacji. Aż strach w tym poście cokolwiek cytować na podstawie Internetu, ale prawie połowa Amerykanów wiedzę o świecie czerpie z Facebooka. Wystarczy, że taka współczesna „panna Pomsel” zrobi mema z jakąś ogromną bujdą na resorach, ale nikt nie zada sobie trudu weryfikacji informacji. Co więcej… Polubi i udostępni. Postprawda jest zatem jak wirus. Wirus, który może podkopywać od środka całe systemy społeczno-polityczne.

„Niemiecki życiorys”… Francuski życiorys, angielski czy polski. To jest też TWÓJ życiorys, który składa się na całe społeczeństwo. Życzyłabym sobie dożyć wieku Brunhildy Pomsel, ale nie za cenę strefy komfortu w jakiej żyła w czasie wojny. Sporo o strefie komfortu pisał polski socjolog Zygmunt Bauman. Ludzie korzystają z mediów społecznościowych: „nie po to, by się jednoczyć, nie po to, by poszerzać swoje horyzonty, lecz przeciwnie – aby utworzyć sobie pewną strefę komfortu, w której jedyną rzeczą, którą słyszą, to echo własnego głosu, odbicie własnej twarzy”.

Jeśli czytając ten post jesteś zalogowany na Facebooku, spójrz w tym momencie na swoje zdjęcie profilowe. Czy wolisz swoją strefę komfortu lajkując mema, którego do końca nie rozumiesz, bo tak jak Brunhildę Pomsel nie interesujesz się polityką? A może następnego dnia przeczytasz ciekawy artykuł i podzielisz się z nim na portalu społecznościowym?

Poszukuj, wątp, bądź krytyczny i ciekawy świata. To trudne, sama wciąż się tego uczę. Ale zawsze w jakiejś dziedzinie jest ktoś mądrzejszy od Ciebie. Ja na moment za sprawą „Leksykonu politologii” wróciłam na swoją uczelnię. Lecz lifelong learning jest w toku. Zaproś Guwernantkę do swojego domu, a ja Ciebie zapraszam do dzielenia się refleksjami.

„To, co się teraz dzieje, to tylko wiatr historii” , czyli o sztuce communis PRL i ChRL

Pierwszym filmem, który obejrzałam w  2018 roku były „Powidoki” Andrzeja Wajdy z 2016 r. Film, który chciałam obejrzeć już od dawna. W końcu się udało. To portret artysty dla artysty. Andrzej Wajda swój, jak się okazało ostatni film, poświęcił sylwetce Władysława Strzemińskiego – pioniera polskiej awangardy. Podtytuł: „To, co się teraz dzieje, to tylko wiatr historii” mówi wiele. Władysław Strzemiński musiał zmagać się na artystycznym polu z doktryną socrealizmu w sztuce. Ale to był tylko, a może aż, wiatr historii. Władysław Strzemiński był charyzmatycznym twórcą i wykładowcą. Jego studenci nie opuścili go nawet po wyrzuceniu go z Akademii Sztuk Pięknych. To m.in. dzięki nim  znany nam jest dorobek malarza z dziedziny teorii sztuki.

Niedawno skończyłam czytać wspomnienia francuskiej malarki Fabienne Verdier, które zawarła w książce pt. „Pasażerka ciszy. Dziesięć lat w Chinach”. Wyjechała ze swojego kraju po uzyskaniu dyplomu Akademii Sztuk Pięknych w Tuluzie. Opuszczała Francję w której w 1983 r. miały miejsce protesty antyrządowe, gdyż rząd chciał ograniczyć autonomię uczelni. Dodatkowo wzrosły nastroje ksenofobiczne i rasistowskie wobec imigrantów. A do jakich Chin pojechała Fabienne Verdier? Od siedmiu lat nie żył twórca komunistycznego państwa Mao Zedong. To, co mogło interesować naszą bohaterkę to to, że na trzy lata przed jej przyjazdem pozbawiono stanowisk kierowniczych działaczy zaangażowanych w „rewolucję kulturalną”. Na kartach „Pasażerki ciszy” dowiadujemy się o „rewolucji kulturalnej” z historii spotkanych przez artystkę mistrzów sztuki chińskiej. I znów, można rzec: „To, co się teraz dzieje, to tylko wiatr historii” – nowe kierownictwo partii w Chinach potępiło działania Mao Zedonga, w tym „rewolucję kulturalną”.

