„Janis Joplin zmartwychwstała!”, czyli o skutkach ubocznych karmienia się kulturą

Przyczynkiem do napisania tego wpisu jest cover Janis Joplin „Cry baby” wykonany na etapie tzw. „przesłuchań w ciemno” w programie The Voice of Poland przez Natalię Sikorę. Mówienie o muzyce jest potrzebne, ale najpierw trzeba jej posłuchać i ją po prostu poczuć. Na debaty przyjdzie zatem pora, dlatego posłuchajcie proszę tego wyjątkowego, moim zdaniem, cover’u:

https://www.youtube.com/watch?v=42SgEQOzQw0

Na początek napiszę parę słów o samej Natalii Sikorze, którą osobiście bardzo cenię. Na ostatnim roku moich studiów na Uniwersytecie Warszawskim mieszkałam dokładnie za Teatrem Polskim. Nie tylko podglądałam próby i obserwowałam aktorskie „papieroski” w przerwie, ale podziwiałam również „moich sąsiadów” na deskach teatru. I robiłam to naprawdę bardzo często. Dzięki temu miałam okazję zobaczyć na scenie Natalię Sikorę. Najpierw wybrałam się na spektakl „Wszędzie jest wyspa tu” na podstawie poezji Wisławy Szymborskiej w reż. Magdaleny Smalar. Pamiętam, że nawet gdy Natalia nie mówiła aktualnie  żadnej ze swoich kwestii, ja ją od czasu do czasu obserwowałam. Zawsze miałam wrażenie, że bardzo przeżywa to, iż jest w światłach reflektorów. Ośmielam się napisać, że sprawiała wrażenie  stremowanej. Ale do czasu… Kiedy już zaczynała śpiewać! Wtedy nie ma mowy o stresie czy wątpliwościach. Zwłaszcza kiedy pewnego wieczoru zasiadłam wygodnie w Sali Kameralnej Teatru Polskiego na spektaklu w reżyserii samej Natalii Sikory „Norwid Blues. Recital Natalii Sikory”. Muszę się przyznać, że spektakl ten ogromnie mnie wzruszył i w tym miejscu pragnę przeprosić „współpubliczność” za moje prostackie szlochy w czasie jego trwania. Jedno i drugie przedstawienie miało swoją premierę w 2012 roku.

W 2013 r. została wydana płyta „Zanim”. Moim zdaniem to perełka! A piosenki takie jak „Czarne włosy” w jej wykonaniu to po prostu duchowa uczta. „Zanim” w moim odczuciu jest płytą bardzo liryczną oraz w klimacie piosenki aktorskiej. Swoją drogą, Natalia Sikora jest absolwentką Akademii Teatralnej im. A. Zelwerowicza w Warszawie. Jej wydana rok później (2014 r.) płyta pt. „BWB Experience” ma brzmienie zdecydowanie mocniejsze. Jeśli mam Wam się przyznać do czegoś, to przesłuchałam drugą płytę Natalii Sikory tylko raz. Mija pięć lat od momentu kiedy jej słuchałam i powiem Wam jedno. Chyba dojrzałam do tej płyty. Zawsze wolałam tę pierwszą, poetycką, liryczną, aktorską. Jednak wybrałam się na koncert Natalii Sikory bodajże w 2014 r. i nie żałuję. Nie było pod sceną wielu fanów, sam klub nie był duży, ale Natalia Sikora dała z siebie wszystko, całą energię! Śpiewała tak, że aż się martwiłam o jej głos! Artystka tańczyła beztrosko na boso i w swojej czarnej sukience z frędzlami.

Pomyślałam sobie, że aby lepiej zrozumieć moją idolkę, muszę choć trochę pojąć jej idolkę. Zapewne Natalia Sikora inspiruje się wieloma artystami. W końcu sztuka to jej branża. Na pewno słucha dużo muzyki – jest w końcu piosenkarką. Musi również sporo czytać – aktorstwo to jej  drugi zawód. Z uwagi jednak na cover Janis Joplin i to co powiedziała po występie, że: „(…) od wielu lat gdzieś z nią mentalnie przebywa”, postanowiłam poznać lepiej samą Janis Joplin.

W tym celu sięgam do mojego „Leksykonu buntowników” według Maxa Cegielskiego. Oczywiście znajduję tam Janis Joplin bez problemu. Już w samym wstępie pada słowo „charyzmatyczna”. Była prawdziwą przedstawicielką lat 60. Między innymi z powodu tego, że swobodnie realizowała hasła wolności seksualnej. Swoją karierę zawdzięcza tylko talentowi, nie urodzie. Kompleksy z dzieciństwa na tle wyglądu będą jej towarzyszyć chyba do końca życia, gdyż na dodatek pochodziła z małego miasteczka, gdzie została odrzucona przez lokalną społeczność. Janis Joplin miała w sobie szczerość, pasję, osobowość i… Ten głos! Głos, którym „nie może śpiewać biała kobieta”, jak słyszę z ust czarnoskórego muzyka, który miał okazję współpracować z Janis Joplin. To buntowniczka i nonkonformistka. Hipiska z krwi i kości, która stała się symbolem emancypacji kobiet. Jednakże jej historia ma też ciemną stronę. Używki i samotność. Z ogromnym zaciekawieniem obejrzałam o niej film z 2015 r. pt. „Janis” w reż. Amy Berg. W jednym z cytowanych listów Janis napisała: „Cholernie chcę być szczęśliwa”. To zwykłe oraz po prostu ludzkie pragnienie szczęścia z trudem jej się udawało (a może właśnie nigdy nie udało?) osiągnąć. Mawiała, że na scenie kocha się z tysiącami ludzi, a potem wraca sama do domu. W jej wielu wypowiedziach przebija myśl, że sława nie była w jej życiu najważniejsza. Mam wrażenie jednak, że ją cieszyła i w końcu dowartościowała. Z drugiej jednak strony okazała się również dla mniej zgubna. Janis Joplin wyznała kiedyś: „Może kiedyś będę gwiazdą. To zabawne. Gdy robi się to coraz bardziej realne, bycie gwiazdą traci swoje znaczenie. Cokolwiek to znaczy, jestem gotowa”. I była gotowa by dać z siebie wszystko co najpiękniejsze ze swojego ogromnego talentu, bezkompromisowej postawy czy żywiołowości. Tylko te cholerne 27 lat… Cholernie za mało. Cholernie niesprawiedliwie.

Bez wątpienia to co czytamy, czego słuchamy i co oglądamy, ma wpływ na to jak czujemy, co myślimy, a w konsekwencji robimy. Dlatego tak ważne jest czym się karmimy w sensie kultury. Zawsze jest na nią dobry moment w naszym czasie wolnym. Oczywiści zawsze mamy go za mało, dlatego warto moim zdaniem wybrać coś, co obok rozrywki dostarczy nam, jak do mawiają Anglicy, „food for thought”. A zatem, bon appétit!

 

 

 

 

7 thoughts on “„Janis Joplin zmartwychwstała!”, czyli o skutkach ubocznych karmienia się kulturą

  1. Wielu muzyków, nawet współczesnych, walczy z problemami takimi samymi co Janis. Większość ludzi myśli, że skoro są bogaci to niczego im w życiu nie brakuje. A nie ma nic gorszego niż brak drugiej osoby, która będzie twoim wsparciem :/

    Like

Leave a comment