Guwernantki modlitwa o deszcz

Straszy mnie susza. Dzisiaj spadł deszcz. Idę w deszczu bez parasolki. Czuję się naga jak na plaży nudystów. Dźwięk deszczu jest jak wodospad. Dźwięk z rynny jak symfonia. Oda do radości spragnionej duszy.

Gdybym miała obok siebie dziecko, powiedziałabym do niego: „To jest deszcz”. Zrobiłoby ono wielkie jak kałuża oczy. Otworzyłoby usta, a na język spadłaby kropla deszczu. Byłoby tak jak zimą, gdy deszczośnieg sypnie na Boże Narodzenie. „Tak wygląda prawie śnieg”. Bo prawdziwego śniegu już nie ma. Jest jak u Barei. Scena w teatrze. Ojciec tłumaczy synowi: „I tak właśnie wygląda baleron”. „Aaa…” – mówi dziecko. Oczy ma jak ozory w galarecie, a usta otwarte jakby miało owy baleron spróbować.

Mieszkam nad Wisłą. Nad przełomem. Nad tamą. W 2020 r. ujrzałam po raz pierwszy piaszczysty brzeg drugiej strony rzeki. Nurt Wisły to wyspy. Brzeg od strony bulwarów to łąka. Można suchą stopą przespacerować się do filara mostu.

Dżdżu, daj Panie dżdżu!

Dżdżu dla dżdżownic i dla ślimaka marzącego o wyjściu z muszli . Dżdżu dla pszenicy, żyta, kukurydzy. Dla człowieka też. On tęskni za zapachem przyrody po deszczu i za witrażem z kropli deszczu na oknie. By odżyła zieleń, by odżyła zieleń…

Dżdżu, daj Panie dżdżu!

Bo chcę iść do lasu po oddech, a nie chcę zrobić „drugiej Biebrzy”. Już dosyć się Boże naoglądasz pożarów z kosmosu. Ziemia płonie… Nie my ze wstydu za foliówkę, za węgiel, za trzodę chlewną.

Niech zstąpi deszcz Twój i ożywi oblicze Ziemi. Tej Ziemi. Ziemi doniczek na balkonach, ziemi ogrodu, ziemi pola.

Ogień, Ziemia, Woda, Powietrze. Jest ciepło kiedy musi być ciepło. Ziemia śpi kiedy musi spać. Jest woda kiedy musi być woda. Jest powietrze, kiedy musi być powietrze. Cztery żywioły muszą być jak cztery nogi krzesła. W równowadze, a nie na obrotowych kółkach. Inaczej świat będzie kulał, a nie ma nigdzie laski. Bo przecież na Marsie jeszcze nie zamieszkamy. Tam nie ma Ziemi. Nie ma dżdżu. Bo tam nie ma Boga, żeby modlić się o deszcz.

Guwernantusia zaprasza na blogusia, czyli o zdrobnieniach w języku polskim

Sytuacja 1.

Sklep

„Oj, nie mam drobnych pieniążków. Będę winna grosika.”

Reakcja klienta

„Grosiczka nie potrzebuję. Ja grosiczkiem nie śmierdzę”.

Moja reakcja

Skurcz w piątym lewym żebrze  znany w medycynie jako „wkurw”.

Sytuacja 2.

Restauracja w czasie „Kuchennych rewolucji” Magdy Gessler

Biesiadnik 1

„Mięsko jest mięciusie”

Biesiadnik 2

„Sałateczka ma smaczek babcinego pichcenia”

Biesiadnik 3

„Zupka pyszniusia”

Moja reakcja

Skręt kiszek w literę S zwany w medycynie jako „dorzygu”.

Sytuacja 3

Mamusia

„Bartusiu, idziemy teraz do parczku. Wstań z kolanka”

Syneczek

„A będę jeździł po pagóreczkach na rowerku?”

Moja reakcja

Narkolepsja instynktu macierzyńskiego zwana w medycynie syndromem bezsenności w Seattle.

Moi drodzy. Polski to nie jeden język. To dwa języki jednocześnie: oficjalny i zdrobniony. Jak słyszę takie zdrobnienia-perełki to zastanawiam się jak my – Polacy, jesteśmy siebie w stanie zrozumieć.

Moja przyjaciółka zapytała się mnie: „Jak czuje się twój pies?”. Ja na to: „Oj, bardzo kocha swoją pancię”. Moja mądra przyjaciółka odparła: „Zobacz. Słowa „pancia” nie przetłumaczysz na żaden język obcy. Jest to słowo nieprzetłumaczalne. Ma za znaczenie nie tylko „panią” swojego psa, ale i cały bagaż znaczeń przenośnych. To miłość, to troska, to czułość”. Zgodziłam się z nią w 100%. Pancia ma piesunia tylko w Polsce.

Zaczęłam o tym rozmyślać. Uczę się pięciu języków obcych i właściwie nie trafiam w słownikach na zdrobnienia. Myślę sobie: „Co za zimni ludzie, bez emocji w języku!”. Kiedy pomyślałam o polsko-niemieckim słowniku zdrobnień przeszył mnie dreszcz. Niemieckie słowa i tak już są długaśne. Niemieckie zdrobnienia nie mieściłyby się nawet na kartce formatu A4. Nie mówię już o wrażeniach słuchowych. Niemiecki to twardy język. Zdrobnienia wszystko zmiękczają. Ale może to nie kwestia języka, a narodu? Jego temperamentu? Wychodzi na to, że Polacy to ciepłe kluchy. A zwłaszcza faceci. Pamiętacie, że kiedyś mówiło się „facetka od polaka”, „facetka od angola”, „facetka od bioli”. Ciekawa jestem, że uczniowie jeszcze tak mówią.

Kiedyś oglądałam wywiad z Jerzym Stuhrem. Bardzo go cenie jako aktora i człowieka. Zapytał retorycznie dziennikarza: „Gdzie poza Polską umówi się pan na kawusię?”. Święta racja! Polska kawusia jest jak włoskie espresso!

Kreatywność w zdrabnianiu to polski sport. Nasz język stale żyje, rodzi zarówno wyszukane bluzgi jak i poetyckie zdrobnienia.

Może zdrobnienia są slangiem? Slangiem a la czułe słówka.

Kiedyś chciałam bardzo wyjść za mąż za Francuza. Kocham język francuski, francuską kulturę, francuską kuchnię. Ale uznałam, że mój potencjalny mąż będzie oziębły jeśli nie będzie do mnie mówił: „Skarbeńku, wymasuję ci stópki. Kotku ugotuję Ci obiadek. Słonko pójdziemy na spacerek”. Jerzy Bralczyk jest już zajęty. Jacyś chętni do ręki Guwernantki? Przyjmuję oświadczyny tylko od rasowych zdrabniaczy języka polskiego. Oświadczyny zostaw w komentarzyku. Nie zapomnij dać łapki w górę. Czekam.

Przestań być cyfrowy, bądź analogowy! Guwernantka poleca dwa filmy – na poważnie i na wesoło

Nigdy nie obejrzałam tak mądrego filmu. To nie hollywoodzka superprodukcja z budżetem niejednego państwa Trzeciego Świata lub globalnej korporacji. W dodatku to film dokumentalny, a przecież większość z nas woli fabuły. Nie wiem czy wiecie, ale trwa właśnie (do 17 maja, do godziny 22:00) festiwal internetowy Docs Against Isolation. Na różnych platformach cyfrowych, za darmo i odpłatnie. Podaję Wam link do wydarzenia na Facebooku i gorąco polecam: https://www.facebook.com/events/557955284854386/?active_tab=about

Nigdy nie obejrzałam tak mądrego filmu… Z pewnością zastanawiasz się o czym piszę. Już odpisuję: „Maszyna do pisania” (reż. Dough Nichol, 2016). Spieszę z wklejeniem linka:

https://vod.pl/filmy/maszyna-do-pisania/xhvnfky

Kiedy czytałam festiwalowe propozycje na stronie wydarzenia na Facebooku (lista filmów jest imponująca!) wiedziałam, że nie zdążę wszystkiego obejrzeć. Ten fakt trochę mnie zasmucił. Wzięłam więc kartkę, długopis i wynotowałam te tytuły, które mnie zaintrygowały. Jak wiecie studiuję w szkole pisarzy w Krakowie. Dużo piszę. Na początku pisałam swoje prace na zajęcia wprost do edytora tekstu na laptopie. Finalnie teksty nie były może najgorsze, ale czegoś im brakowało. Postanowiłam zmienić taktykę. Teraz najpierw piszę odręcznie na kartkach, czytam, poprawiam, przepisuję na komputer, czytam, drukuję, czytam na głos, poprawiam, wprowadzam poprawki w Wordzie. Sporo zachodu, nie? Jednak jest on warty nie zachodu, ale każdego wschodu słońca. Takiego znad horyzontu morza. Zauważyłam, że przynajmniej w moim odczuciu, zaczęłam lepiej pisać. Literatura, poezja, dramat czy scenariusz to nie wyścigi. To medytacja.

