Na swoim blogu Guwernantka często piszę o kobietach różnych epok i profesji. Jednak nie przypominam sobie bym kiedyś opowiedziała Wam o przedsiębiorczyni. Co mnie do tego skłania? Mój ostatni pobyt w Krakowie, kiedy mieszkałam na Kazimierzu przy ulicy Szerokiej. A z tą dzielnicą miasta wiąże się właśnie historia życia bohaterki dzisiejszego posta. Jest nią Helena Rubinstein.
W Krakowie byłam w połowie maja. Kilka razy mijałam skwer im. Heleny Rubinstein, na którym pięknie kwitnie ogromny (!) kasztanowiec i jest również tablica z krótką notką biograficzną patronki skweru. Rubinsteinowie mieli kilka mieszkań. M.in. przy ul. Bartosza 2 czy Szerokiej 14.
Ja o Helenie Rubinstein przeczytałam już wcześniej w książce Alicji Zioło „Krakowianki. Twarze polskiej herstorii”. Rozdział o Helenie Rubinstein autorka zatytułowała „Dwór cesarzowej piękna”. Czytam, że Helena Rubinstein była to: „Uboga dziewczyna z wielodzietnej rodziny zakorzenionej w starej, ortodoksyjnej żydowskiej dzielnicy Krakowa”. Aż trudno uwierzyć, że w swoim życiu dotarła do takich miejsc na świecie jak Wiedeń, Melbourne, Londyn, Paryż czy Nowy Jork. Do tego: „Diamenty, stroje od najlepszych projektantów, dzieła sztuki głośnych artystów, reputacja najbogatszej kobiety świata”.
Urodziła się w 1872 r. w Podgórzu (prawdopodobnie ul. Jana Zamoyskiego 14). Jej rodzina miała sklepik przy ul. Józefa.
Co było asem w rękawie Heleny Rubinstein, który doprowadził ją do fortuny? Krem dla kobiet Valaze, ale nie tylko bo i: wodoodporny tusz do rzęs, automatyczną maskara, kremy przeciwzmarszczkowe z hormonami w składzie czy róż. Co ciekawe, wielki kryzys lat 20. tylko wzmocnił jej potęgę.
Interesowała się sztuką. Była kolekcjonerką i matronką artystów. Jej portrety malowali m.in.: Andy Warhol, Pablo Picasso czy Salvador Dalí.
Czy wiemy coś więcej o charakterze Heleny Rubinstein? Alicja Zioło pisze, że: „Była despotyczna i bezpośrednia, niewiele znajdowała wyrozumiałości dla innych. Wymagała bardzo dużo od siebie, była tytanem pracy, i dokładnie tego samego spodziewała się od innych”. A jak wyglądała? Miała 147 cm wzrostu i skrzętnie tuszowaną nadwagę, bo jej zdjęcia były z reguły retuszowane. Co symptomatyczne nigdy nie przeszła na emeryturę.
Zmarła w 1965 r., czyli w wieku 93 lat.
Jej historia może stanowić inspirację. Choć ciężko dopatrzeć się w jej życiu work-life balance, czyli równowagi między życiem zawodowym a prywatnym, to z pewnością Helena Rubinstein była kobietą spełnioną. Tak wiele osiągnęła własną pracą w czasach, kiedy większość ludzi miejsce kobiet widziało nie w biznesie, a w domu i w wychowywaniu dzieci.
Polecam Wam lekturę nie tylko rozdziału o Helenie Rubinstein, ale całej książki Alicji Zioło o sławnych Krakowiankach. Jest już druga część tej serii. Jak widać Krakowianki to ciekawe kobiety, które inspirują, a ich życie związane z Krakowem może być ciekawym motywem miejskich wędrówek. Zbliżają się wakacje, więc ruszajcie po ten „biograficzny przewodnik po mieście” no i do samego Krakowa.
Wczoraj, 25 kwietnia, minęło sto lat od światowej prapremiery opery „Turandot” Giacomo Pucciniego na podstawie sztuki „Turandot” Carla Gozziego w Teatro alla Scala w Mediolanie we Włoszech. Sam kompozytor niestety nie doczekał tego, by ujrzeć swoje dzieło na scenie. Zmarł 29.11.924 r. na raka gardła. „Turandot” to zatem jego ostatnia, w dodatku nieukończona osobiście przez niego, opera. Drugą połowę ostatniego trzeciego aktu stworzył Franco Alfano. W miejscu gdzie pracę nad operą skończył Puccini podczas prapremiery dyrygent Arturo Toscanini przerwał występ i powiedział do publiczności: „Opera kończy się tutaj, ponieważ w tym momencie odszedł Maestro”. Operę w całości zaprezentowano dopiero następnego dnia.
Autorami libretta są Giuseppe Adami i Renato Simoni. W tytułową rolę chińskiej księżniczki Turandot wcieliła się sto lat temu Polka żydowskiego pochodzenia urodzona w Białymstoku Rosa Raisa (1893-1963), która jako nastolatka wyemigrowała do Włoch. Rolę Kalafa starającego się o jej rękę wykonał Miguel Fleta.
Piękne koło wykonała historia. Wiecie dlaczego? Po stu latach księżniczkę Turandot pod batutą Nicoli Luisottiego znowu zaśpiewała w La Scali Polka! To Ewa Płonka. A trzeba być świadomym, że mediolańska scena jest uważana za najważniejszą scenę operową świata. To zaszczyt, prestiż i pewnie spełnienie marzenia. Ewa Płonka w roli Turandot już występowała w różnych miastach takich jak m.in. : Austria, Londyn, Madryt, Berlin, Waszyngton, Tokio czy Finlandia.
Warto wspomnieć o innym jeszcze historycznym polskim akcencie w dziejach prezentowania opery „Turandot”. A mianowicie w Operze Wiedeńskiej rolę Kalifa wykonywał niegdyś Jan Kiepura.
Polska premiera „Turandot” miała natomiast miejsce w Teatrze Wielkim Operze Narodowej 15.12.1932 r. Mimo że akcja opery jest osadzona w Chinach w samym Państwie Środka zagrano operę „Turandot” dopiero w 1998 r.
Opera „Turandot” Giacomo Pucciniego jest wyjątkowa. Rola księżniczki Turandot to jedna z najtrudniejszych ról sopranowych. No i warto obejrzeć tę operę dla jednej z najpiękniejszych arii tenorowych a mianowicie „Nessun dorma”. Możecie kojarzyć ten utwór w wykonaniu Luciano Pavarottiego podczas piłkarskich Mistrzostw Świata w 1990 r. Miał on również zaśpiewać arię „Nessun dorma” w 1998 r. na rozdaniu nagród Grammy, ale się rozchorował. Zastąpiła go Aretha Franklin. Arię „Nessun dorma” na otwarciu Olimpiady Zimowej w 2026 r. nie gdzie indziej, bo w Mediolanie cały świat ponownie usłyszał w trakcie wzruszającej chwili przekazywania olimpijskiego ognia.
I ja udałam się do La Scali 😉 Nie musiałam jednak lecieć samolotem do Mediolanu, choć szkoda z jednej strony. Obejrzałam wersję „Turandot” z 2024 r. Połączyłam przyjemne z pożytecznym, a mianowicie oglądanie opery z nauką dwóch języków obcych: włoskiego (oryginalny język opery) i francuskiego (bo w tym języku czytałam napisy). Znalazłam jednak i wersję z polskimi napisami. Dzielę się!
