Nie mogłam się doczekać napisania tego posta. Tak jak zapowiedziałam Wam w poprzednim wpisie przeczytałam biografię Tima Berglinga (Avicii) autorstwa Månsa Mosessona. Napisana jest ona w sposób epicki, czyta się ją jak powieść. Dziwną i niecodzienną, acz to w końcu biografia. A jak to bywa z biografiami osób już nieżyjących wiemy jak skończyło się życie dla ich bohaterów. Dlatego bardzo przykro czyta się tekst o młodym, małomównym i wrażliwym geniuszu ze Szwecji, który odszedł za wcześnie. Porównania do „klubu 27” (Amy Winehouse, Jimi Hendrix, Kurt Cobain, Janis Joplin, Jim Morrison) nasunęły mi się bardzo szybko, bo Tim popełnił samobójstwo tylko rok później, w wieku 28 lat. Laid Luke (Dj i producent muzyczny) wspomina, że: „Tim miał się stać właśnie takim artystą w muzyce house. Zdolnym, młodym, który w krótkim czasie dał publiczności bardzo wiele, by później zostać wyrwany stanowczo za wcześnie”.
Od zawsze fascynują mnie kwestie ludzkiego talentu, bo wierzę, że każdy z nas ma choćby jeden. Tim był przezdolnym muzykiem. Najlepszym DJ-em wśród kompozytorów i najlepszym kompozytorem wśród DJ-ów.
Jak wiecie misją bloga Guwernantka jest hasło uczenia się przez całe życie (ang. lifelong learning). Wiedząc, że napiszę post o Timie przy lekturze jego biografii robiłam skrupulatne notatki. Łącznie dziewięć stron dość dużego zeszytu z piękną okładką zakupionego w TK Maxx w Warszawie, która miała motywujący do podróży cytat (dokładnie już go nie pamiętam), ale przy eksploatacji zeszytu okładka odpadła 😉
Wracając do Berglinga. Szybko poznano się na jego talencie i bardzo szybko Tim zyskał sławę. Mimo sukcesu „Tim był niezwykle samokrytyczny, nic się nie liczyło, jeśli publiczności nie podobało się to, co robił. Dlatego nigdy nie odpuszczał”. Ten młody chłopak żył pod dużą presją. Najbardziej zależało mu na tworzeniu muzyki, komponowaniu, pisaniu tekstów piosenek. Jednak machina biznesu muzycznego gatunku house wymagała koncertów w klubach i na festiwalach. W końcu to naturalne środowisko dla DJ-a. Tim z każdym rokiem kariery tego nienawidził. Powiedział to wprost swojemu menadżerowi Arashowi: „Zaczynam tego nienawidzić (…). Nienawidzę występować. Nie to chciałem robić, gdy zaczynałem”.
Wcale mu się nie dziwię. Napięty grafik artysty aż puchł! Tim w pewnym okresie „zaharowywał się przez minione tygodnie. Nie tylko dopracowywał płytę, lecz także występował na festiwalach we Francji, w Anglii, Belgii, Rumunii, a co niedzielę w Ushuaii. Czasem odnosił wrażenie, jakby wytrwałość była jedyną rzeczą, dzięki której jeszcze jakoś się trzymał”.
W jeden miesiąc 2011 roku Avicii zaliczył 23 występy, m.in. w Auckland, Sydney, Perth, Melbourne, Brisbane, Pekinie, Hong-Kongu, Singapurze, Delhi, Punie i Bombaju. Nie dziwi zatem, że „w Bangkoku był już na skraju wytrzymałości, rano odmawiał wyjścia z pokoju hotelowego. Kierownik trasy musiał dzwonić do podenerwowanego organizatora w Manili, żeby przesunąć występ na Filipinach o kolejną dobę”. Tak. Bo trzeba być świadomym ilu ludzi „zatrudniał” Avicii. Na jego talencie, pracowitości i pasji tworzyły się „miejsca pracy”. I każdy naciskał jak mógł, by Tim tworzył więcej, udzielał większej liczby wywiadów, reklamował więcej produktów. To machina, o której wyluzowany nastolatek bądź nastolatka, przychodzący w wesołym nastroju na koncert nie myśli. A Tim dźwigał ten cały biznes na swoich barkach. Owszem, to działa w dwie strony. Bez ekipy Tim nie wspiąłby się na sam szczyt. To dziwna konfiguracja-zależność, która bywa fascynująca. Najważniejsze, by obie strony po prostu w pewien sposób o siebie dbały, nie myśląc tylko i wyłącznie o zyskach w euro czy dolarach.
I tu cytuję fragment książki na potwierdzenie mojej powyższej tezy: „Kupił gadaninę, że Avicii byłby nikim bez planów promocyjnych, wywiadów, efektów pirotechnicznych i laserów. Tymczasem tak naprawdę jego sukces był zasługą czegoś, co wychodziło od niego samego. Czegoś, z czym ludzie mogli się identyfikować. Jakby to, co żyło w jego wnętrzu, mieszkało również w innych”.