Czym ten film mnie urzekł? Wieloma aspektami. Ujęciem tematu, bohaterami, reżyserią. Ma wszystko, co lubię i cenię w kinie. Tematem jest maszyna do pisania. Przed włączeniem filmu pomyślałam: „Nuda”. Jak bardzo się myliłam i jak wiele bym straciła! Temat łączy przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Traktuje o najstarszych maszynach do pisania kończąc na najnowszym modelu iPada. Lubię takie szerokie perspektywy. To skłania do wielu przmyśleń, olśnień i zaskoczeń. Bohaterowie to niezwykle mądrzy ludzie. Ich przekrój wręcz uderza. To m.in właściciel sklepu z maszynami do pisania, pracownik tego sklepu, który je naprawia, wielu kolekcjonerów maszyn do pisania (w tym aktor Tom Hanks), pisarze i poeci piszący na maszynie, rzeźbiarz, który z części starych maszyn tworzy niepowtarzalne dzieła, muzyk a nawet orkiestra (Boston Typewriter Orchestra) Ich opinie, refleksje, obawy i nadzieje układają się w istne cytaty. Nigdy, naprawdę nigdy nie zrobiłam w notesie tylu notatek z książek czy filmów. A lubię zapisywać mądre i inspirujące cytaty. Wiecie ile ich wyszło? Prawie 11 stron (!). Doszło do tego, że co chwilę zatrzymywałam film i spisywałam z napisów wypowiedzi bohaterów. Czasami coś mi umknęło, więc przewijałam i oglądałam dany fragment dwa razy. Nie przeszkadzało mi to. Byłam jak studentka na fascynującym wykładzie. Film trwa 1h40 minut. Oglądałam go znacznie dłużej. I do samego końca, nawet napisy końcowe. Pragnęłam być w tym filmie do końca. Reżyseria jest również niesamowita. Przeplata wypowiedzi bohaterów na postawie ich tematu. Film musiał też chyba powstawać na przestrzeni dłuższego czasu. Jest bowiem pewna panorama życia bohaterów, która się zmienia. I to właśnie fascynuje. Życie bohaterów za sprawą maszyny do pisania ewoluuje, jest dynamiczne. Film charakteryzują różne piękne ujęcia. W ten film się wchodzi, zespala się z nim. Nigdy czegoś takiego nie przeżyłam. Moje życie też się zmieniło, wyewoluowało i jest dynamiczne. Wiecie dlaczego? Bo dzisiaj okazało się, że mam w garażu starą maszynę do pisania po jakimś lekarzu. Dostał ją mój dziadek (90 lat), ponieważ jako krawiec świadczył tej rodzinie swoje usługi. Bo maszynę do pisania ma się zawsze po kimś. Artysta-rzeźbiarz mówi w filmie, że wydłubuje z maszyn do pisania stare pająki z XIX wieku (!). Przecież te pająki są jak te prehistoryczne zwierzątka zatopione w bursztynie! Artysta-rzeźbiarz wyjaśnia też, że dotykając klawiszy dotyka czyjegoś DNA. To bardzo metafizyczne i intymne doznanie. Drugi bohater pięknie określa posiadanie maszyny do pisania: „teraz moja zmiana” i zastanawia się kto ją odziedziczy i co z nią zrobi. Maszyna do pisania jest więc jak członek rodziny. Może być rodzinną pamiątką.

Nigdy nie wyrzucam swoich rękopisów, nawet jeśli są już na dysku komputera. To mój trójwymiarowy dowód. Spinam je zszywaczem i chowam wraz z drukiem do teczki. To moje prywatne archiwum. Muzyk zastanawia w pewnym momencie filmu, co jeśli stracisz dane w komputerze? Co jeśli nowa generacja edytorów tekstu w przyszłości nie odczyta twoich tekstów? Drugi bohater dopowiada, że przyszła ludzkość nie pozna naszych myśli, że historycy zostaną z niczym, że nie będzie archiwów. Od siebie dodam: nie będzie po prostu nas. Też tak macie, że wracacie częściej do już wywołanych zdjęć, patrzycie na zdjęcia w ramkach, ale setek tysięcy zdjęć z aparatu, smartfona nie oglądacie powtórnie? No może jak Facebook wykopie na Waszą tablicę „zdjęcie-wspomnienie”. Może zakład fotograficzny jest teraz jak sklep z maszynami do pisania?

Nie do końca tak sądzę. Owszem, jest niezaprzeczalny rozwój, wręcz pęd technologiczny, są maniacy komputerowi, ludzie uzależnieni od mediów społecznościowych. Nie chcę zaklinać rzeczywistości. Ale czy nie myślicie, że jest do tego opozycja? Cały ruch DIY (do it yourself), ludzie szyjący na maszynie, dziergający, robiący na drutach etc. To rękodzieło jest już w sieci. Instruktarze na YouTubie, blogi pasjonatów, sklepy z ich sprzedażą. A co z branżą beauty? Możesz robić własne ekologiczne kosmetyki i sprzedawać je w sieci. Dotyczy to też żywności. Opowiem Wam o moim koledze z liceum. Po studiach w dużym mieście wrócił na wieś i został rolnikiem. To Rolnictwo Wspierane przez Społeczność (polecam: RWS Dobrzyńskie Warzywa https://www.facebook.com/rwsdobrzyn/). Płacisz rolnikowi, on uprawia tyle warzyw ilu osobom je dostarczy, robi paczki dla konkretnych osób lub rodzin z warzywami zgodnie z sezonowością, dowozi je w umówione miejsce w danym mieście. Kiedy rozmawiałam z kolegą zawoził warzywa do Warszawy i Torunia. Nie wiem jak jest teraz. Społeczność na Facebooku ma ponad 3 tysiące osób. Albo mój kolega, który własnoręcznie robi pióra, długopisy, maszynki do golenia, spinki do mankietów, biżuterię. TO SĄ DZIEŁA SZTUKI: https://www.instagram.com/damian_tworzy/

Cyfrowy Internet ratuje analogowe biznesy i osoby. Ja jestem mieszańcem. Korzystam z mediów społecznościowych, wyszukiwarki Google, prowadzę bloga. Ale kocham dotyk zrobionego na drutach swetra mojej starszej siostry, cieszy mnie dębowe pióro ze złoto-srebrną stalówką, inicjałami mojego szwagra, które podarowałam mu w prezencie na jego 40-ste urodziny. Był to prezent dla „mężczyzny w sile wieku”, jak dąb. Albo bardzo wzruszył mnie widok już wspomnianego dziadka Zenka. Moja siostra miała zimno w mieszkaniu i on z piwnicy wygrzebał bardzo starą „farelkę”, całą z metalu, z dwiema grzałkami. Kiedy wyjął swoje narzędzia, śrubokręciki, majstrował przy wtyczce, kablach, był szczęśliwy jak dziecko. Dwa razy wywaliło w mieszkaniu korki, kiedy wkładał wtyczkę do kontaktu. Był smutny, że nie dał „farelce” drugiego życia. Jego zapał porównuję z ludźmi od maszyn do pisania. Oni są ponadprzeciętni, jak mój dziadek. Bo to są ludzie, którzy mówią: „Ale ja nie chcę pisać szybciej. Wolałbym pisać jeszcze wolniej”.

Część z moich ulubionych cytatów (niestety większość jest anonimowa – brak imion i nazwisk bohaterów przy ich wypowiedziach).

„Rozwija się ruch slow. Ludzie zaczynają pojmować, że nie wszystko musi być maksymalnie efektywne, nie wszystko musi być nastawione na cel, możemy się delektować samym procesem. Pisanie na maszynie można porównać do ruchu Slow Food. Zamiast jeść jak najefektywniej poświęcamy czas na posiłek. Efektywność nie jest najważniejsza – trzeba cieszyć się procesem”.

„To nie tak, że wybuchnie ruch na rzecz maszynopisania. Zamiast jednej wielkiej wspólnej filozofii wróci różnorodność mniejszych, niszowych sposobów na życie”.

„Cudownie spędza się czas przy maszynie. Masz czas pomyśleć. Możesz romantycznie przysiąść i podumać, co teraz napiszesz – to przyjemna, namacalna czynność. Zmienia akt pisania w konkretny, fizyczny proces, który ma specyficzną ścieżkę dźwiękową”. Tom Hanks

„Maszyny kojarzą się z minionymi, mniej stresującymi czasami. To wehikuł czasu”.