Opera – połączenie słowa, muzyki, plastyki, ruchu, gestu, gry aktorskiej…
Za twórcę tego gatunku uznaje się Claudio Monteverdiego. W 1637 r. powstał pierwszy publiczny teatr operowy Teatro san Cassiano w Wenecji.
Wielkimi twórcami opery byli obok Pucciniego m.in.: Antonio Vivaldi, Amadeusz Mozart, Piotr Czajkowski, Stanisław Moniuszko, Richard Wagner, Giuseppe Verdi, Carl Maria von Weber, Jacques Offenbach, Georges Bizet.
Wczoraj w Bydgoszczy ruszył XXXII Bydgoski Festiwal Operowy. To okazja, by zanurzyć się w świecie opery, operetki, musicalu, baletu: klasycznego i nowoczesnego w wykonaniu polskich i zagranicznych teatrów. To święto opery w stolicy województwa kujawsko-pomorskiego potrwa aż dwa tygodnie, bo do 10 maja. To największa tego typu impreza w Polsce, która odbywa się w Operze Novej.
Są tytuły filmów, które jeśli się z nimi zetkniesz, przepadłaś/przepadłeś. I ze mną tak właśnie było. Może z Wami też tak będzie po lekturze tego posta? Umieracie z ciekawości, co to za tytuł? Już mówię: „Jane Austen zrujnowała mi życie”. No genialne, nie?
To francuska komedia romantyczna (2024 r.) na podstawie scenariusza i w reżyserii Laury Piani. Tytuł oryginału: „Jane Austen a gâché ma vie”, a po angielsku „Jane Austen wrecked my life”.
Obejrzałam już bardzo dawno temu zwiastun tego filmu. Jak jesteście zainteresowani to też sobie zobaczcie. Nie udało mi się znaleźć zwiastun tego filmu z polskimi napisami. Są tylko po angielsku.
Kiedy mam dla Was pisać o jakimś filmie to zawsze wchodzę na stronę FILMWEB. Oczywiście po więcej szczegółów, ale chcę też wiedzieć ile można o filmie napisać, by niechcący Wam nie popsuć i czegoś nie zaspojlerować. A zatem i tym razem tak zrobiłam. O tym filmie jest… Tylko jedno zdanie! „Samotna księgarka marzy o zostaniu pisarką”. Kliknęłam oczywiście w opcję „Zobacz pełny opis”, ale przeczytałam jedynie: „Na razie nikt nie dodał opisu do tego filmu. Możesz być pierwszy!”. Hmm… Aż kusi! 😉
Wiecie, nie subskrybowałam nigdy i nie subskrybuję żadnej platformy streamingowej. Nie to, że coś do tego mam. Nie. Ale, by obejrzeć film musiałam go albo wypożyczyć albo kupić.
Wypożyczenie: 14,99 zł, zakup 39,99 zł. I wiecie co? Kupiłam, bo czuję, że jeszcze wrócę kiedyś do tego filmu. Dlaczego? Bo uwielbiam filmy o pisarkach i pisarzach. Mogą opowiadać o tych prawdziwych, kiedyś żyjących i tworzących, jak i o postaciach zmyślonych. Zresztą, kocham wracać do swoich ulubionych filmów. Czasami jak za którymś zatęsknię to włączam zwiastun na YouTube. Pomyślałam zatem, że bardziej finansowo opłaca się kupić raz i obejrzeć kilka razy niż wydać 15 zł i za jakiś czas powtórzyć transakcję.
Ze zwiastuna już wiecie, że główna bohaterka o imieniu Agathe (w tej roli Camille Rutherford, w 2026 r. dostała nominację do Cezara dla najbardziej obiecującej aktorki) jedzie na rezydencję literacką do Anglii w miejsce związane z Jane Austen. Kiedy ten wątek wypływa w filmie to śmieję się w głos. Dlaczego? Bo sama starałam się o rezydencję! Chodziło o rezydencję poetycką w mieszkaniu Wisławy Szymborskiej w Krakowie. Rezydencja jest organizowana w ramach Fundacji Wisławy Szymborskiej i Jerzy Peterkiewicz Educational Foundation, która ma swoją siedzibę w South Hill Park w Londynie.
Czym w ogóle są rezydencje? Zarówno pisarskie, jak i na przykład malarskie? Chodzi w nich zawsze o stworzenie warunków pracy, które umożliwią realizację projektu z zakresu danej dziedziny.
Zgłosiłam projekt tomiku poetyckiego, napisałam CV literackie na pięć stron, zebrałam pięć rekomendacji od polskich poetów i pisarzy. Nie wybrano mnie, ale dwie inne dziewczyny: Karolinę Czarnecką i Aleksandrę Górecką. Moje gratulacje! Życzę weny i udanego pobytu! 🙂
A kim był Jerzy Peterkiewicz (a właściwie Jerzy Pietrkiewicz)? Urodził się w 1916 r. w Fabiankach pod Włocławkiem, gdzie mieszkam. Zmarł w 2007 r. w Londynie. Był prozaikiem, poetą, tłumaczem, historykiem literatury. Ukończył Akademię Jana Długosza we Włocławku, gdzie w wieku 14 lat po raz pierwszy zetknął się z literackim językiem polskim. Maturę zdał w 1934 roku. Wiecie co? Coś mnie łączy z Jerzym Pietrkiewiczem. Jestem absolwentką Gimnazjum im. ks. Jana Długosza. Chodziłam zatem po tych samych korytarzach, sali gimnastycznej, boisku… Jerzy Pietrkiewicz działał w szkolnej gazetce, ja też. Był aktywnym uczniem, angażował się na rzecz szkoły. Ja zostałam w ostatniej klasie gimnazjum przewodniczącą szkoły. I co ciekawe, jako nastolatka śpiewałam słowa hymnu szkolnego „Vita Nuova” napisanego przez samego Jerzego Pietrkiewicza w 2000 r. Melodię do hymnu z motywami kujawiaka i mazurka ułożył Marian Sawa (1937-2005) – polski kompozytor, organista, muzykolog, pedagog, zaprzyjaźniony z Jerzym Pietrkiewiczem. W 100-lecie urodzin Pietrkiewicza, w dniu 6 X 2016 r. szkolnej bibliotece uroczyście nadano imię Jerzego Pietrkiewicza.
A sam Pietrkiewicz studiował w Warszawie w Wyższej Szkole Dziennikarskiej, a także na Uniwersytecie Warszawskim Potem w trakcie wojny wyjechał do Anglii. Studiował na Uniwersytecie w St. Andrews. W 1947 r. obronił doktorat na King’s College. W latach 1950-1979 był profesorem i kierownikiem Departamentu Języków i Literatur Słowiańskich na Uniwersytecie Londyńskim. W 1980 r. został Laureatem Nagrody Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie.
Bywa nazywany „drugim po Conradzie mistrzem słowa angielskiego i polskiego”. W 1995 r. odebrał Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski za wybitne zasługi dla kultury polskiej.
Przyjaźnił się z Janem Twardowskim i Karolem Wojtyłą. Był jedynym tłumaczem na świecie oficjalnie upoważnionym do przekładu poezji Karola Wojtyły na język angielski.
Ma dwa groby. Rodzinny w Szpetalu Górnym i w Skępe. Mieszkam we Włocławku, mieście nad Wisłą. Często spaceruję po bulwarach i po drugiej stronie rzeki jest właśnie Szpetal Górny. Chcę odszukać grób Jerzego Pietrkiewicza.
