“Nie obchodzi mnie, czy przejdziemy do historii jako barbarzyńcy”, czyli Guwernantki recenzja filmu o długim tytule

W piątkowy wieczór postanowiłam obejrzeć film. Choć był to początek weekendu, nie wybrałam lekkiej komedii romantycznej. Zaserwowałam sobie 138 minut rumuńskiej historii z okresu II wojny światowej, kiedy to Rumuni opowiedzieli się po stronie Hitlera i nazistów.

Ten film nosi tytuł: “Nie obchodzi mnie, czy przejdziemy do historii jako barbarzyńcy” (reż. Radu Jude, 2018). To cytat wypowiedzi marszałka Iona Antonescu z 1941 roku. Słowa te dały początek czystkom etnicznym na froncie wschodnim. Ramię w ramię z Niemcami na obszarze Besarabii, Bukowiny i Transnistrii Rumuni mordowali Żydów.

A o czym jest dokładnie ten film? Główna bohaterka – Mariana Marin – jest reżyserką teatralną i chce wystawić przed Pałacem Królewskim w Bukareszcie swoistą rekonstrukcję zdobycia Odessy przez rumuńską armię w 1941 r.

W czasie filmu oglądamy cały twórczy proces powstawania spektaklu: od samej koncepcji po casting, próby i w końcu występ. I ten twórczy ferment urzekł mnie najbardziej. Pokazanie artysty w jego zmaganiach z historią, aktorami i własna osobą. Z ciekawością obserwowałam jak reżyserka żyje swoim dziełem 24 godziny na dobę. Nawet w wannie czyta książki. Domyślam się, że traktują one właśnie o temacie jej pracy.

Młoda reżyserka podchodzi do swojej pracy bardzo profesjonalnie, z determinacją, a nawet misją. Korzysta z archiwów, szuka dowodów i relacji, czyta listy, rozkazy, ogląda zdjęcia, filmy etc. Jej pracę nadzoruje jednak lokalny urzędnik – sam nazywający siebie z przekąsem cenzorem.

Reżyser Radu Jude zastosował w swoim dziele ciekawe zabiegi. Pierwsze minuty filmu wprowadziły mnie w konsternację. Nie wiedziałam czy oglądam film fabularny, czy dokument. Główna aktorka (Ioana Iacob) przedstawia się kim jest, kogo gra, o czym będzie film, a na koniec życzy miłego seansu. Widz widzi “od kuchni” całą ekipę filmową. To coś na wzór “filmu w filmie”.

Rumuńskie kino doczekało się “młodej fali” cenionych na świecie reżyserów. Należy do nich właśnie reżyser “Nie obchodzi mnie…”. W filmie w osobie głównej bohaterki skonstruował własne alter ego. Nie jest to jego pierwszy film na kontrowersyjne tematy związane z historią Rumunii w tle.

Film został doceniony na festiwalach. W 2018 r. na MFF w Karlowych Warach zdobył Kryształowy Globus za Najlepszy Film. Do tego Nagroda Specjalna Label Europa Cinemas. Film był również rumuńskim kandydatem do Oskara w 2019 r.

Na portalu film.dziennik.pl przeczytałam ciekawy fragment recenzji: “Barbarzyńcy to rzadki przykład filmu erudycyjnego, który nie jest przy tym artystowski”. I rzeczywiście. W filmie wielokrotnie padają cytaty intelektualistów czy czytane są długie fragmenty książek. Nie czuje się przy tym sztuczności i dłużyzny. Sam tytuł jest w końcu cytatem. Cytatem, który powinien dawać wiele do myślenia. Bo “każde ludobójstwo zaczyna się od języka”.

A może jutro obudzisz się w tyranii? Guwernantki pytania o demokrację przy jesiennej niedzieli

Dzisiaj będzie politycznie. Ostatnim obejrzanym przeze mnie filmem jest dokument pt. “Demokracja – instrukcja obsługi” (reż. Astra Taylor, 2018).

Czy zatem demokracja rzeczywiście potrzebuje intrukcji? Czy jest jak mebel z Ikei? Czy warto mieć taki “demokratyczny mebel” w swoim domu-państwie?

W filmie pada ważne i fundamentalne pytanie: “Czym jest demokracja”. Czy ma ono sens w świecie w XXI wieku? Okazuje się, że jak najbardziej. Reżyserka udzieliła głosu m.in. badaczom, czarnoskórej młodzieży w szkole czy byłemu więźniowi. Młodzież przy tym narzekała na zimne posiłki na stołówce, a były więzień wspominał jak strajkował w imię otwarcia dla więźniów biblioteki. Tak, i w kwestii więziennej biblioteki i zimnych frytek można myśleć o demokracji.