Pierwsza szkoła maszynopisarstwa ruszyła w 1881 roku w Nowym Jorku przy organizacji YWCA. Maszyna do pisania stała się wehikułem emancypacji i rozwoju nowych miejsc pracy dla kobiet. Kobiety trafiły np. do męskiego świata interesów. I tu odkrywam przed Wami drugą stronę karty. Było na poważnie, czas na wersję humorystyczną. Z całego serca polecam Wam film „Wspaniała” (reż Régis Roinsard, 2012). Jedna z moich ulubionych komedii francuskich. Francuzi mają talent do komedii romantycznych! Młoda dziewczyna z prowincji ucieka do miasta. Dostaje posadę sekretarki. Jej szef wkrótce zaproponuje jej start w konkursie szybkiego pisania na maszynie. Polecam gorąco!

https://vod.pl/filmy/wspaniala/x1y2yvf – link do filmu na VoD.

Na koniec. Proszę, zostaw komentarz. Jestem ciekawa Twojego zdania. Czas na dialog 😊

 

Każdy Mozart był kiedyś dzieckiem, czyli przypowieść o talencie

Żaden film już dawno tak mnie nie poruszył. A z powodu pandemii oglądam znacznie więcej filmów. Od stycznia obejrzałam ich już prawie trzydzieści. Sięgam zarówno po klasykę w stylu „Casablanki”, jak i nowsze produkcje. Chcę napisać dzisiaj swoje przemyślenia po obejrzeniu „Przedszkolanki” (reż. Sara Colangelo, 2018). To film o kobiecie pracującej w przedszkolu. Uczęszcza na warsztaty pisania wierszy. Pewnego dnia odkrywa, że jej pięcioletni podopieczny ma niespotykany talent do tworzenia wierszy. Przejęta tym odkryciem przedszkolanka staje się mentorką chłopca. To film o niespełnieniu pasji i marzeń. Ale również o misji w pracy jaką wykonujemy zawodowo. Fabuła jest niezwykle wciągająca. Choć to nie thriller, a dramat, trzyma cały czas w napięciu. To naprawdę dobre kino. Polecam!

Każdy Mozart był kiedyś dzieckiem… Rodzice mają ogromną rolę do spełnienia. Tak obserwować ukryte często talenty dziecka, by w odpowiednim momencie np. zapisać je do szkoły baletowej, kółka teatralnego, szkółki piłkarskiej, lekcje śpiewu czy gry na instrumencie. Rodzice są wtedy bardzo dumni. Często się zdarza, że dziecko realizuje ich niespełnione marzenia. Wielką rolę w odkrywaniu talentów spełnia szkoła – poszczególni nauczyciele przedmiotów. Jeśli Malwinka namaluje kotka na miarę Picassa być może trafi na lekcje rysunku. Jeśli na lekcji muzyki Marysia zaśpiewa jak Whitney Houston być może trafi na lekcje śpiewu. Jeśli Alanek zagra na dzwonkach niczym Chopin być może trafi na lekcje gry na fortepianie. Bo szkoła to nie tylko życie od sprawdzianu do klasówki. To miejsce twórczego odkrywania siebie. Może stać się właśnie tak, że Twoje dziecko ma talent. W filmie chłopiec tworzy wiersze. Gdzie wysłać takie dziecko? Ma przecież talent nie gorszy od plastyka czy muzyka. Jak nie przeoczyć takiego dziecka? Dużą rolę mają do odegrania nauczyciele języka polskiego. To tam dziecko pisze pierwsze opowiadania, opisy, rozprawki. Rodzice mogą przegapić literacki talent swojego dziecka. Jeśli zrobi to nauczyciel – to czyste zaniedbanie. Dziecko uzdolnione literacko może wysyłać swoje prace na różne konkursy. Dobrze jeśli jest zachęcane do czytania. Wspaniale jeśli pisze coś poza pracami domowymi.

A jak się dzieje w rzeczywistości? Przeczytałam książkę Julii Cameron „Droga artysty. Jak wyzwolić w sobie twórcę. 12-tygodniowy kurs odkrywania i rozwijania własnej kreatywności”. W opisie książki czytamy: „Nowatorska metoda Julii Cameron pomogła tysiącom ludzi na świecie odkryć uśpione talenty i zrealizować twórcze marzenia”. Po lekturze tej książki głęboko zapadło w moją pamięć to, iż artystyczne talenty dzieci to szczęście i jednocześnie dopust Boży. Super, że Martynka gra w szkolnym kółku teatralnych. Dumni rodzice po przedstawieniu klaszczą w ręce w pierwszym rzędzie. Jeśli natomiast 18-letnia Martyna mówi rodzicom: „Chcę zostać aktorką” rodzice stanowczo oponują: „Dziecko, chcesz bidować i grać w podrzędnych paradokumentach”? Z jednej strony rodzice boją się o byt materialny dziecka. Chcą dla niego jak najlepiej. Z drugiej… Marnują mu życie. Kiedy Martyna skończy szkołę teatralną nie wiemy czy w tej trudnej branży zacznie kroczyć po czerwonych dywanach. Sukces i pieniądze cieszą. Ale czy tylko po to żyjemy?

„Człowiek ma sam siebie uczynić tym, kim ma być, aby wypełnić swoje przeznaczenie” (Paul Tillich).

„Idź zdecydowanie w kierunku swoich marzeń! Żyj życiem, jakie sobie wyobraziłeś. Prawa rządzące wszechświatem będą coraz prostsze w miarę, jak ty będziesz upraszczać swoje życie”. (Henry David Thoreau)

To tyle w temacie…

Rodzi się zatem pytanie, czy artyści są światu potrzebni? Czy nie lepiej kształcić inżynierów i programistów? Julia Cameron twierdzi: „Twórczość artystyczna obnaża społeczeństwo przed nim samym. Sztuka wydobywa na jaw różne rzeczy. Oświeca nas. Rozświetla panujące ciemności. Opromienia mroczną czeluść w nas samych i mówi: „Widzisz?”.

Ludzie mówią o artystach: „lekkoduchy” czy „niebieskie ptaki”. To stwierdzenie potwierdza kolejny cytat z tej książki: „Ludziom wydaje się, że życie twórcze jest zakorzenione w fantazji. Prawda jest trudniejsza do przełknięcia: kreatywność jest zakorzeniona w rzeczywistości, w konkrecie, w tym co oglądane z bliska, wnikliwie obserwowane albo szczegółowo wyobrażone”.

Wybór ścieżki artystycznej nie jest łatwy. Oprócz braku wsparcia otoczenia są i realne problemy, jak brak pieniędzy. Ten mankament doskwiera szczególnie teraz, w czasie pandemii koronawirusa. Julia Cameron uspokaja jednak: „Słuchając wewnętrznego (s)twórcy, wkraczamy na odpowiednią ścieżkę. Znajdziemy na niej przyjaciół, miłość, pieniądze i sensowną pracę”. Na kolejnych stronach zaś czytamy: „To czego naprawdę pragniemy, jest tym, co powinniśmy robić. Gdy robimy to, co jest nam przeznaczone, pojawiają się pieniądze, otwierają się przed nami drzwi, czujemy się użyteczni, a praca zdaje się zabawą”. Co więcej autorka kolejny raz podkreśla: „Moim zadaniem jest tworzyć to, co ma być stworzone. Nie mogę rozsądnie zaplanować kariery, kierując się płynnością finansową i strategiami marketingowymi”.

„Ludzie często usiłują żyć na opak: starają się zdobyć więcej rzeczy albo więcej pieniędzy, żeby częściej robić to, czego pragną, a tym samym osiągnąć szczęście. Dzieje się jednak na odwrót: najpierw trzeba być tym, kim się naprawdę jest, później robić to, co należy, a wtedy można mieć to, czego się pragnie”. (Margaret Young)

Kiedy jesteśmy już dorośli wciąż jest w nas małe dziecko. Cameron pisze i o nim: „Musimy pamiętać, że wewnętrzny artysta jest dzieckiem i że intelektualnie jesteśmy w stanie udźwignąć znacznie więcej niż emocjonalnie”. Zaniedbanie wewnętrznego dziecka prowadzi w konsekwencji do tego, że: „Zawstydzeni rzekomym brakiem talentu, swoimi nadambitnymi marzeniami, młodzi artyści oddają swoje uzdolnienia w służbę działalności komercyjnej i zapominają o upragnionej, bardziej nowatorskiej (i ryzykownej) pracy. Zamiast pisarzami zostają redaktorami, zamiast reżyserami – montażystami, zamiast artystami par excellence – twórcami reklam, tkwiącymi dwa kroki od swoich marzeń”.