Ciekawa historia… To właśnie ze względu na patrona Jerzy Peterkiewicz Educational Foundation tak bardzo zależało mi na tej rezydencji. Przeczytałam nawet rozdział o Wisławie Szymborskiej ze świetnej książki Alicji Zioło „Krakowianki. Twarze polskiej herstorii”, zakupionej w moim ulubionym sklepiku muzealnym w Muzeum Narodowym w Krakowie. Pamiętam, że kupiłam wtedy i inne książki, zeszyty (z ładnymi okładkami – słabość Guwernantki;) i magnesy z obrazami Chełmońskiego na lodówkę. Musiałam się wrócić z plecakiem do hotelu, bo na spacerze byłoby mi za ciężko. Podczas lektury książki Alicji Zioło odkryłam, że przez jakiś czas Wisława Szymborska z rodziną mieszkała w Toruniu, ale ojciec zamienił dwa tamtejsze domy na jedną kamienicę w Krakowie. A ja z Włocławka do Torunia mam rzut beretem i często tam jestem. Zresztą w samym Krakowie też, choć mam daleko, bezpośrednim pociągiem pięć godzin.
W tej książce przeczytałam: „Koniec 1997 r. spędziła w swoim ostatnim mieszkaniu, kupionym po Noblu – w bloku przy ulicy Piastowskiej 46”. I wiecie co? Wirtualnie byłam w tym mieszkaniu 🙂
Odpaliłam YouTube na telewizorze i oprowadził mnie po mieszkaniu Wisławy Szymborskiej sam Michał Rusinek – sekretarz Wisławy Szymborskiej, a po jej śmierci prezes fundacji jej imienia.
W 2021 r. zostałam laureatką II Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego “Cała Jaskrawość”. W nagrodę odbyłam kilkudniowe warsztaty twórczego pisania prowadzone przez profesora Uniwersytetu Mikołaja Kopernika Dariusza Pniewskiego na Zamku Bierzgłowskim pod Toruniem. Pracowałam tam nad moją poezją, prozą i wspólne z grupą innych laureatów napisałam tekst piosenki na finał koncertu finalistów Konkursu Piosenki Autorskiej „Cała Jaskrawość”.
Zamek Bierzgłowski jest pokrzyżacki, z XIII wieku. Teraz tak sobie myślę po obejrzeniu filmu „Jane Austen zrujnowała mi życie”, że przez te bodajże cztery dni byłam na takiej minirezydencji. W 2021 r. napisałam cztery mikroprozy o deszczu na konkurs. W 2025 r. trzy wiersze na konkurs, które też zostały nagrodzone i ponownie pojechałam na Zamek Bierzgłowski. Jakie to cudowne! Siedzisz pod zamkiem nad wyschniętą fosą na ławce przy stole i sobie piszesz. Wszędzie zielono, cisza, spokój, a ty nic nie robisz tylko piszesz! Ja tak mogę spędzić życie!
A co mnie urzekło jeszcze w filmie „Jane Austen zrujnowała mi życie”? Krajobrazy Anglii, które uwielbiam, choć na żywo ich nie widziałam, ale w filmach ubóstwiam. Tak samo jak północ Francji. Zdjęcia poza Anglią były bowiem kręcone w regionie Dunkierki oraz w Paryżu.
Kończąc, polecam Wam film „Jane Austen zrujnowała mi życie”. Podoba mi się właśnie, że to film francuski. Mogłam przez 90 minut słuchać francuskiego (i angielskiego). Jednak to francuski najbardziej mnie cieszył. Kocham ten język! I właśnie na rozpoczęciu roku szkolnego mojej drugiej klasy gimnazjum w Długoszu w katedrze padło ogłoszenie o uruchomieniu kółka języka francuskiego jako zajęć pozalekcyjnych. Pamiętam dobrze ten moment. Zastygłam. I oczywiście zapisałam się na francuski. A zatem w wieku 14 lat Jerzy Pietrkiewicz zetknął się z polskim językiem literackim , a ja językiem francuskim. Jerzy Pietrkiewicz studiował na Uniwersytecie Warszawskim, ja też. On w Anglii, a ja dzięki stypendium Erasmus+ przez jeden semestr w Belgii, na Wolnym Uniwersytecie w Brukseli .
Po obejrzeniu filmu miałam ochotę porozmawiać po francusku. Wracałam wieczorem ze spaceru w parku i zaczęłam do siebie szeptać w tym języku, po prostu gadać do siebie.
Na jesieni jest Zjazd Absolwentów Długosza. Wybieram się! Mają być ponoć tańce. W filmie jest bal w klimacie balów z czasów i z książek Jane Austen. A ja zawsze powtarzam, żartując: „Bo za czasów Jane Austen były bale i się ludzie poznawali”. A my żyjemy w czasach aplikacji randkowych, speed datingu (szybkich randek ) i plagi samotności. Jednak wszyscy wiemy, że sama Jane Austen, choć pisała książki głównie o zamążpójściu (które jak widać przetrwały próbę czasu, Jane Austen ur. 1775 r., zm. 1817 r.), nigdy nie wyszła za mąż.
W 2024 roku, dzięki wzięciu udziału w wakacyjnych warsztatach „Kraków się pisze. Zwiedzanie i pisanie” organizowanych przez Stowarzyszenie Pisarzy Polskich oddział Kraków, miałam okazję zobaczyć słynną Kamienicę Literatów przy ul. Krupniczej 22.
W latach 1945-1995 swoją siedzibę pod tym adresem miał Związek Literatów Polskich. To tu mieścił się sekretariat, gabinet prezesa, biblioteka, stołówka (miejsce zebrań). Przez ten czas mieszkało tu ponad stu literatów, którzy mieli do dyspozycji ponad osiemdziesiąt pokoi.
Wśród mieszkańców można wymienić: Artura Marię Swinarskiego, Stefana Kisielewskiego, Sławomira Mrożka, Jerzego Szaniawskiego, Tadeusza Różewicza, Juliana Przybosia, Wisławę Szymborską, Halinę Poświatowską, Ewę Lipską. Również Konstanty Ildefons Gałczyński mieszkał przy Krupniczej 22. To on nazwał Dom Literatów w Krakowie „Domem Czterdziestu Wieszczów”.
Kamienica literatów stała się tematem monografii autorstwa Anny Grochowskiej pt. „Wszystkie drogi prowadzą na Krupniczą” [Kraków, 2017]. Ponadto powstał film dokumentalny „Dom Literatów, czyli kartoteka zebrana”, gdzie naszymi przewodnikami są Jerzy Kisielewski i Jan Polewka.
Obejrzałam ten film z dużym zaciekawieniem. Mieszkańców Domu Literatów często różniły np. poglądy, ale łączyły (niestety) trudne warunki mieszkaniowe oraz (na szczęście!) literatura. Poeci i pisarze mogli dosłownie zrobić krok i podzielić się z koleżanką czy kolegą po piórze tym nad czym aktualnie pracuje. Wszyscy w filmie wspominają szmer maszyn do pisania czy brak konwenansów. Mieszkańcy chętnie się odwiedzali, dyskutowali, bawili.
W okresie mieszkania przy Krupniczej wymienia się powstanie takich dzieł jak m.in.: „Kartoteka” Tadeusza Różewicza, „Policja” Sławomira Mrożka czy „Niemcy” Leona Kruczkowskiego.
Warto wspomnieć, że w 1961 r. władze zamknęły kabaret Piwnica pod Baranami. Instytucja ta przeniosła się do Domu Literatów przy Krupniczej 22. To tu, w sali klubowej po raz pierwszy wystąpiła Ewa Demarczyk, wykonując „Karuzelę z Madonnami”.
Kultową postacią Domu Literatów była pani Karolina Surówka (Pani Lola) – portierka, szatniarka i goniec.