Wysnuję odważną tezę. O Tima dbano chyba za mało, bo wolano może pewnych rzeczy nie widzieć lub nie skomentować. A „Tim nic nie mówił towarzyszom podróży, ale zaczął wpadać w stany niepokoju. W pewnym sensie nie opuszczało go uczucie paniki, którego dostał w Bostonie parę miesięcy wcześniej. Coraz częściej nie wiedział co ze sobą zrobić, jakby wypił osiem red bulli, które go otumaniły zamiast pobudzić. Zmęczony, a zarazem ożywiony. Kilka razy zdarzało mu się rozpłakać bez powodu. Łzy po prostu spływały mu po policzkach”.
Na efekt spiętrzenia tylu negatywnych i toksycznych emocji nie trzeba było długo czekać. Przy takim niehigienicznym trybie życia jakie prowadził Tim zapadnięcie na jakąś chorobę było kwestią czasu. U niego doszło do ostrego zapalenia trzustki. Mało snu, stres i zła dieta. Lekarze zdiagnozowali u niego również zespół przewlekłego zmęczenia. Tim kilka razy był w szpitalu i nawet, leżąc w łóżku podpięty rurkami pod różne sprzęty medyczne, pracował na komputerze, tworząc hity. By jakoś utrzymywać się na powierzchni w tak pędzącej karierze, Tim nie unikał używek i uzależnił się od leków. „Zażywał tabletki na bazie amfetaminy, by mieć siłę siedzieć nocami przy komputerze, brał środki uspokajające, by uporać się z odczuwaną presją”.
Pod koniec życia, kiedy skupił się totalnie na swojej duchowości doszedł do następującego wniosku: „(trzustka) Jej stan zapalny interpretowano jako formę zagrożenia – on sam również tak to rozumiał – coś, co hamowało jego karierę. Teraz jednak Tim uważał, że wszyscy powinni byli odebrać chorobę zupełnie inaczej: jako wołanie organizmu o pomoc”. Trudno się z tym nie zgodzić.
Tim świadomie zaprzestał koncertowania, co było dla niego bardzo uwalniającym uczuciem, bo jak mówił: „Mało wiedziałem o świecie, byłem naiwny i ciągle w biegu, niekończącej się trasie – bo zgadnij, co się dzieje, kiedy zakończysz podróż dookoła świata. Po prostu zaczynasz od nowa”.
W trakcie odpoczynku od niekończących się tras koncertowych Tim nabrał dystansu i doszedł do pozytywnych wniosków: „Po raz pierwszy od naprawdę dawna poczułem się trochę dumny”.
Mocno zaangażował się w duchowość Wschodu. Czytał o tym książki oraz medytował. „Tim sądził, że odkąd przestał koncertować zaczęły mu się przytrafiać dziwne rzeczy. Przykładowo, błyskawicznie nauczył się gry na pianinie. Wydawało się, jakby wszechświat – a może nawet swego rodzaju niematerialna energia – życzył mu jak najlepiej. Był niczym glina w rękach potężnej siły, która formowała go, odlewała w człowieka, jakim chciał się stać”.
Czytając to czym się interesował w czasie wolnym i w jakie dziwne teorie wierzył nasunęło mi na myśl tezę, że lekko „zdziwaczał”. Moim zdaniem w tej swojej odnalezionej duchowości się pogubił. Po czasie mówił wielokrotnie, że wszystko jest bez sensu. To musiało go dobić i rozczarować.
Tim nie porzucił nigdy swojej pasji. Mówił: „Muszę od nowa nauczyć się słuchać muzyki. Uwolnić się od tych wszystkich myśli z nią związanych, które nie są nawet logiczne. Muszę odnaleźć spokój albo chęć, które przeciwstawią się mojemu przyziemnemu dążeniu do sukcesu, bo to nie jest zdrowy stan, generuje więcej stresu i <<pożądania>> niż szczęścia”.
Tim w swoim życiu artystycznym doświadczył nie tylko blasków sławy, ale i jej cieni. Wystarczyła gorsza forma i piosenka a już podnosiły się głosy krytyki, nawet ze strony „fanów”. Przykra okazała się parodia w Saturday NightLive. Program „Zrobił skecz o Davvinciim, kreatywnym DJ-u, który nie musiał się wysilać za konsolą, więc smażył jajka i bawił się kolejką elektryczną, podczas gdy zahipnotyzowana publiczność wyczekiwała epickiego dropa. Fani obsypywali DJ-a biżuterią i kartami kredytowymi, a uśmiechnięci biznesmeni w garniturach przynosili mu worki z pieniędzmi”. “Bardzo męczyła go karykaturalna wizja DJ-a, który nie robi nic poza wyjściem na scenę oraz wciśnięciem guzika i który nie musi sobie zapracować na uznanie widowni. Gdyby tylko wiedzieli, jak haruje. Gdyby tylko potrafili zrozumieć, jak bardzo zależy mu na pisaniu piosenek i barwach kompozycyjnych”.