Przechodząc od filmu i książki, pragnę podzielić się z Wami moim własnym doświadczeniem. Kiedy nauczyłam się pisać, zaczęłam pisać swoją pierwszą książkę. Od podstawówki po liceum uwielbiałam język polski. W gimnazjum pisałam do szkolnej gazetki. Kiedyś napisałam felieton. Pani od polskiego na każdej lekcji z różnymi klasami czytała go na głos. Poczułam coś niesamowitego. W wieku 14 lat napisałam swój pierwszy wiersz. W rubryce „Twórcy regionu” opublikowała go lokalna gazeta. Jednakże wkraczając w dorosłe życie zapragnęłam zostać dyplomatką. Jestem magistrem europeistyki. Na przedostatnim roku studiów na Uniwersytecie Warszawskim w ramach zajęć fakultatywnym zapisałam się na kurs kreatywnego pisania. To było coś wspaniałego! Był to dla mnie najważniejszy przedmiot! Pisarstwo zaczęło rywalizować z marzeniem o dyplomacji. Chcąc połączyć zainteresowanie kulturą, marketingiem i dyplomacją ukończyłam na Collegium Civitas Dyplomację kulturalną i creative writing. Uznałam, że powalczę o stanowisko w Instytucie Adama Mickiewicza. Na Akademii Leona Koźmińskiego dokształciłam się na studiach z Zarządzania projektami. Wszystko podporządkowałam pracy w IAMie. I co? Mimo aplikacji w kilku rekrutacjach nie dostałam jej. Wyprowadziłam się z Warszawy i wróciłam do rodzinnego miasta. Miałam trochę wolnego czasu. Zaczęłam wieczorowo studiować Anglistykę. Traktowałam to bardziej jak rozszerzony kurs językowy. Jednak coś się zmieniło na drugim roku studiów. Miałam zajęcia z pisania z niezwykłą wykładowczynią. De facto były to zajęcia z creative writing. Znów tworzyłam, znów pisałam. Zrobiłam coś nieprawdopodobnego – rzuciłam studia. Zawsze kończyłam to, co zaczęłam. Zrobiłam wyjątek. Od października 2019 roku jestem studentką Podyplomowych Studiów Literacko-Artystycznych na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Piszę wiersze, opowiadania, reportaże, scenariusze. Słucham wykładów z literatury czy filmu. Nie mam pojęcia czy zasłużę na Nobla w literaturze. Wiem, że jestem w odpowiednim miejscu. Wykładowcami SLA była Wisława Szymborska, Czesław Miłosz czy Olga Tokarczuk. W zeszłym roku SLA obchodziło swoje 25-lecie istnienia. To niezaprzeczalne dzieło prof. Gabrieli Matuszek-Stec. Miała ona bowiem odwagę otworzyć pierwszą w Polsce szkołę dla pisarzy. Powiem więcej, szkołę dla marzycieli, przedszkole dorosłych utalentowanych dzieci. Spotkałam tam profesjonalnych wykładowców i cudownych innych studentów. Studia ukończę w 2021 roku. Co potem? Wypowie się za mnie Wisława Szymborska: „A ja nie wiem i nie wiem i trzymam się tego jak zbawiennej poręczy” (Niektórzy lubą poezję).

I jeszcze raz na sam koniec Julia Cameron: „Zabijać swoje marzenia, ponieważ są nieodpowiedzialne, to być nieodpowiedzialnym wobec samego siebie”.

 

Artysta upamiętniony-artysta pamiętany? Rzecz o Zuzannie Ginczance i Agnieszce Osieckiej, czyli Guwernantka duma nad exegi monumentum współczesnej kultury

Motyw exegi monumentum pochodzi rzecz jasna z pieśni Horacego pod tym samym tytułem. Z języka łacińskiego znaczy to: „wybudowałem pomnik”, w utworze czytamy dalej „trwalszy niż ze spiżu”. Jest to wyraz dumy poety ze swojej twórczości, co jeszcze dobitniej podkreślają słowa: „Nie wszystek umrę”. Warto w tym miejscu wspomnieć wiersz Zuzanny Ginczanki „*** (Non omnis moriar)”. To piękny utwór. Warto czytać tę poetkę. Jestem szczęśliwą posiadaczką 14/2019 numeru „Tygodnika powszechnego” w wersji „Książki w tygodniku. Magazyn literacki” pod tytułem „Poezja teraz”. Natknęłam się tam na ciekawe zestawienie, którego celem było wskazanie „jakie poetyckie języki z przeszłość wpuścić w przestrzeń dzisiejszej komunikacji”. Zuzanna Ginczanka została wymieniona jako pierwsza. Z artykułu dowiedziałam się, że poezja Zuzanny Ginczanki: „dzięki wysiłkom nielicznych, ale zdeterminowanych – jak Izolda Kiec czy Agata Araszkiewicz – jest dostępna, a powtarzana od wielu lat fraza o <<odkrywaniu zapomnianej poetki>> nareszcie stała się nieaktualna”. Zginęła w wieku 27 lat w 1944 r. w Krakowie. A zatem poezja Zuzanny Ginczanki żyje, ale są ludzie-respiratory, którzy podtrzymują ją przy życiu: inni poeci, krytycy, czytelnicy etc. W tym poście zastanowię się jak można w XXI upamiętnić artystę. Jego dzieła to jego osobisty wkład w „budowę pomnika”. Ja skupię się na ludziach i ich działanich zmierzających do tego by owego pomnika nie zapomniano lub, co gorsza, nie zburzono. No to zaczynamy!

Mam ogromną słabość do Agnieszki Osieckiej. Nie tylko do jej talentu, ale i charyzmy oraz osobowości. Myślę, że kiedyś napiszę osobny post o mojej idolce. Tutaj skupię się bardziej na tym jak wspaniałą ma córkę i przyjaciół. Mowa oczywiście o Agacie Passent, która dba o zachowanie spuścizny artystycznej matki oraz żywej pamięci o niej. Jak to robi? Z pewnością zacznę od informacji,  iż istnieje już od bardzo dawna Fundacja Okularnicy im. Agnieszki Osieckiej. Napisała ona kiedyś „Piosenkę o okularnikach”/”Okularnicy”, która stała się swoistym hymnem całego pokolenia. Jeśli posłuchacie tej piosenki nie zdziwi Was fakt, że Fundacja dąży do tego, aby udało się „stworzenie placówki, która wspiera ludzi wrażliwych i wymagających intelektualnie, pragnących się rozwijać”. Artystka za życia stworzyła własne, prywatne archiwum – rodzaj kroniki epoki, w której przyszło jej żyć. Materiały te są przez Fundację digitalizowane. Poza tym Fundacja inicjuje wznawianie książek, sztuk teatralnych, poezji i piosenek. Ponad to organizuje festiwale i konkursy. Dlatego też co roku jest wyłaniany laureat konkursu „Pamiętajmy o Osieckiej” na interpretację piosenki Agnieszki Osieckiej. Inną formą upamiętnienia Artystki jest nazwanie jej imieniem Studia Muzycznego Polskiego Radia w budynku Radiowej Trójki. Poza tym na stronie https://okularnicy.org.pl/ można przeczytać biografię Poetki oraz wspomnienia bliskich o niej. Do tego bogata bibliografia: antologie i prace zbiorowe, książki, śpiewniki; prezentacja wydanych płyt; informacje o filmach z piosenkami Osieckiej; spis utworów scenicznych i widowisk teatralnych. Co więcej, na Saskiej Kępie 19 maja 2007 r. podczas Święta Saskiej Kępy („To był maj, pachniała Saska Kępa…”) na skrzyżowaniu ulic Francuskiej i ul. Obrońców odsłonięto pomnik Agnieszki Osieckiej. Ostatnio (przełom stycznia i lutego 2019r.) wokół tego pomnika było bardzo głośno za sprawą nowego sąsiedztwa – pewnego sklepu spożywczego. Ów sklep umieścił duży świecący kaseton ze swoim logo, co wg aktywistów Saskiej Kępy i jej mieszkańców popsuło estetykę i klimat miejsca, w którym dawniej mieściła się kawiarnia. Być może widmo zapowiadanego bojkotu oraz fakt, iż dzielnica ta należy do strefy ochrony konserwatorskiej, skłoniła supermarket do zdjęcia kasetonu (tytuł artykułu na wyborcza.pl: „Osiecka wygrała z hipermarketem. Sklep usunął neon”). W jednym z trzech artykułów Gazety Wyborczej jakie przeczytałam padły takie stwierdzenia, że pomnik Agnieszki Osieckiej to: „oczko w głowie mieszkańców Saskiej Kępy”. Poniżej zamieszczam trzy inne ważne cytaty w tej sprawie:

„Artyści i mieszkańcy Saskiej Kępy chcą współpracować z marketem Carrefour przy Francuskiej, żeby stworzyć przed sklepem klimatyczną przestrzeń. Nie godzą się, żeby rzeźba słynnej mieszkanki osiedla Agnieszki Osieckiej była dodatkiem do sklepu”.

„Nie chcę, żeby siedziała wśród palet, towarów i śmieci. Ja tam widzę romantyczną kawiarenkę” – napisała do nas czytelniczka Karolina.