Sięgam po książkę autorstwa Agnieszki Stapkiewicz „Świrszczyńska. Genialna i nieznana”. W rozdziale siódmym pt. „Kobieta pracująca” możemy przeczytać o tym, że i ta poetka mieszkała w słynnej kamienicy. Podtytuł głosi: „Krupnicza 22 – dom wariatów i pisarzy”. Doczytuję tu, że do wcześniej wymienionych utworów powstałych w Domu Literatów można dodać: „Niepokój” Różewicza, „Zaczarowaną dorożkę” Gałczyńskiego, „Popiół i diament” Andrzejewskiego, „Jezioro Bodeńskie” Stanisława Dygata. Pada jeszcze kilka nowych nazwisk mieszkańców Krupniczej 22, które podaje autorka biografii Anny Świrszczyńskiej. To m.in. Julia Hartwig, Stanisław Lem, Tadeusz Peiper, Stanisław Czycz, Bronisław Maj. Zacytuję ładny fragment, który działa na wyobraźnię: „Na Krupniczej po nocach stukały maszyny do pisania, potwierdzając zwycięstwo życia i kreatywności po okresie nędzy i mroku”. Jak się okazuje poetka Anna Świrszczyńska mieszkała tam od 1945 roku do śmierci w 1984 r. „Charakter Świrszczyńskiej raczej nie predestynował jej do cyganerii. Dużo pracowała, walczyła o utrzymanie kilkuosobowej rodziny. Może świadomie odcinała się od wizerunku artystki-imprezowiczki?”.
Jeśli jeszcze nigdy w życiu nie miałeś okazji stanąć przed tą legendarną kamienicą, to polecam, by to zrobić. To według Google Maps zaledwie 600 metrów, czyli osiem minut pieszo od Rynku Głównego. Kiedy staniesz przy ul. Krupniczej 22 zamknij oczy i wyobraź sobie stukot maszyn do pisania… Pomyśl o atmosferze twórczej i kolorowej wolności, która była jak wyspa na morzu raczej ponurej rzeczywistości PRL. O tym, że często rozbrzmiewał tu jazz i miejsce to odwiedziło pięcioro noblistów. No i jedna z mieszkanek Domu Literatów sama została w 1996 roku noblistką, czyli w 2026 roku mija od tego czasu trzydzieści lat.
Książkę Agnieszki Stapkiewicz „Świrszczyńska. Genialna i nieznana” kupiłam na Nocy Poezji 11 października 2025 r. w Klubie Dziennikarzy „Pod Gruszką” przy ul. Szczepańskiej 1 w Krakowie. Przy okazji zamieniłam kilka słów z autorką i zgarnęłam dedykację: „Dla Elizy z sympatią Agnieszka Stapkiewicz”. Tego dnia miało miejsce zaprezentowanie laureatki Konkursu im. Anny Świrszczyńskiej na Książkowy Debiut Poetycki. Została nią Natalia Roguz za tom „Gdzie rzeki płyną pod ziemią”. Natalię Roguz miałam okazję poznać w 2021 r., kiedy byłyśmy laureatkami Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego „Cała Jaskrawość” i brałyśmy udział w kilkudniowych warsztatach twórczego pisania na pokrzyżackim Zamku Bierzgłowskim pod Toruniem, którego budowę rozpoczęto w II połowie XIII wieku. Warsztaty prowadził prof. Uniwersytetu Mikołaja Kopernika Dariusz Pniewski. Dlatego było to bardzo miłe spotkanie po latach!
Wyróżnione osoby w tym konkursie to Grażyna Grasa Nowacka i Damian Weymann, którego poznałam na Podyplomowych Studiach Literacko-Artystycznych na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Następnym punktem programu był Czas debiutów „Peronu literackiego” Biblioteki Kraków, czyli prezentacja poetek i poetów (Dorota Czerwińska, Szymon Florczyk, Kacper Kordalski, Michał Nizgorski, Karolina Gurazda-Grabarczyk, Monika Pietkiewicz), które wydały swoje tomiki.
Bardzo miły wieczór!
No i właśnie przeczytałam biografię Anny Świrszczyńskiej autorstwa Agnieszki Stapkiewicz. Lektura ciekawa i przyjemna, bogata w wiersze poetki, ale (tu zgodzę się z recenzją Wojciecha Szota: „Zacznijmy od tego, że nie jest to biografia, choć okładka może Państwa zmylić. To zbiór analiz poezji Świrszczyńskiej, które zostały – na siłę – połączone z próbą napisania jej biografii. Innymi słowy – to wiersze i ich interpretacje są tu podstawą, a faktografia jest tylko dodatkiem. Traktowanym – należy to od razu dodać – bez należnej jej powagi.”). Mam wrażenie, że liczba wierszy i interpretacji tych wierszy przeważa nad informacjami biograficznymi, a to tego byłam ciekawa. By poczytać poezję Anny Świrszczyńskiej poszłam do biblioteki już wcześniej i po prostu wypożyczyłam zbiór jej wierszy wydany przez wydawnictwo Czytelnik w 1980 r.
Nie żałuję jednak ani zakupu tej książki, ani lektury. To jasne, że o poetce wiem teraz więcej. Z ciekawostek była wegetarianką, uprawiała jogę, biegała dla zdrowia i to w PRLu.
Urodziła się w Warszawie 7 lutego 1909 r., zmarła 30 września 1984 r. Ojciec był malarzem, mama zajmowała się domem. W 1953 r. w wieku 44 lat wyszła za mąż za aktora Jana Adamskiego, był młodszy o 15 lat, rozwiedli się w 1968 r. Mają córkę.
Dużym fanem poetki był noblista Czesław Miłosz, który tłumaczył jej wiersze na angielski i w 1996 r. wydał książkę o jej życiu oraz poezji „Jakiegoż to gościa mieliśmy”.
Moje ulubione wiersze poetki pochodzą z tomu „Budowałam barykadę” (1974 r.) o Powstaniu Warszawskim i „Jestem baba” (1972 r.).
Poetka pisała dużo dla dzieci i młodzieży, słynne są jej odważne erotyki, ale i dramaty.
W książce są zawarte są rozmowy autorki biografii z Agnieszką Glińską, która w 2017 r. była kierowniczką literacką albumu Moniki Borzym „Jestem przestrzeń” z piosenkami z tekstami wierszy Anny Świrszczyńskiej oraz z Moniką Borzym – wokalistką, która śpiewa na wcześniej wspomnianej płycie. Tu jest link do płyty na YouTube: https://www.youtube.com/watch?v=RRuikMN0_UQ&list=PLdtgViemlExIUO9iicd9y6JwasHRYNqrg&index=1
Jest także wywiad z literaturoznawczynią Magdą Heydel.
Po wojnie Anna Świrszczyńska mieszkała aż do śmierci w domu literatów przy Krupniczej 22 w Krakowie.
Z pewnością Anna Świrszczyńska to jedna z moich ulubionych poetek i zachęcam Was do zapoznania się z jej twórczością. Warto!
Jestem po lekturze książki Justyny Sobolewskiej „Jadwiga. Opowieść o Stańczakowej” (2024, wydawnictwo Znak). Wnuczka opowiada historię swojej babci. To zatem niezwykła biografia, bo bardzo osobista. Pewnie inaczej pracuje się nad dziełem o osobie neutralnej emocjonalnie niż w wypadku tak bliskiego pokrewieństwa. Są tego plusy i minusy. Z pewnością wie się więcej, ma się dostęp do własnego zasobu wspomnień, ale i chcąc być obiektywnym czy szczerym, trzeba powiedzieć i o rzeczach trudnych. A w książce Justyny Sobolewskiej czuć tę szczerość, prawdę oraz otwartość. I to właśnie stanowi ogromną wartość tej biografii.
