Każdy Mozart był kiedyś dzieckiem, czyli przypowieść o talencie

Żaden film już dawno tak mnie nie poruszył. A z powodu pandemii oglądam znacznie więcej filmów. Od stycznia obejrzałam ich już prawie trzydzieści. Sięgam zarówno po klasykę w stylu „Casablanki”, jak i nowsze produkcje. Chcę napisać dzisiaj swoje przemyślenia po obejrzeniu „Przedszkolanki” (reż. Sara Colangelo, 2018). To film o kobiecie pracującej w przedszkolu. Uczęszcza na warsztaty pisania wierszy. Pewnego dnia odkrywa, że jej pięcioletni podopieczny ma niespotykany talent do tworzenia wierszy. Przejęta tym odkryciem przedszkolanka staje się mentorką chłopca. To film o niespełnieniu pasji i marzeń. Ale również o misji w pracy jaką wykonujemy zawodowo. Fabuła jest niezwykle wciągająca. Choć to nie thriller, a dramat, trzyma cały czas w napięciu. To naprawdę dobre kino. Polecam!

Każdy Mozart był kiedyś dzieckiem… Rodzice mają ogromną rolę do spełnienia. Tak obserwować ukryte często talenty dziecka, by w odpowiednim momencie np. zapisać je do szkoły baletowej, kółka teatralnego, szkółki piłkarskiej, lekcje śpiewu czy gry na instrumencie. Rodzice są wtedy bardzo dumni. Często się zdarza, że dziecko realizuje ich niespełnione marzenia. Wielką rolę w odkrywaniu talentów spełnia szkoła – poszczególni nauczyciele przedmiotów. Jeśli Malwinka namaluje kotka na miarę Picassa być może trafi na lekcje rysunku. Jeśli na lekcji muzyki Marysia zaśpiewa jak Whitney Houston być może trafi na lekcje śpiewu. Jeśli Alanek zagra na dzwonkach niczym Chopin być może trafi na lekcje gry na fortepianie. Bo szkoła to nie tylko życie od sprawdzianu do klasówki. To miejsce twórczego odkrywania siebie. Może stać się właśnie tak, że Twoje dziecko ma talent. W filmie chłopiec tworzy wiersze. Gdzie wysłać takie dziecko? Ma przecież talent nie gorszy od plastyka czy muzyka. Jak nie przeoczyć takiego dziecka? Dużą rolę mają do odegrania nauczyciele języka polskiego. To tam dziecko pisze pierwsze opowiadania, opisy, rozprawki. Rodzice mogą przegapić literacki talent swojego dziecka. Jeśli zrobi to nauczyciel – to czyste zaniedbanie. Dziecko uzdolnione literacko może wysyłać swoje prace na różne konkursy. Dobrze jeśli jest zachęcane do czytania. Wspaniale jeśli pisze coś poza pracami domowymi.

A jak się dzieje w rzeczywistości? Przeczytałam książkę Julii Cameron „Droga artysty. Jak wyzwolić w sobie twórcę. 12-tygodniowy kurs odkrywania i rozwijania własnej kreatywności”. W opisie książki czytamy: „Nowatorska metoda Julii Cameron pomogła tysiącom ludzi na świecie odkryć uśpione talenty i zrealizować twórcze marzenia”. Po lekturze tej książki głęboko zapadło w moją pamięć to, iż artystyczne talenty dzieci to szczęście i jednocześnie dopust Boży. Super, że Martynka gra w szkolnym kółku teatralnych. Dumni rodzice po przedstawieniu klaszczą w ręce w pierwszym rzędzie. Jeśli natomiast 18-letnia Martyna mówi rodzicom: „Chcę zostać aktorką” rodzice stanowczo oponują: „Dziecko, chcesz bidować i grać w podrzędnych paradokumentach”? Z jednej strony rodzice boją się o byt materialny dziecka. Chcą dla niego jak najlepiej. Z drugiej… Marnują mu życie. Kiedy Martyna skończy szkołę teatralną nie wiemy czy w tej trudnej branży zacznie kroczyć po czerwonych dywanach. Sukces i pieniądze cieszą. Ale czy tylko po to żyjemy?