Film zabiera nas oczywiście do Aten – nie muszę chyba wyjaśniać dlaczego. Ktoś kto chodził do podstawówki, gimnazjum i liceum zawsze we wrześniu uczył się o demokracji ateńskiej.

Wybaczcie, ja też o niej krótko napiszę. W końcu to tam wymyślono demokrację, do której szukamy instrukcji.

Platon – autor dzieła “Państwo” – uważał, że gwarantem dobrego życia jest dobre miasto. Co czyni miasto dobrym? Według Platona to sprawiedliwość . Sprawia ona, że miasto jest dobre, bo zapewnia miastu jedność. Zagrożeniem sprawiedliwości jest duży podział pomiędzy bogatymi i biednymi, który może prowadzić do wojny domowej. A co się wtedy stanie? Biedni pójdą za demagogiem, który im powie, że obali bogatych. I stąd już, zdaniem Platona, krok do tyranii.

A co mamy dzisiaj? Wiele osób w filmie mówi o tym, że żyjemy w podzielonym społeczeństwie. Padają nawet stwierdzenia o “rozkładzie”. Jest on spowodowany przede wszystkim nierównościami gospodarczymi.

Czy czeka nas zatem tyrania? Jedna z osób mówi, że tyrania cechuje się przywilejami, nadużyciami i niesprawiedliwością.

Pada stwierdzenie, że władzę ma pieniądz. A może zawsze tak było? Może władza to abstrakcyjny system? Czy jako obywatele zatem oddaliśmy naszą władzę? W filmie słyszę, że środowiska gospodarcze i bankowe wręcz atakują demokrację.

Z filmu dowiaduję się też, że niedemokratyczne i antydemokratyczne siły są coraz bardziej globalne i ponadnarodowe

Ciekawym wątkiem w filmie jest wątek psychologiczny – samej natury człowieka. Otóż “w zwykłych ludziach jest zbyt wiele niedającej się zdyscyplinować namiętności i wszechobecnej ignorancji”.

Pierwszym nowożytnym obrońcą demokracji był J.J. Rousseau. Jego definicja demokracji to samorządność i samostanowienie. Co ciekawe, ponoć sama idea samostanowienia była inspirowana funkcjonowaniem rdzennych ludów Ameryk, gdzie nie było jednego władcy i właśności prywatnej.

Według Rousseau demokracja to “wspólna wolność do tego, by ustalać warunki naszej egzystencji”. Co więcej, naród musi być zorientowany na chęć rządzenia samym sobą. W filmie usłyszałam, że kapitalizm daje skłonność do interesowności i egocentryzmu. Ratunkiem może być tylko edukacja, kultura i religia obywatelska. Ludzi bowiem trzeba ukierunkować na powszechne rządy oraz dać im chęć poddania się im. Jednak powszechna władza nie leży w naszej naturze. Trzeba ją zaszczepić i pielęgnować – demokrację się nabywa. I tu dochodzimy do paradoksu Rousseau: jak tworzyć ustrój demokratyczny z niedemokratycznego narodu?

Platon napisał w “Państwie”: “Nie jest łatwe to, co jest piękne”. Może to stwierdzenie jest właśnie tą instrukcją do demokracji?

Pod koniec filmu słyszę, że nie ma sposobu, aby zło ustało. Nadzieją jest połączenie wpływów politycznych i umiłowania mądrości. Potrzebne jest też zaangażowanie intelektualne.

Film kończy ciekawe spostrzeżenie na temat demokracji i kobiet. Pada stwierdzenie, że kobiety mają szczególny wgląd w kwestię demokracji. Ale demokratyczne rządy czy kraje nigdy nie przyjaźniły się z kobietami. Zawsze były z nich wykluczane.

Nie pozostawiam dzisiaj wyraźnej puenty. Jestem ciekawa Twojego zdania. Podziel się komentarzem albo daj znać czy dobrze Ci się czytało post 🙂 Do następnego przeczytania!

Prawa dziecka w kinie, prawie i według Korczaka, czyli jak jeden film skłonił Guwernantkę do refleksji

Dzisiejszy post poświęcę dzieciom. Wiem, że do Dnia Dziecka jeszcze daleko. Do refleksji na ten temat skłonił mnie świetny film “Kafarnaum” (reż. Nadine Labaki, 2018).