„Ludzie podchodzą tu do rzeźby Osieckiej z sentymentem, mają pomysły. Może rabatka z kwiatami?”

http://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,54420,24422399,niech-osiecka-znow-siedzi-w-kawiarni.html

Okazuje się zatem, że pomnik z brązu artystki tak wielkiej jak Agnieszka Osiecka, może być żywy; że to nie jest obojętna ludziom zimna rzeźba, że ona dla nich coś znaczy, wywołuje ciepłe uczucia, a jak trzeba, jest powodem walki i bojkotu. Najgorsza w życiu jest obojętność. Reakcja ludzi na historię z pomnikiem dowodzi, iż Agnieszka Osiecka – wybitna mieszkanka Saskiej Kępy – nie jest obojętna „swoim sąsiadom”.

Pragnę wspomnieć jeszcze o dwóch pomnikach Agnieszki Osieckiej: w Opolu i w Rucianem-Nidzie. Pierwszy z nich odsłonięto w opolskim amfiteatrze w 2002 r. podczas inauguracji Festiwalu Polskiej Piosenki. Pomnik stoi na skwerze przed Wzgórzem Uniwersyteckim w Opolu. Agnieszka Osiecka uwielbiała spędzać czas i wypoczywać na Mazurach, w miejscowości Krzyże. Dzisiaj na tych terenach, w ogrodzie przed Zespołem Szkół Samorządowych w Rucianem-Nidzie stoi ławeczka, na której siedzi Poetka.

Najpełniej jednak pamięć o artystce wyraża się w jej piosenkach. No właśnie. Często mówimy „piosenka Agnieszki Osieckiej”, nie mówiąc w pierwszej kolejności o piosenkarce bądź piosenkarzu. Najlepszym dowodem na to, że Osiecka żyje we wspomnieniach ludzi jest m.in. fakt, że w tym roku zainaugurowano Święto Saskiej Kępy wspólnym odśpiewaniem przeboju Maryli Rodowicz „Małgośka” przy rondzie Waszyngtona. Hasło całego wydarzenia zostało zaczerpnięte z tekstu Agnieszki Osieckiej „Jak dobrze mieć sąsiada”. No właśnie, jak dobrze mieć sąsiada, który dba o estetykę i klimat okolic pomnika Agnieszki Osieckiej.

 

Artysta po przecinku, wielki talent i kropka, czyli kto, co, gdzie, kiedy i dlaczego w śledztwie Guwernantki

Na początku uważam za stosowne napisać krótki wstępniak. Niech to będzie moja odpowiedź dla Facebooka na dramatyczne apele czy Guwernantka jeszcze żyje w stylu: „Od jakiegoś czasu nie ma z Tobą kontaktu. Napisz post”. Jak miło, że Facebook troszczy się o mnie i moich Czytelników, bo jeszcze na samym początku podaje ich dokładną liczbę – polubienia strony. Wtedy zawsze wzdychałam i myślałam: „No coś trzeba napisać”. I pomysły były oraz są. Z pewnością po nie kiedyś sięgnę. Ale żaden z nich nie był w stylu filmu Woody’ego Allena „Scoop – Gorący temat”, który wbije mnie w krzesło i wręcz do niego przykuje. Dałam sobie czas i… Ruszyłam w świat. Trwało to dokładnie 1,5 miesiąca. Zaczęłam od majówkowego urlopu w Ustce, przełom miesięcy spędzając w Paryżu, a połowę czerwca w Krakowie. Wiele udało mi się zobaczyć, wielu ludzi spotkać, wiele rzeczy spróbować i wiele rzeczy kupić jako trofea podróżnicze tzw. souvenirs. Czuję, że z tych źródeł długo jeszcze będę czerpać. A żeby źródło nie wyschło, przechodzę teraz płynnie do tematu dzisiejszego wpisu.

A jest nim Artysta. Po tym jak zwiedziłam Luwr, Muzeum d’Orsay, Sukiennice, Muzeum Narodowe w Krakowie, Cricotekę i jeszcze wiele, wiele… Bo przecież będąc na Montmartre wręcz otarłam się o prawdziwych artystów przy pracy. Zastanowił mnie jednak pewien fenomen. A mianowicie bycie „artystą po przecinku”. Tak to sobie nazwałam, gdyż czytając biogram niektórych artystów mamy przed sobą jakby zlepek artystycznych życiorysów, którymi można obdzielić kilka osób. Czasami poznani przeze mnie artyści zaczynali jako malarze a kończyli jako bardzo znani muzycy (np. Serge Gainsbourg) czy reżyserzy (np. Andrzej Wajda). Są jednak i tacy artyści, którzy przez całe życie wykonywali różne zawody artystyczne jednocześnie z równie dobrym skutkiem w każdej z dziedzin (Leonardo da Vinci, Stanisław Wyspiański, Stanisław Ignacy Witkiewicz, Tadeusz Kantor). Dla mnie to fenomen, o którym chcę napisać ten post. Przyjmę formę śledztwa, gdyż chadzając po muzealnych i galeryjnych korytarzach sporo podglądałam. Czas na wnioski.

KTO

Stanisław Wyspiański

CO

Wystawa „Wyspiański. Posłowie”

GDZIE

Muzeum Narodowe w Krakowie

KIEDY

17.05-29.09.2019

DLACZEGO

Stanisław Wyspiański – dramaturg, poeta, malarz, grafik, architekt, projektant mebli. Sporo jak na życiorys człowieka, który niestety zmarł już w wieku 38 lat. Ponoć potrafił pracować 36 godzin bez żadnej przerwy. Takiego stylu życia są efekty w postaci licznych dzieł. Ilustrował również książki. Na wystawie można zobaczyć rysunki do pierwszej księgi „Iliady” Homera. Projektował witraże jak np. witraż „Apollo” do Domu Towarzystwa Lekarskiego w Krakowie. Poza tym możemy podziwiać tkaniny dekorowane ornamentami kwiatowymi zaprojektowanymi przez artystę. Do tego olejne obrazy, rysunki czy rysunki kostiumów do sztuki Lucjana Rydla „Zaczarowane koło” (1899). Uważam zatem, że artysta zasłużenie otrzymał posadę docenta malarstwa dekoracyjnego w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych w 1902 r.

KTO

Stanisław Ignacy Witkiewicz (Witkacy)

CO

Największa na świecie kolekcja prac plastycznych S. I. Witkiewicza (Witkacego)

GDZIE

Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku, Biały Spichlerz

KIEDY

Otwarcie wystawy 11 lipca 2019 r.

DLACZEGO

Stanisław Ignacy Witkiewicz (Witkacy) – pisarz, malarz, rysownik, filozof, dramaturg, fotografik, teoretyk i krytyk sztuki. Jest jednym z najczęściej tłumaczonych autorów polskich (30 języków) oraz najczęściej granym polskim autorem na zagranicznych scenach. W młodości Witkacy miał chłonny umysł i przejawiał różnorodne zdolności. Do jego zainteresowań należało malarstwo, fotografia, muzyka, nauki ścisłe, filozofia. Do tego należy podkreślić, iż Witkacy bardzo dużo podróżował. Najlepszym potwierdzeniem tego, iż Witkacy to idealny przykład „artysty po przecinku”, to poniższy cytat:

„Przed pół wiekiem Konstanty Puzyna przepowiadał, że Witkacy “wyżywi” jeszcze kilka pokoleń badaczy. Z jego dorobku nieprzerwanie czerpią teatrolodzy, poloniści, historycy sztuki, idei, filozofowie. W ślad za teoretykami postępują praktycy – twórcy i artyści: malarze, fotografowie, filmowcy, performerzy, aktorzy, reżyserzy, prozaicy, dramatopisarze; artystyczni skandaliści, jak i dobrze poukładane, ścisłe umysły”.

https://culture.pl/pl/tworca/stanislaw-ignacy-witkiewicz-witkacy

Trzecim „artystą po przecinku” w moim śledztwie miał być Tadeusz Kantor. Postanowiłam jednak, że o tym artyście napiszę osobny post. Czas zatem na wnioski ze śledztwa. To naprawdę możliwe mieć wiele talentów. Trzeba tylko wtedy tak ułożyć życie by je odkryć, rozwijać, być może w formie wykonywanego zawodu. Talent rodzi zainteresowanie, czy zainteresowanie rodzi talent? Tutaj chyba nie ma reguły. Myślę jednak, że jeśli mamy hobby to w naturalny sposób w wolnym czasie (jeśli nasz talent to nie nasz chlebodawca) możemy ten talent rozwijać. Postanowiłam przyjrzeć się moim aktualnym hobby i poszukać inspiracji na nowe. Na blogu https://www.joulenka.pl/jakie-sa-hobby/ znalazłam dość długą listę hobby. Mój bilans wykazał, że z pewnością: czytam książki, oglądam filmy, słucham muzyki, spaceruję, gotuję, chodzę na siłownię, bloguję, piszę wiersze, uczę się języków, podróżuję, chodzę na basen. A co chcę do tej listy dopisać? Z pewnością fotografię, naukę gry na pianinie, uprawę roślin domowych (marzą mi się kaktusy 😉), naukę tańców latynoskich, malowanie. Pierwszy krok w kierunku nowego hobby – fotografii zrobiony. Zapraszam do Atelier Guwernantki: https://www.instagram.com/atelier_guwernantki/

