Wiecie jaki komplement w stosunku do mojej osoby pada często zarówno z ust kobiet jak i mężczyzn? „Wiesz co Eliza, jest w tobie coś francuskiego”, albo ostatnio usłyszałam na swój temat, że „Jest w tobie coś retrofrancuskiego”. Intuicja nie podpowiada mi z czego to może wynikać, czy z urody, czy stylu ubioru, czy zachowania. Nieważne zresztą. Cieszy mnie to równie mocno, bo: „La France est mon amour !” („Francja jest moją miłością!”).
Naukę języka francuskiego rozpoczęłam w drugiej klasie gimnazjum i tak przez liceum oraz studia ją kontynuowałam. Były też kursy w szkołach językowych czy nauka w formie korepetycji. Lingwistycznym wyzwaniem było studiowanie w tym języku nauk politycznych na Wolnym Uniwersytecie w Brukseli czy praca w Parlamencie Europejskim również w tym mieście.
Przez rok prowadziłam bloga o Francji i języku francuskim: „J’arrive, czyli rok francuski w Polsce” (https://jarriveblog.wordpress.com/). Edit: odwiedziłam Paryż w 2019 krótko po pożarze katedry Notre Dame. Aktualnie powtarzam francuski, mówiąc jeszcze bardziej aktualnie – jego gramatykę, która w nauce leży mi lepiej od angielskiej. Wzbogacam też swoje słownictwo i słucham radia France Culture lub France Intern. Mam jeszcze sporo prasy w formie magazynu “Français présent” (możesz czytać artykuły ze słowniczkiem na stronach i pobrać pliki mp3 nagrań ze strony gazety). Przygotowuję się do egzaminu państwowego z tego języka. Fajnie mieć językową pasję potwierdzoną na papierze i bardziej wiarygodną furtkę do przekazywania wiedzy innym osobom.
W moim nowym mieszkaniu nie mam jeszcze niestety regału na wszystkie moje książki (cała ściana czeka!). Kiedy mieszkałam u mojej mamy i, siedząc przy biurku miałam cały regał za plecami, było mi dobrze. Co więcej, by sklecić do Was na bloga parę zgrzebnych zdań chwytałam czasami w dłoń kilka książek. Wertowałam, czytałam, podkreślałam, notowałam. I tak rodziły się często posty na Guwernantkę. Kiedy dzisiaj zdałam sobie sprawę, że napiszę coś związanego z frankofonią miałam milion pomysłów na posty! „Francuska muzyka lat 60. i 70.” słuchana często ostatnio przeze mnie na Spotify czy temat: „Niepowtarzalny styl Francuzek”. Myślę, że każdy z nich jest ciekawy i godny napisania.
Jako że od rana mam nieodpartą ochotę stworzenia dla Was posta, wychodząc od mamy wzięłam z regału książkę pt. „Dzieje kultury francuskiej” napisaną przez Jacka Kowalskiego, Annę i Mirosława Loba oraz Jana Prokopa, a wydaną przez wydawnictwo PWN pod patronatem Ambasady Francji w Polsce. Chwytam w dłoń niezatemperowany ołówek i uważnie czytam spis treści, zaznaczając co ciekawsze zagadnienia. Wyszło tego około czterdzieści. Mogłabym zatem wrócić do pisania bloga „J’arrive, czyli kolejny rok francuski w Polsce”. Postanawiam jednak zrobić coś, czego jeszcze na Guwernantce nie było. A mianowicie opis miejsca. Wiadomo, Paryż musiałam wprost odwiedzić. Tego wymagałam od siebie i spełniłam swoje małe marzenie. To była moja jedyna jak dotąd wizyta we Francji.
Kiedy myślę o tym państwie wcale nie ciągnie mnie do Côte d’Azur (na Lazurowe Wybrzeże), ale na północ kraju do regionów takich jak: Bretagne (Bretania), Normandie (Normandia) czy Hautes-de-France („Górna Francja”).
Wracam do lektury książki do rozdziału II „Francja Kapetyngów”. Wzmianka o Normandii to niecała strona, mówiąca o podboju w 1066 roku przez księcia normandzkiego Wilhelma Zdobywcy Anglii i stania się królem tego kraju. Dalej ciut o tego konsekwencjach i tyle. Ale ja na słowo „Normandia” w spisie treści zapragnęłam tam pojechać. Zresztą chodzi mi to po głowie już od dawna. Kiedy tak słucham o wojnie w Ukrainie, imperializmie Putina i naszej polskiej nieszczęsnej geopolityce to jakbym miała wybierać kierunek emigracji byłaby to z pewnością Normandia.
Pragnę się w tym utwierdzić i wpisuję w grafice wyszukiwarki Google: „Normandia”, by sobie ją wirtualnie pozwiedzać: białe klify w Etretat, miasto Rouen czy dom i ogród Moneta w Giverny. Ah! Sprawdzam loty z Warszawy do Rouen na majówkowy city break, ale to połączenie lotnicze nie jest znalezione przez strony internetowe: „Tablica lotów jest pusta”. No cóż… Do Rouen i na pieszo :))
Dziękuję za lekturę i do następnego spisania!