I to nie tylko moja subiektywna opinia. Dzieło Labaki podbiło serca wielu widzów na całym świecie. Bo właśnie taki, chwytający za serce, jest wydźwięk filmu. Myślę, że “Kafarnaum” nie bez kozery przyznano Nagrodę Jury na 71. Międzynarodowym Festiwalu w Cannes, a po premierze na tym festiwalu publiczność zgotowała twórcom 15-minutową owację na stojąco. Warto zauważyć fakt nominacji do Oscara i Złotego Globa w kategorii najlepszy film obcojęzyczny.

“Kafaranum” to historia 12-letniego Zaina, który mieszka ze swoimi rodzicami i rodzeństwem w slumsach Bejrutu. Chłopiec odsiaduje wyrok ponieważ dokonał brutalnej napaści. Niespodziewanie Zain pozywa swoich rodziców za to, że przyszedł na świat. Film opiera się w głównej mierze na retrospekcji dzięki której lepiej poznajemy historię Zaina. A jest ona wstrząsająca i z pewnością ukazuje smutną prawdę o rzeszy podobnych do Zaina dzieci slumsów, które są na całym świecie bardzo podobne. To ważny głos reżyserki w tej sprawie. Głos tych najbardziej niewinnych, słabych i bezbronnych dzieci wojen i ulicy.

Ciekawą rzeczą odnosząca się jeszcze do kwestii filmu jest to, że na ekranie oglądamy amatorów. Tytułowego Zaina gra Syryjczyk – Zain Al Rafeea. On i jego rodzina uciekli przed wojną do Libanu. Film zdecydowanie odmienił ich życie. Zainowi wraz z rodziną udało się legalnie wyemigrować do Norwegii. Jak widać sztuka, w tym przypadku filmowa, jest w stanie odmienić ludzkie życie i losy. Ale losy kręcenia filmu otarły się również o tę złą stronę. Myślę tutaj o odtórczyni roli nielegalnie pracującej Etiopki – Yornatos Shiferaw, którą w trakcie kręcenia filmu zatrzywano w więzieniu za nielegalną pracę. Do naturszczyków należy również filmowa siostra Zaina grana przez Cedrę Izam, którą do filmu, wprost z ulic Bejrutu, zaangażowała sama reżyserka.

Po obejrzeniu filmu pomyślałam o Januszu Korczaku – prawdziwym wizjonerze tego, jaki dorośli powinni mieć stosunek do dzieci. Chodzi przede wszystkim o szacunek i partnerstwo. W swoim życiu działał na wielu polach, ale to właśnie rola wybitnego pedagoga sprawiła, że jego dziedzictwo w tej dziedzinie jest wciąż żywe na całym świecie. Jego samorządowe podejście do pracy z dziećmi, oddające głos właśnie dzieciom, było w czasach, w których żył i działał, niezwykle nowatorskie. Był bez wątpienia prekursorem na rzecz praw dziecka-człowieka. Dał dzieciom głos również w sensie dosłownym inicjując pierwsze pismo redagowane w większości przez dzieci “Mały Przegląd”. To dzieci i młodzież pisząc listy i inne materiały byli małymi “dziennikarzami” gazety. Janusz Korczak tworzył rownież różnego rodzaju placówki dla dzieci, w których funkcjonował sejm, czyli dziedzięcy parlament.

A jak z prawami dziecka radził i radzi sobie świat?

Na szlaku prawnej ochrony dzieci należy wspomnieć o Konwencji o Prawach Dziecka ochwalonej na XIV sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ w 1959 r. Był to jednak dokument prawnie nie wiążący. Moc prawną miała i ma dopiero Konwencja o prawach dziecka uchwalona w 1989 roku przez Zgromadzenie Ogólne ONZ. Polska ratyfikowała ją dwa lata póżniej jak większość państw za wyjątkiem USA.

Warto zauważyć wzorową postawę Polaków takich jak Ludwik Rajchman, który był pomysłodawcą stworzenia międzynarodowej organizacji działającej na rzecz dzieci, czyli późniejszego UNICEFu. Do tego to Polska była inicjatorem powstania Konwencji o prawach dziecka przedkładając Komisji Praw Człowieka pierwszy projekt w 1978 roku.

Niezwykły niewolnik, czyli Guwernantka pisze o Angelo Solimanie

Dzisiaj opowiem Wam ciekawą historię. Wydarzyła się ona naprawdę. Opisuje ją dramat historyczny pt. “Angelo” (reż. Markus Schleinzer, 2018). Wątek tej opowieści wykorzystuje w swojej książce “Bieguni” sama noblistka Olga Tokarczuk. 

Głównym bohaterem tej opowieści jest Angelo Soliman. Urodził się w 1720 r. w Nigerii. W wyniku konfliktu zbrojnego stał się niewolnikiem. W wieku 10 lat trafił do Wiednia pod opiekę arystokratów by przebyć drogę “ku człowieczeństwu”. 