Podoba mi się też jej literackość – jest dobrze napisana, dobrze się ją czyta.
Justyna Sobolewska to krytyczka literacka, pisarka, dziennikarka związana z tygodnikiem „Polityka”. Laureatka PIK-owego Lauru (2015) przyznawanego przez Polską Izbę Książki za popularyzację czytelnictwa w kategorii mediów drukowanych.
By napisać Wam o czym dokładniej jest recenzowana przeze mnie książka, pozwolę sobie wykorzystać opis wydawcy, czyli wydawnictwa Znak, które tak opisuje dzieło Justyny Sobolewskiej na stronie swojej księgarni internetowej:
„Opowieść o wychodzeniu z cienia Niezwykłe życie Jadwigi Stańczakowej – pisarki, dla której nie istniało niemożliwe Żyła na własnych warunkach. Brawurowo, pod prąd, wbrew wszelkim przeciwnościom. Po swojemu. Żydówka, która wyszła z warszawskiego getta. Reporterka, która straciła wzrok. Widząca innymi zmysłami. Kochająca i toksyczna córka, żona, matka i babcia. Przyjaciółka poetów – Broniewskiego, a później Białoszewskiego. Joginka. Ale przede wszystkim – poetka i pisarka. Kiedy czegoś zapragnęła – nic nie mogło jej powstrzymać. A nade wszystko chciała być artystką, tworzyć. Justyna Sobolewska wczytuje się w autofikcyjną twórczość Stańczakowej i przedziera się przez pełne niespodzianek archiwum pisarki. Odkrywa nie tylko fascynującą postać swojej babki, ale i jej zagmatwaną historię. Tworzy poruszający obraz skomplikowanych więzi rodzinnych i na nowo nawiązuje przerwaną niemal trzydzieści lat wcześniej rozmowę”.
Niedługo spotkamy się wszyscy przy stołach wigilijnych. Może nie warto wtedy rozmawiać (czy nawet kłócić się) o bieżącej polityce która dzieli, ale zapytać o przeszłość, o rodzinną historię, o fakty z życia najstarszych z naszych rodzin.
Ostatnio na rynku pojawia się sporo wydawnictw, które mają ułatwić zapisywanie czy kolekcjonowanie wspomnień rodzinnych. Są tam gotowe pytania do babci, dziadka, mamy czy taty i miejsce na zapisywanie odpowiedzi. Wystarczy odrobina chęci, czasu oraz uwagi, by uchronić od zapomnienia cząstkę własnej tożsamości.
Mnie lektura książki Justyny Sobolewskiej zainspirowała do rozmów o przeszłości z moim dziadkiem. 15 grudnia 2025 r. skończył 96 lat. Gdy wybuchła wojna miał 10 lat. Przez całe 5 lat wojny pracował w gospodarstwie u Niemca, nie widząc się ze swoją rodziną. To wtedy podjął decyzję, że praca na roli jest za ciężka i pragnie dla siebie innego życia. Wybrał zawód krawca i życie w mieście. Osiągnął sukces zawodowy – został nawet kierownikiem w firmie i historia jego (mojej) rodziny potoczyła się inaczej. Dostęp do edukacji w mieście był łatwiejszy. Ciekawe jak wyglądałoby moje życie gdyby dziadek został na roli, w rodzinnych stronach. Czy moje życie byłoby inne?
Kiedy czytałam „Jadwigę. Opowieść o Stańczakowej” chodziłam w niedzielę z laptopem do mojego dziadka i spisywałam jego wspomnienia. Dziadek ma świetną pamięć i porządek w dokumentach oraz zdjęciach. Zapisywałam to, co mówił. Na pewno to nie wszystko. Z pewnością takich wspomnieniowych spotkań musi być więcej i nie można tego odkładać na potem. To zbyt cenne.
Pewnie nie napiszę biografii dziadka, bo wolę tworzyć fikcyjne światy, ale inspiracja jego historią może być kiedyś gdzieś wykorzystana.
Bardzo polecam Wam lekturę książki Justyny Sobolewskiej „Jadwiga. Opowieść o Stańczakowej”. Ta książka oddaje sprawiedliwość niedocenionej za życia artystce, której twórczość powinna być bardziej zauważona, zbadana, spopularyzowana.
Justyna Sobolewska dzięki tej książce została finalistką Górnośląskiej Nagrody Literackiej „Juliusz” oraz laureatką Nagrody Literackiej im. Cypriana Kamila Norwida w 2025 r.
Obejrzałam też z wielką przyjemnością film „Parę osób, mały czas” (reż. Andrzej Barański, 2005), który opowiada o przyjaźni Jadwigi Stańczakowej (w tej roli rewelacyjna Krystyna Janda) oraz Mirona Białoszewskiego, którego świetną kreację aktorską stworzył Andrzej Hudziak.
W życiu „organizujemy” mnóstwo rzeczy. Własny ślub, przyjęcie urodzinowe dzieci czy pogrzeb rodziców. Według „Słownika języka polskiego” PWN „organizować” ma cztery znaczenia:
«planować i koordynować poszczególne etapy jakichś działań», «tworzyć zespół do wspólnego działania lub zakładać instytucję, organizację itp.», «być czynnikiem, od którego zależy układ i funkcjonowanie elementów jakiejś całości», pot. «zdobywać jakieś rzeczy, czasem nielegalnie».
Czemu służy taki właśnie wstęp Guwernantki do nowego posta? Opowiedzeniu Wam i zachęceniu Was do obejrzenia filmu pt. „Dziewczyna z Kolonii” (reż. Ido Fulk, 2025 r.). Jest to film oparty na faktach. Opowiada historię nastoletniej Very Brandes – przyszłej znanej niemieckiej producentki muzycznej. W tę rolę wcieliła się Mela Emde, tworząc bardzo dobrą kreację aktorską.
Akcja filmu rozgrywa się w latach ’70. Kim jest wtedy Vera Brandes? Z pewnością wywodzi się z konserwatywnego domu. A ją samą przepełnia bunt i dążenie do wolności. Nie za bardzo zależy jej na edukacji. Czas woli spędzać z przyjaciółmi czy chłopakiem. Jej ogromną miłością jest również muzyka jazzowa. Chodzi na koncerty i pewnego razu od jednego z angielskich jazzmanów dostaje angaż zorganizowania trasy koncertowej. I tu rozpoczyna się „opowieść o jazzie z punckrockową energią” jak ktoś określił ten film.
Jednak główną osią filmu jest pokazanie jak ta nietuzinkowa, bezkompromisowa i odważna młoda kobieta w emancypujących się Niemczech pragnie spełnić swoje, wydawałoby się niemożliwe do zrealizowania marzenie oraz wizję, a mianowicie koncert Keitha Jarretta w Operze Kolońskiej.
Kim jest Keith Jarrett? Będę posiłkować się skarbnicą wiedzy Internetu, czyli Wikipedią 😉 To amerykański pianista, klawesynista i kompozytor muzyki poważnej oraz jazzowej. Urodził się w 1945 r. w Allentown, czyli dziś ma 80 lat. Grał z wieloma muzykami, w tym w zespole Milesa Davisa. Miał również solową karierę. Był mistrzem improwizacji. Jego koncerty często określano jako „performance”.