1983 rok – od 31 lat nie żyje Władysław Strzemiński. Co dzieje się w Polsce? 14 maja 1983 roku zostaje zabity przez milicję maturzysta Grzegorz Przemyk, 16-23 czerwca po raz drugi odwiedza ojczyznę Jan Paweł II, 22 lipca zniesiono stan wojenny, a 10 grudnia przyznano pokojową Nagrodę   Nobla Lechowi Wałęsie.

Zastanawiam się, jak mogło potoczyć się życie studentów Władysława Strzemińskiego? Natrafiam na artykuł „Drogi uczniów Strzemińskiego” (http://lodz.wyborcza.pl/lodz/1,35135,1792799.html). Należy w tym miejscu wymienić: Stanisława Fijałkowskiego, Stefana Krygiera, Lecha Kunki oraz Antoniego Starczewskiego. A ja pytam dalej? Jak żyło się młodzieży w PRL-u? I tu sięgam po opracowanie profesor Hanny Świdy-Ziemby pt. „Młodzież PRL. Portrety pokoleń w kontekście historii”. Jestem na 32 stronie książki, dzięki której mam nadzieję lepiej poznam historię własnego kraju opowiedzianą mi przez młodzież: z pokolenia „ZMP-owskich wyznawców ideologii”, pokolenia „opozycji obyczajowej”, pokolenia „ZMP-owskich rewizjonistów”, pokolenia „małej reformy i wielkiego buntu”, pokolenia Marca, pokolenia „podmiotowości i więzi wspólnotowej”. Brzmi bardzo naukowo, ale książka jest napisana w sposób przystępny i co ważne, Autorka przedstawia genezę i istotę PRL-u, który okazał się „wiatrem historii”.

 

Dużo mądrości, pasji i ciekawości świata w 2018 roku życzy Wam Guwernantka!

Wiele osób wśród noworocznych postanowień wymienia zwykle te związane ze zdrowiem i ładnym wyglądem. „Idę na dietę” jest na tapecie każdego, zwłaszcza po sytej końcówce roku. A czy ktoś z Was myśli sobie, że częściej będzie czytał czy korzystał z kultury? Mniej myślę tutaj o kulturze popularnej. Tę mamy na wyciągnięcie ręki po pilota. Chodzi mi o sztukę, która wymaga od nas trochę wysiłku. Tak, takiego jak na siłowni czy sali fitness. Wszelkie statystyki wskazują, że z czytelnictwem w Polsce jest bardzo źle. Ludzie zapewne tłumaczą to brakiem czasu. No bo dom, praca, a na coś ambitniejszego nie ma już sił. Ten blog ma udowodnić, że można, a nawet trzeba, dbać o własny rozwój intelektualny w każdym wieku.

Lifelong learning to uczenie się przez całe życie. Na każdym etapie może nas zafascynować coś innego. Trzeba jednak dać sobie szansę na rozwinięcie nowych pasji. A te mogą się ujawnić dzięki wiedzy. Nie jestem za tym żeby ustalać rygorystycznie i definitywnie: „Będę czytać trzy książki miesięcznie”, bo to nie wyścig, choć statystyki kraju by drgnęły. Za wiedzą ma podążać refleksja i świadomość.

Czytanie książek to moja pasja. Lubię je też kupować lub obdarowywać nimi bliskie osoby. Z tej pasji zrodziły się cztery potężne regały od podłogi po sufit. Czytam je sukcesywnie, ale więcej z moich książek mam do przeczytania, niż przeczytałam, bo wciąż pojawiały i pojawiają się takie, które mnie interesują. Moim postanowieniem noworocznym jest nadrobienie zaległości i ich przeczytanie. Nie chcę być osobą spod znaku japońskiego słowa „tsudoku”, czyli kimś kto kupuje książki bez zamiaru ich przeczytania.

Zapraszam Was do mojej prywatnej biblioteki, bo ona wiele o człowieku mówi. Będzie to blog o już kupionych przeze mnie książkach, prasie i płytach CD i DVD. Jak wybiorę się na jakiś film, koncert czy wystawę zapewne też dam Wam znać. Jak lifestyle to lifestyle. Zapraszam!