Chłopiec został ochrzczony i nadano mu imię Angelo. W trakcie filmu jego “opiekunka” powie do niego: “Angelo – pierwszy posłaniec Boga. Chciałam cię wychować tak, byś był uczciwy i miłosierny, dobry i czysty w każdym wyroku”.  

Zadbano o jego edukację. Zna języki obce, gra w karty, ma nienaganne maniery i można powiedzieć – powszechny szacunek. “Teraz jesteś jednym z nas” – usłyszy takie słowa ze swojego otoczenia. Nawet służba dba o Angelo. Zwracają się do niego: “Mój panie”.  

Stał się kimś na wzór “nadwornego murzyna” lub “artystycznej maskotki”. Angelo bowiem występuje, gra na flecie, deklamuje. Wyróżnia go na tle innych jego styl ubierania. Są to piękne, wręcz ekstrawaganckie stroje. Nosi nawet czarną skórę. Maluje usta na czerwono, ma kolczyk w uchu. 

W jednej z rozmów zostaje zapytany przez cesarza Austrii:  

“Czy wróciłbyś do Afryki, gdybyś mógł?”. Angelo odpowiada: “Nie, Wasza Wysokość. Jestem tam obcy”. “Jesteś synem Europy?”. “Jestem synem Afryki lecz człowiekiem Europy” – dopowiada Angelo. 

W pewnym momencie opuszcza dwór. Uzyskuje niejako “wolność”. To jednocześnie przywilej, ale i wyzwanie. Musi zadbać o byt: swój, swojej żony, a później dziecka. 

Franciszek Józef I Lichtenstein wypchał po śmierci jego ciało i postawił w swoim gabinecie osobliwości. Eksponat trafił następnie do Naturhistorisches Museum, gdzie ostatecznie w 1948 roku spłonął w pożarze.  

Jego córka – Józefina Soliman von Feuchtersleben – bezskutecznie zabiegała o godny pochówek ojca. Jej listy do cesarza Austrii barwnie przywołuje Olga Tokarczuk w książce “Bieguni”.  

Gdy będziesz kiedyś w Wiedniu być może trafisz na ulicę Angelo Solimana. Pomyśl przez chwilę o jego historii.  

Zasada 3P, czyli Guwernantka tworzy teorię twórczości

Poniżej przeczytasz czym według Guwernantki jest proces pisania. Dodatkowo dowiesz się co Guwernantka myśli o wenie, koncepcji i fizycznym finale całej zabawy zwanej pisarstwem.

Potrzeba

Nagle poczułam w okolicach mostka palącą potrzebę pisania. Nie wiedziałam co napiszę. To była wena, nie natchnienie. Kiedy mam natchnienie zaczynam pisać od razu. Słowa same cisną się na palce. Czasami nie nadążam ich pisać.

Niedawno wstałam wcześnie rano i przez bite 6 godzin pisałam opowiadanie. W trakcie pisania żółty długopis z czarną skuwką pękł mi w dłoni. Materia przegrała z duszą. Ale nie do końca. Po tych 6 godzinach siedzenia nad kartka ksero czułam się jak po Biegu Rzeźnika. Bolał mnie kark, kręgosłup i tyłek. Ledwo wstałam od biurka i chodziłam kuśtykając. Dotarło do mnie, że pisanie to nie tylko proces intelektualny, ale i fizyczny. Zrozumiałam już dlaczego w książce „Kurs pisania powieści dla bystrzaków” w któryś rozdziale jest informacja o odpowiednim doborze fotela. Autorami tej publikacji są Randy Ingermanson i Peter Economy. Na marginesie, książkę polecam.

Była zatem potrzeba i wena. Do tego odpowiedni nastrój oraz gotowość „do pióra”. Potrzebowałam tylko pomysłu. Tylko i aż. Wiedziałam co mam robić. Zdecydowałam się obejrzeć film. Chciałam coś przeżyć, czegoś doświadczyć, coś przemyśleć. Jednym słowem szukałam natchnienia.

Pomysł

Wśród niezliczonych zasobów filmowych na VOD wybrałam film „Granica” (reż. Ali Abbasi, 2018). Widziałam przed oglądaniem na wirtualnym afiszu sporo festiwalowych liści laurowych. Czułam, że być może trafiłam na perełkę. I nie myliłam się. „Granica” była szwedzkim kandydatem do Oscara w kategorii Najlepszy Film Nieanglojęzyczny.