„Człowiek ma sam siebie uczynić tym, kim ma być, aby wypełnić swoje przeznaczenie” (Paul Tillich).

„Idź zdecydowanie w kierunku swoich marzeń! Żyj życiem, jakie sobie wyobraziłeś. Prawa rządzące wszechświatem będą coraz prostsze w miarę, jak ty będziesz upraszczać swoje życie”. (Henry David Thoreau)

To tyle w temacie…

Rodzi się zatem pytanie, czy artyści są światu potrzebni? Czy nie lepiej kształcić inżynierów i programistów? Julia Cameron twierdzi: „Twórczość artystyczna obnaża społeczeństwo przed nim samym. Sztuka wydobywa na jaw różne rzeczy. Oświeca nas. Rozświetla panujące ciemności. Opromienia mroczną czeluść w nas samych i mówi: „Widzisz?”.

Ludzie mówią o artystach: „lekkoduchy” czy „niebieskie ptaki”. To stwierdzenie potwierdza kolejny cytat z tej książki: „Ludziom wydaje się, że życie twórcze jest zakorzenione w fantazji. Prawda jest trudniejsza do przełknięcia: kreatywność jest zakorzeniona w rzeczywistości, w konkrecie, w tym co oglądane z bliska, wnikliwie obserwowane albo szczegółowo wyobrażone”.

Wybór ścieżki artystycznej nie jest łatwy. Oprócz braku wsparcia otoczenia są i realne problemy, jak brak pieniędzy. Ten mankament doskwiera szczególnie teraz, w czasie pandemii koronawirusa. Julia Cameron uspokaja jednak: „Słuchając wewnętrznego (s)twórcy, wkraczamy na odpowiednią ścieżkę. Znajdziemy na niej przyjaciół, miłość, pieniądze i sensowną pracę”. Na kolejnych stronach zaś czytamy: „To czego naprawdę pragniemy, jest tym, co powinniśmy robić. Gdy robimy to, co jest nam przeznaczone, pojawiają się pieniądze, otwierają się przed nami drzwi, czujemy się użyteczni, a praca zdaje się zabawą”. Co więcej autorka kolejny raz podkreśla: „Moim zadaniem jest tworzyć to, co ma być stworzone. Nie mogę rozsądnie zaplanować kariery, kierując się płynnością finansową i strategiami marketingowymi”.

„Ludzie często usiłują żyć na opak: starają się zdobyć więcej rzeczy albo więcej pieniędzy, żeby częściej robić to, czego pragną, a tym samym osiągnąć szczęście. Dzieje się jednak na odwrót: najpierw trzeba być tym, kim się naprawdę jest, później robić to, co należy, a wtedy można mieć to, czego się pragnie”. (Margaret Young)

Kiedy jesteśmy już dorośli wciąż jest w nas małe dziecko. Cameron pisze i o nim: „Musimy pamiętać, że wewnętrzny artysta jest dzieckiem i że intelektualnie jesteśmy w stanie udźwignąć znacznie więcej niż emocjonalnie”. Zaniedbanie wewnętrznego dziecka prowadzi w konsekwencji do tego, że: „Zawstydzeni rzekomym brakiem talentu, swoimi nadambitnymi marzeniami, młodzi artyści oddają swoje uzdolnienia w służbę działalności komercyjnej i zapominają o upragnionej, bardziej nowatorskiej (i ryzykownej) pracy. Zamiast pisarzami zostają redaktorami, zamiast reżyserami – montażystami, zamiast artystami par excellence – twórcami reklam, tkwiącymi dwa kroki od swoich marzeń”.