Był cudownym dzieckiem niczym Mozart. Dlaczego? Wskazują na to następujące fakty: 3 lata – początek nauki gry na fortepianie; 6 lat – pierwsze kompozycje; 15 lat – rozpoczęcie studiów muzycznych w Berklee College of Music w Bostonie. No geniusz, nieprawdaż?
Wiemy, że to film na faktach, niewymyślona fabuła. A mimo wszystko reżyser i scenarzysta Ido Fulk tak zbudował napięcie tego dnia koncertu fortepianowego Keitha Jarretta w Operze Kolońskiej (24 stycznia 1975 r.), że sama w kinie wątpiłam czy do niego dojdzie!
Na drodze młodej idealistki Very Brandes co minutę stawała jakaś przeszkoda bądź trudność. Film ma dobre tempo.
Koniec końców, co bardziej zorientowany w historii muzyki jazzowej widz wiedział, że efektem finalnym była słynna płyta „The Köln Concert”. To najlepiej sprzedający się solowy album jazzu oraz najlepiej sprzedające się solowe nagranie fortepianowe wszech czasów (4 miliony egzemplarzy).
Co ciekawe, artysta odmówił udziału w produkcji filmu. Wyraża niechęć wobec kultowego albumu „The Köln Concert”. Jego zdaniem inne swoje nagrania ocenia na wyższym poziomie artystycznym.
Jak wynika z tego, co napisałam, muzyk bardzo wcześnie zaczął karierę muzyczną. Była ona również niezwykle intensywna, co odbiło się na jego stanie zdrowia. W latach 90. zdiagnozowano u niego zespół chronicznego zmęczenia. Jak podaje Wikipedia Keith Jarrett rok spędził w łóżku. Ponoć nie starczało mu sił na trzyminutową rozmowę (!).
Niestety w roku 2018 roku ten wielki i wyjątkowy artysta przeszedł dwa udary. Ma częściowy paraliż i utracił zdolność gry lewą ręką, co wymusiło koniec jego kariery. Na szczęście możesz, dzięki serwisowi YouTube, wysłuchać m.in. płyty „The Köln Concert” z bogatego dorobku Keitha Jarretta:
Ale czad! Akurat nastawiłam muzykę z filmu „Amelia” (wiadomo – nowy post na blogu Guwernantka), piję kawę na mleku kozim bez laktozy, otwieram Worda Guwernantka na komputerze i… zaczyna padać śnieg!
Początek astronomicznej zimy nastąpi 21.12, a kalendarzowej 22.12.
Kolejno odlicz! Opony zimowe są? Są! Płaszcz zimowy odebrany z pralni jest? Jest! Kredyt na Święta zaciągnięty? Tak! No! To możemy już żegnać Panią Jesień.
Ja w tym roku oceniam ją bardzo dobrze. Pięknie jej było we wrześniu, październiku i listopadzie.
O! A propos listopada to zaczęłam się już z nim oswajać w trakcie genialnego Festiwalu Piosenki Autorskiej CAŁA JASKRAWOŚĆ (https://calajaskrawosc.sosmusic.pl/).
W tegorocznej VI edycji zgłosiło się 500 artystów, którzy są tekściarzami, komponują muzykę i śpiewają własne utwory. Nie lada talenciaki z Lidla potrzebne, co nie?
Dziesiątka finalistów spotkała się w dniach 9-12 września 2025 r. na 4-dniowych warsztatach muzycznych, by pod okiem profesjonalnych muzyków przygotować się do wielkiego Koncertu Finałowego w Centrum Kulturalno-Kongresowym Jordanki w Toruniu.
Na Koncert Finałowy, by go obejrzeć na żywo, wystarczy zgłosić się (o ile się nie mylę?) po darmową wejściówkę.
Tradycją jest krótki występ zeszłorocznego laureata (w tym roku był nim genialny Mateusz Gędek), konkurs, a potem koncert „gwiazd”.
Ja dzięki temu Festiwalowi byłam w 2021 r. na koncercie Stanisława Soyki (podpisał dla mnie płytę z autografem) i zespołu Bitamina/Vito Bambino. W 2025 r. gościem specjalnym był zespół Mikromusic. Tu już impreza biletowana.
Ja na Festiwalu CAŁA JASKRAWOŚĆ byłam po raz pierwszy w 2021 roku, bo dostałam się na warsztaty twórczego pisania (chyba sześć miejsc jes), pisząc na konkurs prozę. Dzięki temu na pokrzyżackim Zamku Bierzgłowskim pod Toruniem (z połowy XIII wieku) spędziłam cztery intensywne warsztatowe dni. Całą grupą literacką napisaliśmy też słowa piosenki do już ułożonej przez muzyków melodii. Finaliści zaśpiewali wspólnie ten utwór na koniec Koncertu Finałowego – tak jest co roku, to tradycja Festiwalu. Miła, nie?
W 2025 roku wysłałam na konkurs literacki wiersze. Postanowiłam zrobić sobie taki challenge: lepsza ze mnie prozaiczka, czy poetka? Komisja konkursowa zauważyła moje wiersze i tak ponownie byłam „księżniczką z zamku bierzgłowskiego” 😀
Zadaniem każdego laureata warsztatów twórczego pisania jest potem napisanie tekstu literackiego do „książeczki” dołączanej do płyty CD z piosenkami finalistów Całej Jaskrawości. Cóż. Jedną już z własnym tekstem mam! Niezły fun!
Opowiadanie na nowy krążek festiwalowy już napisałam (tytuł: „Boży tron”), będzie pewnie jeszcze szlifowane do poziomu diamentowej płyty he, he 🙂 No, ale satysfakcja ogromna! Pisać nagradzaną prozę oraz docenianą poezję. To lubię 🙂
Każdy koncert finałowy z Jordanek możecie obejrzeć za darmo na kanale YouTube, edycja V z 2024 roku roku jest dostępna pod tym linkiem:
Ciekawostką jest, że tegoroczna finalistka Całej Jaskrawości – Żaneta Chełminiak, jest w Finale XVI edycji programu muzycznego The Voice of Poland. Finał już w tę sobotę – 29.11.2025 o godz. 20.30 na kanale TVP 2.
No ale skąd mnie tak wzięło na te wspominki? Śnieg… Nadciągająca zima… Przecież Festiwal CAŁA JASKRAWOŚĆ miał miejsce w dniach 9-12 września 2025 r. w naprawdę świetnych warunkach pogodowych?!
Kluczem do rozwiązania tej zagadki jest zwyciężczyni Konkursu (zarówno głosami jury, jak i głosami publiczności, BRAWO!) – ANIA BRATEK.
To ona, Ania, we wrześniu śpiewała na CAŁEJ JASKRAWOŚCI o… listopadzie 😀 Posłuchajcie:
Co jeszcze dała mi tegoroczna edycja CAŁEJ JASKRAWOŚCI? Otóż możliwość osobistego poznania pisarki, prozaiczki, literaturoznawczyni, doktor nauk humanistycznych, felietonistki i krytyczki literackiej – pani Elizy Kąckiej. Przed spotkaniem autorskim w Książnicy Kopernikańskiej w Toruniu uczestnicy zajęć twórczego pisania, w tym ja, mieliśmy wyjątkową okazję porozmawiać z panią Elizą Kącką o naszych pisarskich rzeczach, co było bardzo cenne.
Spotkanie autorskie we wrześniu o książce „Wczoraj byłaś zła na zielono” poprowadził profesor UMK pan Dariusz Pniewski, a już na początku października cała Polska i świat wiedziały, że Nagroda Literacka „Nike” – Wybór Czytelników, jak i ta główna – trafiła do rąk pani Elizy Kąckiej!