Mam nadzieję, że czujecie się zainspirowani do, być może, powrotu do starych pasji, kontynuowania obecnych, odkrywania przyszłych. Zachęcam do dzielenia się refleksjami w komentarzach 😊

Wiosna przyszła na poważnie w muzyce poważnej, bo za oknem zaledwie 12⁰…, czyli Guwernantka słucha muzyki i idzie na balety

21 marca 2019. Słońce wzeszło o 5:37, zajdzie o 17:50. Od dzisiaj dzieci rodzą się spod znaku Barana. Witamy na świecie! Imieniny, a jakże, Marzanny, ale i Mikołaja. Ładne połączenie. Wiosna po 89 dniach zimy to piękny prezent. Oby pogoda za oknem mówiła nam to, w czym utwierdza nas kalendarz. MAMY WIOSNĘ! Cieszmy się, bo za rok, w 2020, będziemy czekać na nią o dzień dłużej z racji roku przestępnego – 90 dni.

No dobrze, po tym wstępie, zaczęłam zastanawiać się nad związkami kultury z wiosną. Spokojnie, nie będę pisała recenzji III tomu „Chłopów” pt. „Wiosna” Władysława Reymonta. Choć o naszym Nobliście z 1924 r. wypada wspomnieć, gdyż to właśnie za ten utwór go uhonorowano, a konkretnie za jego uniwersalizm.

Zdecydowanie więcej inspiracji wiosną odkryłam w muzyce klasycznej. Zacznę od „Sonaty wiosennej” opus 30 Beethovena na skrzypce i fortepian. Kompozytor skomponował ten utwór w 1801 r. Czym jest sonata? Zaglądam do Słowniczka „Muzyki klasycznej dla bystrzaków”, którą polecam wszystkim zainteresowanym, a niewtajemniczonym w te zagadnienia. Teraz już wiem, że sonata to: „kompozycja mająca na celu zademonstrowanie dźwięku i techniki określonego instrumentu, czasem dodatkowo z akompaniamentem fortepianu”.

Od początku kiedy piszę ten post towarzyszy mi muzyka Beethovena. Najpierw wysłuchałam „Sonatę wiosenną” opus 30 w wykonaniu pianisty Daniela Barenboima. Kiedy piszę te słowa wsłuchuję się już w inne wykonanie i dodatkowo skrzypce Anne-Sophie Mutter, przy akompaniamencie fortepianu przy którym gra Lambert Orkis. Piękna muzyka. Polecam Wam w wolnej chwili, albo nawet mimochodem, robiąc coś innego, posłuchać muzyki Beethovena.

Inny kompozytor, Robert Schumann, również wziął na warsztat motyw wiosny. Przez najbliższe pół godziny zanurzę się w jego muzyce, a dokładnie w „Symfonię wiosenną” I Symfonię B-dur, opus 38 z roku 1841. Słucham symfonii wykonywanej przez The Buchmann-Mehta School of Music. Nie omieszkam i teraz pochylić się nad terminem „symfonia”. Jest to bowiem „utwór muzyczny na orkiestrę, zwykle mający ustaloną czteroczęściową formę”. Jestem laikiem i dopiero poznaję muzykę klasyczną. Dlatego nie chcę udawać eksperta, bo nim nie jestem. Mogę jednak z czystym sumieniem napisać: to jest ładne. I jest to szczera opinia, panie Schumann. Obiecuję dalej kształcić swój gust muzyczny!

A teraz przejdziemy do baletu. I oczywiście „Święta wiosny”. Premiera tego baletu miała miejsce w Paryżu 29 V 1913 roku w Théâtre des Champs – Elysées. Warszawska premiera miała miejsce dopiero w 1962 roku. Muzykę skomponował oczywiście Igor Strawiński. Choreografię ułożył Wacław Niżyński. Taniec wykonały Balety Rosyjskie Diagilewa pod dyrekcją Pierre’a Montreux. Libretto „Święta wiosny” osnute jest na wiosennych obrzędach dawnej pogańskiej Rusi. Premiera paryska wywołała głośny skandal. Zainteresowała mnie ta informacja. Czy balet może aż tak kogoś oburzyć? Obejrzałam rocznicowe przedstawienie z 2013 roku, a zatem 100 lat później i w dodatku w tym samym miejscu – w  Théâtre des Champs – Elysées. Transmisja telewizji Arte podzielona była na dwie części. Można powiedzieć, tradycyjną i nowoczesną. Wersję pierwszą obejrzałam ze sporym zainteresowaniem. Choreografia była oparta na oryginalnej wg Wacława Niżyńskiego. Podejrzewam, że stroje też starano się zrobić podobne do tych sprzed wieku. Jako „laik-baletnik” widzę, że to zdecydowanie nie klasyczny balet, ale jak na 1913 rok nadzwyczaj nowoczesny i dynamiczny. Nie mam zbyt dużego porównania do innych baletów. Proszę, wrzucam link:

https://www.youtube.com/watch?v=YOZmlYgYzG4

Chciałam jednak obejrzeć bardzo interpretację „Święta wiosny” w choreografii Piny Bausch. Jakiś czas temu widziałam o niej film dokumentalny. Oto zwiastun filmu o Pinie Bausch:

https://www.youtube.com/watch?v=nRQcvcBGf9M

Zawsze widziałam tylko fragmenty „Święta wiosny” w jej interpretacji. Dzisiaj obejrzałam całość i… Właśnie wyszło słońce! A dzieło Piny Bausch jest wprost niesamowite. Pomysł z pokryciem sceny (i tu wstawiam „…”, przekonaj się sam/a) jest genialny. Choreografię charakteryzuje niezwykła dynamika, wręcz dramatyzm. Śmiesznie to brzmi, ale ten taniec wciąga i pochłania jak dobra książka czy film. Kiedy balet się skończył, powiedziałam: „To już?”, najchętniej oglądałabym dalej. Naprawdę Wam polecam, obejrzyjcie „Święto wiosny” Piny Bausch – niemieckiej tancerki i choreografki tańca współczesnego, która niestety w 2009 roku nagle zmarła. Tu jest link:

https://www.youtube.com/watch?v=VUfj3vGo4n4

Wybierzmy się za Ocean Atlantycki. A konkretnie w góry Appalachy. Sprawcą całej podróży jest niejaki Aaron Copland – najbardziej lubiany amerykański kompozytor. Co ciekawe, wprowadzał do swoich kompozycji elementy jazzowe. Jego najsłynniejszym dziełem uhonorowanym Nagrodą Pulitzera, jest „Wiosna w Appalachach”, która miała premierę w Waszyngtonie w 1944 roku. Jest to balet, do którego choreografię ułożyła Martha Graham. To historia świeżo poślubionej pary, farmera i jego żony, którzy sprowadzają się na farmę w Appalachach. Młoda para para radując się z nadejścia wiosny, buduje swój szczęśliwy dom. Z zapartym tchem wysłuchałam i obejrzałam ten balet w wykonaniu młodej, pełnej wdzięku baletnicy Cosella Ballet & Orchestra i pewnego uroczego rekwizytu. Podobało mi się to, iż orkiestra gra na scenie, nie jest nigdzie ukryta, a baletnica wchodzi w interakcje z muzykami. Obejrzyjcie koniecznie, zajmie Wam to niecałe pół godziny. Proszę, oto link:

https://www.youtube.com/watch?v=DyNr2kZiYgI

Po sonatach, symfoniach, balecie… Zapragnęłam jeszcze obejrzeć obraz „Primavera”, czyli „Wiosna” (1477-1478) Sandro Botticellego. Wyskoczyłam zatem na moment to Galerii Uffizi we Florencji zobaczyć jak Merkury obwieszcza nadejście Wiosny.

Tak to niczym zbliżający się kwiecień-plecień, w marcu garncu przeplatałam naturę z kulturą. Mam nadzieję, że deser z kulturą naturalnie mi się udał! 😊

 

O sztuce inspiracji na przykładzie malarstwa Jerzego Dudy-Gracza oraz Edwarda Hoppera, czyli Guwernantka popełniła wiersz

Czy patrząc na obraz zdarza Wam się słyszeć muzykę? Albo na przykład rozmowę postaci z obrazu? W przypadku malarstwa Jerzego Dudy-Gracza sprawa wydaje się łatwiejsza. Stało się tak dzięki płycie Mai Kleszcz i Kwartetu Prowincjonalnego zatytułowanej po prostu „Dudzie-Graczowi” (2017). Drugą stroną medalu/płyty jest córka artysty – Agata Duda-Gracz, która napisała teksty do muzyki skomponowanej przez Maję Kleszcz. Oczywiście Maja Kleszcz śpiewa utwory, a my korzystając z dołączonej do płyty książeczki, jesteśmy jednocześnie w sali koncertowej i w galerii sztuki, gdyż znajdują się tam reprodukcje obrazów Jerzego Dudy-Gracza.

