Guwernantka rozprawia się z nauczaniem pisania, czyli Dębolki a sprawa pisarska

Czy pisania można się nauczyć? Z formalnego punktu widzenia – tak. Pamiętam do dziś jak stałam pod tablicą w pierwszej klasie szkoły podstawowej i recytowałam alfabet. Uzyskałam w ten sposób narzędzia do pisania w zeszycie w trzy linie. Z czasem była ona pojedyncza, a zeszyt do języka polskiego w liceum rozrósł się do rozmiarów A4 i sześćdziesięciu kartek.

Wracając jednak do genezy. Pisarzom często zadaje się pytanie: „Od kiedy pani/pan pisze?”. I potem taki pisarz w gminnej bibliotece w Dębolkach przed dziesiątką kobiet, które przyszły na spotkanie autorskie zamyśla się głęboko, wodzi wzrokiem po publiczności, ściskającej w mocnym uścisku swoją najnowszą powieść i duma, duma. „Od zawsze” – odpowiada. Pani prowadząca spotkanie odpowie skwapliwie: „Takiej odpowiedzi się spodziewałam. Widać, że pisze pan od momentu poznania liter”.

Można powiedzieć, że taka scenka jest banalna, ale szczerze wierzę, że wyznaczenie wyraźnej cezury od kiedy się pisze może być trudne. Na początku musi być chęć rozwoju talentu i pasji. A w tej kwestii pomagają marzenia.

To one dają iskierkę nadziei, motywację i są przekuwane na cele. Tak powie każdy przyzwoity couch po webinarze: „Zostań the best couchem w 24 godziny” Marzenia kojarzą się z dzieciństwem, ale i stulatkowi życzy się na urodziny: „Spełnienia marzeń”. Bo to przecież zlepek: „Zdrowia, szczęścia, pomyślności i spełnienia marzeń”. Nie zdziwi mnie jeśli niedługo algorytm Facebooka wydłuży formułkę życzeń urodzinowych dla twoich znajomych, zastępując aktualne: „Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Anno”. A może będą one kiedyś jeszcze bardziej spersonalizowane, jakby podłączone do twojego mózgu, duszy i serca. Może sztuczna inteligencja złoży tobie kiedyś życzenia, o których myślisz skrycie nad tortem ze świeczką? Facebooku, 3 maja w moje urodziny, złóż mi na tablicy życzenia składania literek do końca życia.

Wracając do pytania zadanego na początku: „Czy pisania można się nauczyć?”. Większość osób podchodzi podejrzliwie do wszelkiego rodzaju kursów pisarskich czy creative writing. Jak zwał tak zwał. W gruncie rzeczy chodzi o to, by „pomóc”, „pobudzić”, „rozwinąć”. Na stwierdzenia, że: „Pisania nie da się nauczyć” odpowiadam: „To dlaczego ktoś, kto ładnie namalował obraz babci idzie na Akademię Sztuk Pięknych?”. Albo: „Dlaczego ktoś, kto pięknie zaśpiewał psalm w kościele idzie na Akademię Muzyczną” lub „Dlaczego ktoś kto dobrze gra w jasełkach idzie do Łódzkiej Filmówki?”. Z drugiej strony dobrze wiem, że większości utalentowanych ludzi nie są potrzebne żadne studia, by osiągnąć sukces według własnej miary, bo przecież ocena tego, czy sukces się osiąga czy nie, jest bardzo indywidualna. Talent do czegoś nie oznacza od razu, że będziemy chcieli robić to, w czym obiektywnie jesteśmy dobrzy. Otrzymaliśmy zdolności, ale nie chcemy ich wykorzystać w pracy zawodowej czy nawet w ramach hobby. Jednak jeśli ktoś ma talent, który jest jego pasją, to chce jak najwięcej obcować z daną czynnością, bo sprawia mu to najprościej mówiąc frajdę. W dodatku jak w czymś człowiek jest dobry, kocha to robić, to czemu by na tym nie zarobić? W myśl: „Rób to co kochasz, a nie będziesz pracować”. Stąd wszystkie studia artystyczne, bo są one po prostu fajne.

Wielu pisarzy oprócz swoich powieści pokusiło się o książkę na temat samego pisania. Taki głos jest wiarygodny, to świadectwo pewnej drogi, idei i postawy życiowej.

Haruki Murakami popełnił książkę pt. „Zawód: powieściopisarz”. Na okładce dodano: „Nie ma ograniczeń co do liczby powieściopisarzy, ograniczone jest miejsce na półkach księgarskich”. Można powiedzieć, że czyjś zapał do pisarskiej kariery zostaje co najmniej schłodzony w Morzu Japońskim. Ale już tekst Piotra Kofty na tyle okładki mówi, cytuję: „Tajemnica pisarstwa Murakamiego tkwi właśnie w unikalnym połączeniu skromności i stanowczości – kiedy towarzyszy im odrobina talentu (którego zresztą Japończyk kurtuazyjnie sobie odmawia), można zdziałać rzeczy wielkie”. Uff, a zatem jest nadzieja! Stanowczość, można dopowiedzieć: upór, wytrwałość, konsekwencja, determinacja. Tak chyba zostaje się zawodowym pisarzem.

Kolejna pozycja pisarza o pisaniu to książka Stephena Kinga pt. „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika”. Strona czternasta: „Uważam, że wielu ludzi ma co najmniej zaczątki talentu pisarskiego i że ów talent można wzmocnić i wyszlifować”. A zatem talent plus rzemiosło, czytaj tzw. „dupogodziny” spędzone przy biurku na pisaniu. Zresztą jak ktoś lubi pisać i w dodatku czuje „imperatyw pisania” nie ma możliwości, by przestał i zaczął zawodowo obierać jajka do żurku w barze mlecznym „Galileusz” przy Placu Inkwizycji.

Ciekawą książkę pt. „Jak nie zostałem poetą” napisał również nasz rodzimy autor Szczepan Twardoch. Cytat z książki na okładce głosi: „Ciągle nie zdecydowałem, czy uprawianie literatury jest dla mnie po prostu zawodem, czy może raczej czymś w rodzaju choroby psychicznej”. Mocne. Jak to u Twardocha. Większość tekstów z książki było publikowane w miesięczniki „Pani” w latach 2015-2019. A zatem jak komuś pójdzie dobrze kariera pisarska może liczyć, że zabłyśnie na kredowanym papierze miesięcznika dla pań. No. Może i panów, którzy w tajemnicy przed żonami czytają teksty Szepana Twardocha.

Na koniec moja odpowiedź. Genialnego pisania na miarę Hemingwaya nikt ciebie nie nauczy. Przyzwoitego pisania już prędzej. Ale czy ktoś marzy o byciu przyzwoitym pisarzem? No może ten pisarz z Dębolek.

Leave a comment