Jakże wielka była moja radość! Złożyłam za pomocą Internetu gratulacje Laureatce.
Takie rzeczy możliwe są tylko na Festiwalu Piosenki Autorskiej CAŁA JASKRAWOŚĆ!
Jestem bardzo dumna, że województwo kujawsko-pomorskie (w którym mieszkam, miasto Włocławek) i jego władze stawiają na rozwój kultury. Bo w naszym regionie dzieje się na tym polu wiele. A ja mam słabość do postaw „soft power” i „dyplomacji kulturalnej”. Takie skrzywienie edukacyjno-zawodowe 😀
To na koniec:
PRÓBUJEMY – sił w konkursach muzycznym i literackim w 2026 r.!
SŁUCHAMY – Ani Bratek!
CZYTAMY -Elizę Kącką!
ODWIEDZAMY – województwo kujawsko-pomorskie!
AHOJ!
PS A co fajnego wydarzy się wkrótce w moim mieście – Włocławku?
Dyrektor Miejskiej Biblioteki Publicznej im. Zdzisława Arentowicza we Włocławku pan Andrzej Chmielewski i najlepsi Bibliotekarze ever zapraszają na spotkanie autorskie z Elizą Kącka!
16 grudnia 2025 r. (wtorek) Godz. 17.00 Miejsce: Sala Kameralna Miejskiej Biblioteki Publicznej im. Zdzisława Arentowicza we Włocławku, ul. Warszawska 11/13 Wstęp wolny
Pierwsze zdanie pisarza w książce to klucz do serca czytelników. Stara dobra zasada. Chyba podobnie jest w kontekście „układania” kolejności utworów na płycie muzyków. Tego nie wiem dobrze, bo bliższy mi twórczo świat literatury. Ale są dwie płyty, które słucham regularnie i one mają właśnie to „coś” już na samym początku. To ścieżki dźwiękowe z filmu „Amelia” i „La la land”.
Ponoć ludzki mózg kocha rytuały, rutynę, powtarzalność. Pisząc blog Guwernantka już od tylu lat (1 stycznia 2026 r. minie ich osiem) zawsze stukam w klawiaturę przy muzyce kompozytora Yanna Tiersena „Pour Amélie” w wykonaniu pianisty Jeroena van Veena. I wtedy przestaję być Elizą. Staję się Guwernantką 😉
Dzisiaj opowiem Wam o ostatnio obejrzanym przeze mnie filmie. To „Miss Potter” (reż. Chris Noonan, 2006). To dramat biograficzny. Poznajemy historię Beatrix Potter (w tej roli Renée Zellweger), trzydziestoparoletniej panny z angielskiego domu przełomu XIX i XX wieku. Ówczesne społeczeństwo i rodzina Beatrix wolałaby ją widzieć w roli małżonki oraz matki, jednak sama bohaterka opowieści ma na siebie inny pomysł. Pragnie pisać bajki, ilustrować własne książki i wydawać je, by trafiły do rąk czytelników. Kobiecie trudno jest przekonać otoczenie do swojej wizji, ale się nie poddaje, podąża za swoimi marzeniami w imię zasady: „Chcieć to móc”. Decyduje się na odważny krok. Pierwszą część opowiadań „Piotrusia Królika” wydała na własny koszt. Egzemplarze sprzedały się na pniu, co zwróciło uwagę wydawnictwa, które podjęło współpracę z Miss Potter. Wydarzenie to całkowicie zmienia sytuację zawodową i osobistą Beatrix. Więcej nie zdradzam!
Film jest pięknie wyreżyserowany. No i ja oczywiście uwielbiam krajobrazy angielskiej prowincji, przyrody… Bardzo pasuje mi ten klimat.
Ale nie tylko zieleń, taka soczysta, że aż pachnie przez plazmę, łączy mnie z tą fabułą.
Napisałam powieść, którą wysyłam od niedawna do wydawnictw. Mam zrobioną listę i odhaczam, gdzie poszło. Zobaczymy, co z tego wyniknie. Trzymajcie kciuki! Od razu mówię, że to nie książka dla dzieci, ani jakiś konkretny gatunek literacki. Mogę jednak się pochwalić, że została ona zauważona, bo dostała się do finałowej dziesiątki konkursu Połów. Poetyckie i prozatorskie debiuty 2024 Biura Literackiego.
Mam nadzieję, że będzie mi dane poczuć tę ogromną satysfakcję spełnionego marzenia jaką mogła odczuwać Miss Potter. Cieszę się, że trafiłam na ten film, tak w sumie przypadkiem, w Mediatece Miejskiej Biblioteki Publicznej im. Z. Arentowicza we Włocławku.
Zbliża się koniec roku. Będziemy robić podsumowania, by zaraz na początku kolejnego Nowego Roku planować wszystko na nowo/staro. Każdy ma marzenia. Każdemu życzymy spełnienia marzeń w tej tradycyjnej życzeniowej konstelacji: „Zdrowia, szczęścia, pomyślności, radości, spełnienia marzeń”. Pomyśl w tym momencie o swoim marzeniu. Czy dobrze je traktujesz? Może nie warto odkładać i czekać z jego spełnieniem? Takie filmy jak „Miss Potter” dają inspirację oraz wiarę, że tak, udaje się. Nie poddawać się, nie ustawać, marzyć, marzyć, marzyć i SPEŁNIAĆ te marzenia. Tego sobie i Wam życzę!
Każdy rok w Polsce ma swoich patronów ustanawianych przez Sejm i Senat. Nie inaczej było mniej więcej rok temu, kiedy to Senat RP wybrał za patronkę 2025 r. m.in. Marię Pawlikowską-Jasnorzewską. Jak przeczytałam na stronie internetowej Narodowego Centrum Kultury: „Senat wyraził przekonanie o szczególnym znaczeniu jej dorobku poetyckiego. Jak przypomniano, 9 lipca 2025 roku przypada 80. rocznica śmierci tej wybitnej polskiej poetki, wnuczki, córki i siostry wielkich Kossaków”.
Poezja często inspiruje muzyków i piosenkarzy. Mają najczęściej piękny, dopracowany tekst do interpretacji. Postanowiła z tego skorzystać znana polska piosenkarka i kompozytorka sanah (https://www.youtube.com/watch?v=avrpaTpS5Kc). Jak czytam pod teledyskiem na YouTube: „Zainspirowałam się interpretacją tego pięknego tekstu w wykonaniu Ewy Demarczyk. Bardzo chciałam napisać do niego własną melodię i tak oto powstały moje <<Pocałunki>>”. I potem w duecie z Katarzyną Nosowską (https://www.youtube.com/watch?v=KNdzBye2rOQ) wykonała utwór „Ofelia”, również z dorobku poetki. Dzięki popularności sanah poezja Lilki jest z pewnością bliższa kolejnym pokoleniom.
Kończy się rocznicowy rok Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej a ja czuję, że mogłabym wystartować w olimpiadzie tematycznej z wiedzy o jej życiu. Dlaczego? Jestem po lekturze dwóch biografii poetki. W kolejności najpierw była to książka: Aleksandry J. Ostroch „Maria Pawlikowska-Jasnorzewska. Życie w poezji skroplone”, a potem Małgorzaty Czyńskej „Zgiełk serca. Opowieść o Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej”.
Wybór Lilki na bohaterkę dociekań biograficznych jest ze wszech miar ciekawy i zrozumiały. Artystyczna rodzina, uzdolniona po przodkach malarsko (oryginalne, niebanalne, wyjątkowe akwarele ukazane w jednej i drugiej biografii, przy czym w tej autorstwa M. Czyńskiej jest ich znacznie więcej), no i oczywiście literacko (wiersze, a później dramaty – w biografii A.J. Ostroch na końcu książki są streszczenia dramatów Lilki).