Jerzy Duda-Gracz (1941-2004) jest uważany za jednego z najważniejszych polskich malarzy XX. Ale był też rysownikiem, grafikiem i scenografem. Jego obrazy wyróżnia z jednej strony groteska i ironia, a z drugiej sentymentalizm oraz nostalgia. Widać wyraźnie, że czerpał z malarstwa młodopolskiego. Jego twórczość bywa określana jako gorzka satyra na Polskę. Najbardziej monumentalnym projektem malarza był nieukończony cykl 300 obrazów „Chopinowi”.

To co wyróżnia ten wyjątkowy projekt muzyczny to wykorzystanie dawnych instrumentów polskich. Paradoksalnie nasuwa się stwierdzenie „świeżość dźwięków”, bo po prostu są nam takie instrumenty muzyczne mniej znane. Obraz + słowo + dźwięk. Fantastyczne połączenie. Kulturalne fluidy inspiracji musiały skutecznie i twórczo krążyć między artystami.

I ja postanowiłam spróbować swoich sił jako autorka tekstów. Jednak nie wybrałam jako zadania z kreatywności obrazu Jerzego Dudy-Gracza. Kiedyś czytałam książkę Liz Rideal „Jak czytać obrazy. Treść, forma, technika”. Dzięki temu poznałam obraz Edwarda Hoppera z 1939 roku „Kino w Nowym Jorku”. Postanowiłam dowiedzieć się czegoś więcej o tym wyjątkowym malarzu. W tym celu zaglądam do swojej biblioteczki i odnajduję „Dzieje kultury Stanów Zjednoczonych” autorstwa Marka Gołębiowskiego. Z rozdziału „Kultura modernizmu (1900-45)” dowiaduję się, iż „Edward Hopper jest najdoskonalszym malarzem-realistą XX-wiecznej Ameryki”. Część krytyków widzi w nim nawet najoryginalniejszego malarza amerykańskiego XX w.

Trafiam również w internetowym wydaniu „Gazety Wyborczej” na wywiad z Filipem Lipińskim, który jest zarówno amerykanistą jak i historykiem sztuki. Rozmowa z nim dotyczy filmu Gustava Deutsch’a „Shirley – wizje rzeczywistości” (2013). Jeśli jest to post o „sztuce inspiracji”, to nie mogłam trafić lepiej z wyborem artysty. Bowiem twórczość Edwarda Hoppera (1882-1962) przeniknęła szeroko do popartu. Dzięki temu, iż jego obrazy cechuje nadzwyczajna filmowość, a ujęcia mają cechy kadru, jego sztuką inspirowali i nadal inspirują się reżyserzy. Wymienię tutaj choćby: Alfreda Hitchcocka (obraz „Dom przy torach”) czy Andrzeja Wajdę. Ten ostatni wykorzystał motyw z obrazu „Kobieta w słońcu” w swoim filmie „Tatarak” z Krystyną Jandą w roli głównej.

Co ciekawe, jego jedyną modelką od 1924 r. była… Jego żona – Josephine Nivison, również malarka. No właśnie. Kim są bohaterowie obrazów Edwarda Hoppera. Eksperci nazywają ich zbiorczo „everymanami”. Pragnę zobaczyć tych „everymanów”. Dzięki wyszukiwarce Google Grafika patrzę na przekrój prac artysty. Co widzę? Widzę postaci siedzące w barach, w prawie pustych pokojach, bezduszne stacje benzynowe czy piękne latarnie morskie. Natrafiam też na obraz, który zainspirował mnie bardziej niż „Kino w Nowym Jorku”. Dzieło to nosi tytuł: „Automat” (1927). Zanim napiszę własną impresję liryczną na temat tego obrazu, przeczytajcie jak z twórczością Edwarda Hoppera zmierzył się nasz Noblista – Czesław Miłosz.

„O! Edward Hopper (1882-1967), Pokój hotelowy, Thyssen Collection, Lugano”.

O, jaki smutek nieświadomy, że jest smutkiem!

Jaka rozpacz, nieświadoma, że jest rozpaczą!

Kobieta kariery, obok walizki, siedzi na

Łóżku, półnaga, w czerwonej halce, uczesanie jej

Nienaganne, w ręku kartkę z cyframi.

Kim jesteś – nikt nie zapyta, sama też nie wie.

(http://edukacjafilmowa.pl/shirley-wizje-rzeczywistosci-2013/)

 

Na powyższej stronie internetowej możecie poczytać więcej na temat filmu „Shirley – wizje rzeczywistości”. Miałam okazję obejrzeć ten film. Myślę, że amatorom sztuki powinien się spodobać.

 

Zobaczcie  obraz „Automat”, gdyż zaraz będziecie mieli okazję przeczytać napisany przeze mnie wiersz inspirowany właśnie tym obrazem Edwarda Hoopera.

 

https://www.edwardhopper.net/automat.jsp

 

Guwernantka

„Automat”

Tylko przez chwilę jest sama

Nie zdjęła rękawiczki

Nie ma kto objąć dłoni

Ta druga ma lepiej

Trzyma ucho filiżanki

Namiastkę człowieka

Otulona płaszczem wspomnień

Usta malowała dla kogoś

Z przyszłości

Bruneta o cierpkim uśmiechu

Jak kawa

Filiżanka pełna odcisków szminki

Dowodów wiary we wróżby z fusów

Samotna?

Tak, poproszę drugą kawę

Smutna?

Tak, słodzę.

To tylko wewnętrzny dialog

Nawet nie kelner

Lecz automat do kawy

 

Wiecie co, by napisać dla Was ten post wybrałam się w fascynujący świat malarstwa, muzyki, filmu i liryki. Bo teksty Agaty Dudy-Gracz są bardzo liryczne. Aż na koniec zafundowałam sobie własne warsztaty pisarskie inspirowane malarstwem Edwarda Hoopera. Była to przygoda pełna wyrafinowanej estetyki i próba kreatywnego przetworzenia tego, czego doświadczyłam. Fajnie zrobić sobie warsztaty creative writing pod okiem takich mistrzów. Bo sztuka inspiracji to krążące wszędzie kulturalne fluidy, tylko czekające by zarazić i Ciebie bakcylem poezji, malarstwa, filmu, muzyki itp., itd.

 

 

 

 

 

 

 

“Dobry rok”, czyli Guwernantka interpretuje obraz znaleziony między wierszami

Obarczam swoje książki ciężarem wspomnień. Nie, nie jesiennych liści. Ostatnio moją torbę podróżną rozpakowałam z Cyprianem Norwidem. Jego „Wiersze wybrane” przez pana konduktora z Ossolineum przeniosły mnie w czasie. Krótki liścik adresowany do mnie, moje własne opowiadanie z warsztatów pisarskich z 2013 roku, zakładka do książek od Wolnego Uniwersytetu w Brukseli, gdzie byłam na Erasmusie w 2012 roku, druga zakładka z napisem: „Co by było, gdyby Maria Skłodowska-Curie pisała do szuflady?”. I nagle odkrywam za rogiem jednej ze stron białą kopertę. Otwieram ją, a tam… Reprodukcja obrazu René Magritte’a (1898-1967) z 1947 r. „La bonne année” („Dobry rok”). Tę i inne pocztówki z obrazami Magritte’a kupiłam w sklepie Musées Royaux des Beaux-Arts de Belgique w Brukseli.

Jestem przekonana, że reprodukcja ta z tak wymownym tytułem i w ładnej kopercie, miała trafić w czyjeś ręce. Ale nie było jej dane tam trafić. Niczym zakopany skarb w czeluściach norwidowskich strof przetrwała ze mną do 2019 roku.

Podziwiałam obrazy Magritte’a w Muzeum w Brukseli bardzo dokładnie. Najpierw patrzyłam wnikliwie na obraz, potem na tytuł, następnie znów na obraz. Ta metoda pozwoliła mi podchodzić do każdego obrazu Magritte’a z otwartą głową. Potem słuchałam wskazówki artysty i podążałam jej tropem. Nie jestem historykiem sztuki. Jednak mam do niej słabość. Lubię ją oglądać, w pewien sposób przeżywać, ale również o niej czytać.