A wystarczyło tylko się zabić (mówię to ze smutną ironią), by „kolumny w gazetach wypełniały wspomnienia Aviciiego jako nieustraszonego wizjonera, który dzięki swoim nieoczekiwanym decyzjom przyczynił się do odnowienia całego gatunku”.
Tim dobrze rozumiał jak wyboistą drogę życiową przebył. Był również świadomy, że z pewnością nie on jeden boryka się z podobnymi problemami. W jego głowie i sercu pojawiła się myśl niesienia pomocy innym.
„Tim Bergling coraz swobodniej mówił o swoich uczuciach. Poinformował zespół, że chciałby udzielić większych, poważnych wywiadów na temat swojego zdrowia dziennikarzom, którzy potrafiliby przekazać jego historię”. Co więcej, „Tim bardzo chciał się podzielić swoją opowieścią przy odpowiedniej sposobności, z odrobiną dystansu powspominać swoje uzależnienie od lekarstw, pomówić o duchowości i zdrowiu psychicznym. Wyznał kilkorgu przyjaciół, że kiedyś chciałby napisać biografię – jego historia na pewno mogłaby pomóc komuś w podobnej sytuacji”.
Jak dowiadujemy się na koniec biografii jego koledzy i przyjaciele z podobnymi problemami co Tim po jego śmierci rzucają używki, idą na terapię czy odwyki. Oni zawdzięczają Timowi więcej niż fani, bo ci kilku skocznych kawałków, a tamci – życie.
Czytałam nie tylko książkę o Aviciim. Jego muzyka zapętlała się na moim Spotify, oglądałam teledyski na YouTubie. Jeju! Jakie one są dobre, ponadczasowe, piękne! Do niektórych szalałam na imprezach czasami nie widząc, że są autorstwa Tima.
Artysta ten był wyjątkowy w swojej branży. „MacDavis zaśpiewał balladę, której nadał tytuł <<Addicted to You>> . Była kolejną historią o miłości, o kimś, komu namiętność przysłania świat. Tim podłączył gitarę do komputera i włożył słuchawki. Pracował szybko, jego palce mknęły po klawiaturze. MacDavis siedział mu za plecami i patrzył na odbicie jego twarzy na ekranie bijącym niebieskim światłem. 20 minut później Szwed zdjął słuchawki i odwrócił się w stronę muzyka << Co o tym sądzisz?>> Z głośników popłynęła muzyka tak pompatyczna, jakby była grana przez całą orkiestrę. Nawet sam Elvis Presley nie oczarował MacDavisa w podobnym stopniu”. Po tym cytacie mamy już jasność. Tim Bergling był geniuszem.
Artysta snuł plany na przyszłość. Do terapeuty Paula Tannera pisał: „Rzecz w tym, że chcę mieć normalne życie. Chciałbym mieć dziewczynę i rodzinę. Ale muszę też zyskać stan oświecenia. Muszę pomóc światu. Potrzebuję celu”. Panował również ojcostwo.
Tim od okresu dojrzewania zmagał się z uporczywym trądzikiem, co było powodem jego dużego kompleksu. Ten wpis zieje raczej smutkiem. Wpuszczam lekki uśmiech. „Kupił sobie używany złoty rolex ze szkiełkiem szafirowym i tarczą wysadzaną ośmioma diamentami, a na koncie firmowym i tak zostało jeszcze ponad 200 tys. koron. Dla Tima zaś było najważniejsze to, że nareszcie zaczął leczenie trądziku, które rzeczywiście przynosiło skutek”.
By osiągnąć prawdziwy sukces potrzeba czegoś więcej. I to właśnie z pewnością miał Tim, bo: „sprawiał wrażenie szczerego, naturalnego – czego nie można było powiedzieć o wielu innych” oraz „miał wyczucie przestrzeni, lekkości oraz wrażliwość i tym się wyróżniał”.
I na sam koniec przesłanie Aviciiego:
„Roztaczajcie radość poprzez moją muzykę w jej przesłaniu. I cieszcie się sukcesem, lecz nie tym materialnym. Nadajcie piosence duszę – tak, by zarażała odbiorców. Najważniejsza mantra, jaką możesz sobie wybrać to <<Kocham cię>>”.
I tak sobie myślę o polskim poletku show-biznesu. Najbardziej zapracowaną artystka jest z pewnością sanah. Co i rusz widzimy jej nowe i ciągle zaskakujące fanów projekty. A od dłuższego czasu obserwuję jak Zuzia schudła. Nie znam szczegółów ani przyczyn, ale to jest fakt. Artystka wygląda mizernie. Broń Boże nie chcę tworzyć paralel i przewidywań. Chodzi jedynie o sam schemat. Pewnie w branży to temat tabu. Jak jesteś sanah to musisz być sanah na sto procent.