Jak fajnie czytało się biografię Kieślowskiego, czyli Guwernantki wrażenia po lekturze

Niedawno przeczytałam kawałek historii kina, Polski i wyjątkowego bohatera. O kim mowa? Piszę o biografii Krzysztofa Kieślowskiego napisanej przez Katarzynę Surmiak-Domańską pt. “Kieślowski. Zbliżenie”. To naprawdę fascynująca i wciągająca lektura. Autorka wykonała ogromną pracę reporterską. Kieślowski jest w jej książce jak aktor wokół którego krąży kamera. Patrzy jej prosto w twarz. A może czasami wlepia wzrok w podłogę? Chcę tu podkreślić do jak wielu archiwalnych materiałów i aktualnych wypowiedzi udało się dotrzeć Katarzynie Surmiak-Domańskiej. To naprawdę spory wysiłek, by na ponad 600 stronach, opisać człowieka uważanego już za życia za legendę.

To historia chłopca, który w dzieciństwie tułał się po prewentoriach, bo jego ojciec chorował na płuca. To również uczeń Liceum Techniki Teatralnej w Warszawie i, po kilku nieudanych próbach, student reżyserii filmowej w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej w Łodzi.

Co zostanie we mnie po lekturze biografii Kieślowskiego?

Jeśli w coś się wierzy i coś robi się dobrze, sukces przyjdzie w swoim czasie. O ile zachowasz wiarę, ciężko pracujesz i masz pokorę.

Filmy Kieślowskiego często dzieliły krytykę. Można powiedzieć, że do momentu europejskiego i światowego sukcesu, Kieślowski nie za często mógł w prasie czytać peany na swoją cześć. To go jednak nie zrażało. W biografii jednak jego przyjaciele wspominają, że krytyka go bolała.

Nikt nie zarzuci Kieślowskiemu, że nie pracował ciężko. Tutaj akurat Mistrz przeginał. Znajomi mówią, że “zarzynał się pracą”. To prawda, pracował wyjątkowo niehigienicznie. Kilka bądź kilkanaście godzin na planie; kilka bądź kilkanaście godzin w montażowni (Kieślowski uwielbiał moment montażu swoich filmów). Mało przerw na jedzenie, papieros za papierosem, kawa za kawą. Kiedy już sławny i znany kręcił filmy we Francji, nie mógł zrozumieć tego, że Francuzi w porę najlepszego słońca robią przerwę na obiad.

Był na szczycie. Doceniony, podziwiany, kultowy, genialny. Miał moim zdaniem szczęście do historii. Jego najlepszy czas w karierze przypadł na przełom lat 80. i 90. Runął mur berliński. Zachód był ciekawy Wschodu jeszcze bardziej niż wcześniej. Szukał kogoś kto mu o nim opowie, pozwoli lepiej zrozumieć. I tu pojawia się Kieślowski. Jego rozumienie metafizyki i rodzaj słowiańskiej duszy to coś nowego i świeżego w europejskim kinie.

Nagrody za nagrodami. Laury za laurami. Sukces zawodowy i finansowy. Najlepsze aktorki na wyciągnięcie ręki, a taśmy filmowej w bród. Tylko dlaczego Kieślowskiego to nie cieszy? Wszyscy, którzy go znali i wypowiadają się w biografii Katarzyny Surmiak-Domańskiej podkreślają, że Krzysztof Kieślowski był z siebie cały czas niezadowolony. To smutne, prawda?

Zmarł na serce, które dało mu kredyt na zaledwie 55 lat. Wolę nie myśleć, jak wiele pięknych filmów mógł jeszcze zrobić. Wyobrażam go sobie, że rzuca palenie, je obiad z Francuzami, a w nocy śpi. Ale czy wtedy jego filmy nadal wyglądałyby tak, jak dyktowało mu serce i jego własny niepowtarzalny styl?

Kisiel, brakuje tu Ciebie.

Leave a comment