W tym miejscu chcę napisać swoją interpretację odnalezionego obrazu „Dobry rok”. Wykorzystam pytania pomocniczego folderu do samodzielnej interpretacji wydanego przez Zachętę – Narodową Galerię Sztuki. Była ona dołączona do książki „Bardzo nam się podoba. Współczesna. Sztuka. Pytania”. Autorkami owej pozycji są: Małgorzata Bogdańska-Krzyżanek, Maria Świerżewska, Zofia Dubowska.

https://www.fine-arts-museum.be/fr/la-collection/rene-magritte-la-bonne-annee

„Dobry rok” – moja interpretacja

Najważniejszą rolę na obrazie odgrywają dwa balony. Jeden z nich pozostaje w oddaleniu, drugi jest na pierwszym planie. Suną one po jasnobłękitnym niebie, a swoją fakturą i białym kolorem przywołują na myśl… Chmury. Balony-chmury mają również swój osobliwy wyraz twarzy. Wyraźnie widzimy jednak tylko „twarz” tego balonu, który znajduje się bliżej nas – widzów. Jego wyraz twarzy jest groźny. Myślę, że tytułowy „Dobry rok” odpływa na wietrze gdzieś daleko. Jego twarz wydaje się spokojna i spełniona. Natomiast „nieznany rok” ma wyraz walki. Bo tak często jest. Zmagamy się z naszą codziennością, która często wydaje nam się mozolna i pozbawiona sensu. Zastanawia letnia oraz pogodna aura krajobrazu. W naszych warunkach klimatycznych stary i nowy rok spotykają się zimą. Przełom grudnia i stycznia to czas naszych rozmyślań: „Czy to był dobry rok” oraz „Co przyniesie Nowy Rok”? To „co przyniesie” mogą symbolizować kosze od balonów na nasze doświadczenia życiowe czy wspomnienia. Wszystko na obrazie wydaje się ulotne, tak jak ulotny jest czas. Mimo pastelowych barw artyście udaje się wzbudzić niepokój u odbiorcy dzieła. Nikt do końca nie zna swojej przyszłości. Ale poprzedni „Dobry rok” może dawać nadzieję, że ten nadchodzący będzie równie dobry.

 

 

 

 

 

„Janis Joplin zmartwychwstała!”, czyli o skutkach ubocznych karmienia się kulturą

Przyczynkiem do napisania tego wpisu jest cover Janis Joplin „Cry baby” wykonany na etapie tzw. „przesłuchań w ciemno” w programie The Voice of Poland przez Natalię Sikorę. Mówienie o muzyce jest potrzebne, ale najpierw trzeba jej posłuchać i ją po prostu poczuć. Na debaty przyjdzie zatem pora, dlatego posłuchajcie proszę tego wyjątkowego, moim zdaniem, cover’u:

https://www.youtube.com/watch?v=42SgEQOzQw0

Na początek napiszę parę słów o samej Natalii Sikorze, którą osobiście bardzo cenię. Na ostatnim roku moich studiów na Uniwersytecie Warszawskim mieszkałam dokładnie za Teatrem Polskim. Nie tylko podglądałam próby i obserwowałam aktorskie „papieroski” w przerwie, ale podziwiałam również „moich sąsiadów” na deskach teatru. I robiłam to naprawdę bardzo często. Dzięki temu miałam okazję zobaczyć na scenie Natalię Sikorę. Najpierw wybrałam się na spektakl „Wszędzie jest wyspa tu” na podstawie poezji Wisławy Szymborskiej w reż. Magdaleny Smalar. Pamiętam, że nawet gdy Natalia nie mówiła aktualnie  żadnej ze swoich kwestii, ja ją od czasu do czasu obserwowałam. Zawsze miałam wrażenie, że bardzo przeżywa to, iż jest w światłach reflektorów. Ośmielam się napisać, że sprawiała wrażenie  stremowanej. Ale do czasu… Kiedy już zaczynała śpiewać! Wtedy nie ma mowy o stresie czy wątpliwościach. Zwłaszcza kiedy pewnego wieczoru zasiadłam wygodnie w Sali Kameralnej Teatru Polskiego na spektaklu w reżyserii samej Natalii Sikory „Norwid Blues. Recital Natalii Sikory”. Muszę się przyznać, że spektakl ten ogromnie mnie wzruszył i w tym miejscu pragnę przeprosić „współpubliczność” za moje prostackie szlochy w czasie jego trwania. Jedno i drugie przedstawienie miało swoją premierę w 2012 roku.

W 2013 r. została wydana płyta „Zanim”. Moim zdaniem to perełka! A piosenki takie jak „Czarne włosy” w jej wykonaniu to po prostu duchowa uczta. „Zanim” w moim odczuciu jest płytą bardzo liryczną oraz w klimacie piosenki aktorskiej. Swoją drogą, Natalia Sikora jest absolwentką Akademii Teatralnej im. A. Zelwerowicza w Warszawie. Jej wydana rok później (2014 r.) płyta pt. „BWB Experience” ma brzmienie zdecydowanie mocniejsze. Jeśli mam Wam się przyznać do czegoś, to przesłuchałam drugą płytę Natalii Sikory tylko raz. Mija pięć lat od momentu kiedy jej słuchałam i powiem Wam jedno. Chyba dojrzałam do tej płyty. Zawsze wolałam tę pierwszą, poetycką, liryczną, aktorską. Jednak wybrałam się na koncert Natalii Sikory bodajże w 2014 r. i nie żałuję. Nie było pod sceną wielu fanów, sam klub nie był duży, ale Natalia Sikora dała z siebie wszystko, całą energię! Śpiewała tak, że aż się martwiłam o jej głos! Artystka tańczyła beztrosko na boso i w swojej czarnej sukience z frędzlami.

Pomyślałam sobie, że aby lepiej zrozumieć moją idolkę, muszę choć trochę pojąć jej idolkę. Zapewne Natalia Sikora inspiruje się wieloma artystami. W końcu sztuka to jej branża. Na pewno słucha dużo muzyki – jest w końcu piosenkarką. Musi również sporo czytać – aktorstwo to jej  drugi zawód. Z uwagi jednak na cover Janis Joplin i to co powiedziała po występie, że: „(…) od wielu lat gdzieś z nią mentalnie przebywa”, postanowiłam poznać lepiej samą Janis Joplin.

W tym celu sięgam do mojego „Leksykonu buntowników” według Maxa Cegielskiego. Oczywiście znajduję tam Janis Joplin bez problemu. Już w samym wstępie pada słowo „charyzmatyczna”. Była prawdziwą przedstawicielką lat 60. Między innymi z powodu tego, że swobodnie realizowała hasła wolności seksualnej. Swoją karierę zawdzięcza tylko talentowi, nie urodzie. Kompleksy z dzieciństwa na tle wyglądu będą jej towarzyszyć chyba do końca życia, gdyż na dodatek pochodziła z małego miasteczka, gdzie została odrzucona przez lokalną społeczność. Janis Joplin miała w sobie szczerość, pasję, osobowość i… Ten głos! Głos, którym „nie może śpiewać biała kobieta”, jak słyszę z ust czarnoskórego muzyka, który miał okazję współpracować z Janis Joplin. To buntowniczka i nonkonformistka. Hipiska z krwi i kości, która stała się symbolem emancypacji kobiet. Jednakże jej historia ma też ciemną stronę. Używki i samotność. Z ogromnym zaciekawieniem obejrzałam o niej film z 2015 r. pt. „Janis” w reż. Amy Berg. W jednym z cytowanych listów Janis napisała: „Cholernie chcę być szczęśliwa”. To zwykłe oraz po prostu ludzkie pragnienie szczęścia z trudem jej się udawało (a może właśnie nigdy nie udało?) osiągnąć. Mawiała, że na scenie kocha się z tysiącami ludzi, a potem wraca sama do domu. W jej wielu wypowiedziach przebija myśl, że sława nie była w jej życiu najważniejsza. Mam wrażenie jednak, że ją cieszyła i w końcu dowartościowała. Z drugiej jednak strony okazała się również dla mniej zgubna. Janis Joplin wyznała kiedyś: „Może kiedyś będę gwiazdą. To zabawne. Gdy robi się to coraz bardziej realne, bycie gwiazdą traci swoje znaczenie. Cokolwiek to znaczy, jestem gotowa”. I była gotowa by dać z siebie wszystko co najpiękniejsze ze swojego ogromnego talentu, bezkompromisowej postawy czy żywiołowości. Tylko te cholerne 27 lat… Cholernie za mało. Cholernie niesprawiedliwie.

Bez wątpienia to co czytamy, czego słuchamy i co oglądamy, ma wpływ na to jak czujemy, co myślimy, a w konsekwencji robimy. Dlatego tak ważne jest czym się karmimy w sensie kultury. Zawsze jest na nią dobry moment w naszym czasie wolnym. Oczywiści zawsze mamy go za mało, dlatego warto moim zdaniem wybrać coś, co obok rozrywki dostarczy nam, jak do mawiają Anglicy, „food for thought”. A zatem, bon appétit!