Przechodząc od filmu i książki, pragnę podzielić się z Wami moim własnym doświadczeniem. Kiedy nauczyłam się pisać, zaczęłam pisać swoją pierwszą książkę. Od podstawówki po liceum uwielbiałam język polski. W gimnazjum pisałam do szkolnej gazetki. Kiedyś napisałam felieton. Pani od polskiego na każdej lekcji z różnymi klasami czytała go na głos. Poczułam coś niesamowitego. W wieku 14 lat napisałam swój pierwszy wiersz. W rubryce „Twórcy regionu” opublikowała go lokalna gazeta. Jednakże wkraczając w dorosłe życie zapragnęłam zostać dyplomatką. Jestem magistrem europeistyki. Na przedostatnim roku studiów na Uniwersytecie Warszawskim w ramach zajęć fakultatywnym zapisałam się na kurs kreatywnego pisania. To było coś wspaniałego! Był to dla mnie najważniejszy przedmiot! Pisarstwo zaczęło rywalizować z marzeniem o dyplomacji. Chcąc połączyć zainteresowanie kulturą, marketingiem i dyplomacją ukończyłam na Collegium Civitas Dyplomację kulturalną i creative writing. Uznałam, że powalczę o stanowisko w Instytucie Adama Mickiewicza. Na Akademii Leona Koźmińskiego dokształciłam się na studiach z Zarządzania projektami. Wszystko podporządkowałam pracy w IAMie. I co? Mimo aplikacji w kilku rekrutacjach nie dostałam jej. Wyprowadziłam się z Warszawy i wróciłam do rodzinnego miasta. Miałam trochę wolnego czasu. Zaczęłam wieczorowo studiować Anglistykę. Traktowałam to bardziej jak rozszerzony kurs językowy. Jednak coś się zmieniło na drugim roku studiów. Miałam zajęcia z pisania z niezwykłą wykładowczynią. De facto były to zajęcia z creative writing. Znów tworzyłam, znów pisałam. Zrobiłam coś nieprawdopodobnego – rzuciłam studia. Zawsze kończyłam to, co zaczęłam. Zrobiłam wyjątek. Od października 2019 roku jestem studentką Podyplomowych Studiów Literacko-Artystycznych na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Piszę wiersze, opowiadania, reportaże, scenariusze. Słucham wykładów z literatury czy filmu. Nie mam pojęcia czy zasłużę na Nobla w literaturze. Wiem, że jestem w odpowiednim miejscu. Wykładowcami SLA była Wisława Szymborska, Czesław Miłosz czy Olga Tokarczuk. W zeszłym roku SLA obchodziło swoje 25-lecie istnienia. To niezaprzeczalne dzieło prof. Gabrieli Matuszek-Stec. Miała ona bowiem odwagę otworzyć pierwszą w Polsce szkołę dla pisarzy. Powiem więcej, szkołę dla marzycieli, przedszkole dorosłych utalentowanych dzieci. Spotkałam tam profesjonalnych wykładowców i cudownych innych studentów. Studia ukończę w 2021 roku. Co potem? Wypowie się za mnie Wisława Szymborska: „A ja nie wiem i nie wiem i trzymam się tego jak zbawiennej poręczy” (Niektórzy lubą poezję).

I jeszcze raz na sam koniec Julia Cameron: „Zabijać swoje marzenia, ponieważ są nieodpowiedzialne, to być nieodpowiedzialnym wobec samego siebie”.

 

4 thoughts on “Każdy Mozart był kiedyś dzieckiem, czyli przypowieść o talencie

  1. Ja mało oglądam filmów, ale rzeczywiście w obecnych czasach przyznam, że częściej zasiadamy przed telewizorem

    Like

  2. Każdy z nas ma ukryte w sobie talenty. Nie lada wyzwaniem jest odkryć je w sobie. Jeśli mamy szczęście to spotkamy na swojej drodze osoby, które pomogą nam je w sobie znaleźć. Ja dodałabym jeszcze definicję talentu. Co rozumiemy pod tym pojęciem? Najważniejsza chyba w tym wszystkim jest bardzo wysoka samoświadomość. Talent to według mnie czteropasmowa autostrada w naszym umyśle, która kształtuje nasz sposób myślenia, odczuwania i zachowania. W Twoim przypadku jest to wrodzone zamiłowanie do pisania. Gratuluję Ci odwagi i pójścia za głosem serca i pasji. Życzę powodzenia.

    Liked by 1 person

Leave a comment