Do tego ciekawe życie osobiste. Dosyć powiedzieć liczba mężów trzy, liczba dzieci zero. Kochała flirty (nawet jeśli była aktualnie w związku), adorację, elegancję, piękny i zawsze młody wygląd. Lubowała się w zbytkach, tu futerko, tam pończoszka. Obracała się w artystycznym środowisku najważniejszych twórców swojej epoki. A zatem jej życiorys to i fragmenty życia choćby Witkacego, Lechonia, Iwaszkiewicza, Słonimskiego…
To poetka miłości, królowa liryki miłosnej. Chętnie czytana i doceniana wtedy i teraz. Była małżonką Władysława Bzowskiego (żołnierza), Jana Gwalberta Pawlikowskiego (ekonomisty, wielbiciela Tatr, który postawił willę Pod Jedlami na Kozińcu projektu Stanisława Witkiewicza), Stefana Jerzego Jasnorzewskiego (lotnika). Swojego czasu romansowała też z żonatym portugalskim lotnikiem José Sarmento de Beires, przebywając w stolicy miłości – Paryżu.
W tamtych czasach mężowie często mieli kochanki, o których wiedziały i same żony. A Lilki pogląd na małżeństwo był następujący: „Tak bardzo przecież nie chcę być typową żoną, która trzyma męża krótko, nie rozumie jego aspiracji, narzuca się i przynudza o prozaiczne sprawy.” (Aleksandra J. Ostroch „Maria Pawlikowska-Jasnorzewska. Życie w poezji skroplone”). Zresztą Lilka na takie układy małżeńskie napatrzyła się w domu, w którym tatko Wojciech Kossak przy pełnej wiedzy „Mamidła” wiódł podwójne życie.
Lilka była atrakcyjną kobietą. Każdy zachwycał się jej ogromnymi niebieskimi oczami. Jednak ona bardziej skupiała się na szpecącym garbie. Do tego wstyd jakiego musiała doznać, by otrzymać rozwód z Bzowskim „z powodu niemocy płciowej”.
Rok 2025 obfitował w konkursy literackie inspirowane twórczością Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Jako że sama jestem osobą piszącą i lubię konkursowe wyzwania, odwiedzam często stronkę https://aktualnekonkursy.pl/konkursy-literackie.
Spodobała mi się definicja warsztatu pisarskiego. Według poetki: „naprzód jest przeżycie. Potem tworzy się wokół niego mgławica, a z niej wyłania się z wolna poetycki kształt. Nie umiem tworzyć wierszy nie przeżywszy ich całą duszą. Ilekroć próbowałam coś stworzyć bez udziału tego ciała astralnego, nic nie wychodziło” (Małgorzata Czyńska „Zgiełk serca. Opowieść o Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej”).
Ciekawa jest również relacja Lilki z siostrą Madzią, później również literatką (pseudonim Magdalena Samozwaniec wymyślony przez Jasia Pawlikowskiego), nie mniej zdolną od starszej siostry. Magda wyszła za mąż (potem się rozwiodła) za Jana Starzewskiego, dyplomatę, z którym miała córkę.
Dla Lilki jej miłosnym spełnieniem był Jaś. Niestety poznał on austriacką tancerkę Walerię Kończyńską, Wally (urodziła mu później córkę Iwę) i się w niej zakochał podczas kuriozalnej przygody – występowaniu (w masce i pod pseudonimami) w kabaretowym tourneè zagranicznym z zespołem tanecznym Rity Sacchetto.
Ciekawie poetka pisze w liście do Jasia o byciu twórcą: „Uważam, że to, czem jest, ważniejsze jest od tych odpadków zwanych twórczością. Nic po sobie zostawić nie można i tak, bo któż mnie kiedyś, gdy mnie już nie będzie, zrozumie, kto uwierzy w to, że byłam, i kto mnie odróżni? Nieśmiertelność może być jedynie w naszej własnej duszy i pamięci lub jej wcale nie ma. Więc na to wychodzi, że twórczość to tylko zabawa w życiu i zajęcie miłe i pożyteczne. Ale powagi w tem wielkiej nie ma i nie ma się o co rozbijać” (Małgorzata Czyńska „Zgiełk serca. Opowieść o Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej”). W tej samej biografii natrafiłam na taki cytat: „Kobieta chciałaby uczynić z życia dramat erotyczny, film pełen silnych, pasjonujących uczuć, a mężczyzna broni się przed zbyt gwałtownym uczuciem, które mu przeszkadza w dążeniu do poważnego celu”.
Z Lilki był z pewnością oryginał. Miała oswojoną wiewiórkę o imieniu Sorka i lemura. Rodzina Kossaków zamieszkiwała w Krakowie słynną Kossakówkę. Ojciec Wojciech wynajmował pokoje i pracownię w hotelu Bristol w Warszawie. W Juracie na Półwyspie Helskim mieli letni domek przy ulicy Świętopełka. W 2020 r. w lutym byłam w Juracie i ów domek widziałam.
Ostatni mąż Lilki był od niej 10 lat młodszy i naprawdę ją ubóstwiał. Nie był typem intelektualisty, a tym bardziej poety. Był wojskowym lotnikiem zdanym na adresy zamieszkania otrzymywane od swoich przełożonych. A tam gdzie mąż, tam i eteryczna Lilka. Dom oficerów w Rakowicach, Centrum Wyszkolenia Oficerów Lotnictwa w Dęblinie… Lilka pasowała tam jak kwiatek do kożucha.
Po wybuchu II wojny światowej małżeństwo Jasnorzewskich udaje się na emigrację. Ostatecznie osiadają w Anglii. Są rozdzieleni. Lilka w hotelu w Blackpool, on w jednostce wojskowej. Piszą listy, widują się kiedy można. Lilka tęskni za domem, drży o życie ukochanych najbliższych. Była stuprocentową pacyfistką. Interesowała się magią, teozofią, tarotem, kabałą, znachorstwem, ziołami, medycyną niekonwencjonalną.
Poetka ciężko zachorowała w 1944 r. na raka szyjki macicy z poważnymi przerzutami do kręgosłupa. Po naświetleniu radem leżała sparaliżowana od pasa w dół. Zmarła 9 lipca 1945 r.
Pamięci poetki jest dedykowany XXIX Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, którego organizatorami są Urząd Miasta Katowice i Miejski Dom Kultury „Szopienice – Giszowiec” (wyniki konkursu zostaną ogłoszone 28 listopada 2025 r.). W Rzeszowie z kolei do 14 września można było wysyłać prace konkursowe na XI Ogólnopolski Konkurs Poetycki o „Pióro Pegaza” inspirowany Marią Pawlikowską-Jasnorzewską. Kto zamiast pisać wiersze woli je recytować, mógł wziąć udział w XI Konkursie Recytatorskim pt. „Liryczna wędrówka z Marią Pawlikowską-Jasnorzewską”, którego finał miał miejsce 9 maja 2025 r.
Wypożyczyłam również trzecią książkę o Lilce pt. „Bagienna niezapominajka. Nieznane życie Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej” autorstwa Arael Zurli, która opowiada w zbeletryzowany sposób o ostatnich sześciu latach życia Lilki. Uważam jednak, że lekcję z poetki Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej zdałam celująco. Naprawdę sporo się o niej dowiedziałam. Czas poznać inne fascynujące postaci.