Główną bohaterką jest Tina, z zawodu celniczka. Posiada ona dar (a może przekleństwo?) wyczuwania węchem ludzkich emocji. Umiejętność ta przydaje jej się w pracy, bo Tina doskonale wie, kogo z przyjeżdżających do Szwecji ludzi przeszukać.

Pewnego dnia Tina trafia w pracy na tajemniczego mężczyznę. Trzeba napisać, że Tina ma zdeformowaną twarz. Zatrzymany do rewizji mężczyzna też. Warto podkreślić w tym miejscu świetną robotę charakteryzatorów. Tworzenie silikonowych masek aktorów wymagało 4-godzinnego makijażu (!). Szacunek również dla aktorów, którzy mając te maski pięknie odmalowali na nich swoje emocje. Mistrzostwo.

 Film mnie bardzo wciągnął. Czasami jak oglądam film zerkam na pasek i podglądam ile czasu zostało do końca. Przy oglądaniu „Granicy” tak nie było. Wiecie dlaczego? Bo pomysł na fabułę jest wyjątkowy. Nigdy wcześniej nie oglądałam/czytałam/słuchałam takiej nowatorskiej historii. Zaczęłam w duchu gratulować scenarzyście. Na końcu filmu jednak dowiedziałam się, że film powstał na podstawie opowiadania Johna Ajvide Lindqvista pt. „Granica”.

Pisanie

Miałam potrzebę. Dzięki filmowi „Granica” zakiełkował we mnie pomysł. A nawet jednocześnie 3 pomysły na mój kolejny post na blogu Guwernantka. Kiedy otworzyłam edytor tekstu powitała mnie biała strona. Wiecie, mam taki notatnik. Notatnik Guwernantki. W trakcie filmu „Granica” kiedy pomysły wyskakiwały mi z głowy, robiłam notatki. Potem krótki research, by znaleźć pewne fakty związane z filmem.

I tyle. Właśnie kończę ten post. Mam satysfakcję. Kiedy już czuję natchnienie moje myśli układają się w zdania, a zdania w akapity. Nie ma innej opcji. Muszę je przelać na papier, bo one stają się w pewien sposób natrętne.

Teraz czuję spokój. Znając mnie nie będzie on trwał długo. Wiecie dlaczego? Staram się jak najwięcej czytać, oglądać, słuchać. To niewyczerpana studnia weny, inspiracji, natchnienia.

A zatem do następnego napisania i przeczytania! 😊

Dwa filmy i dwie książki, czyli Guwernantka rozwiązuje zagadkę z kluczem

Jak już pisałam w opisie zapraszającym na bloga, Guwernantka opowie Wam dzisiaj o dwóch filmach i dwóch książkach, których wspólnym mianownikiem jest słowo: PISARZ.

Zacznę od Turcji i dramatu. Chodzi o film pt. „Dzika grusza” (reż. Nuri Bilge Ceylan, 2018). To historia młodego chłopaka o imieniu Sinan. Poznajemy go w momencie kiedy skończył studia pedagogiczne i przed ostatecznymi egzaminami wraca w rodzinne strony. Pochodzi z prowincjonalnego miasteczka Çan w północno-zachodniej Turcji. Jego ojciec jest nauczycielem i cała rodzina jest przekonana, że Sinan pójdzie w ślady ojca. Sinan ma inne jednak inne plany. Chce zostać pisarzem. Napisał już nawet swoją pierwszą książkę i szuka wsparcia finansowego by ją wydać. Sinana nie stać bowiem na wydanie powieści własnym sumptem. Pochodzi z rodziny w której się nie przelewa. Wpływ ma na to w dużym stopniu beztroska postawa ojca, która prowadzi do wzrostu problemów rodzinnych. Chłopak na każdym kroku widzi problemy finansowe. Swojej rodziny zwłaszcza, ale całe miasteczko nie daje poczucia perspektyw na dostatnie i spokojne życie. Młody pisarz zderza się z prozaicznością życia. Czy Sinan spełni swoje marzenie na przekór wszystkim i wszystkiemu? Czy uda mu się wydać swoją powieść? Zachęcam do przekonania się, oglądając film „Dzika grusza”.

Pora na Koreę Południową i thiller. I to naprawdę dobry thiller. Piszę o filmie „Płomienie” (reż. Chang-dong Lee, 2018). Tu też głównym bohaterem jest młody chłopak o ambicji pisarskiej. Jong-soo, bo tak ma na imię, ukończył nawet studia na kierunku twórcze pisanie. Pracuje jednak na razie dorywczo. W filmie poznajemy również jego życie rodzinne, które jest bardzo skomplikowane. Jong-soo podobnie jak Sinan z „Dzikiej gruszy” wraca do swojego rodzinnego domu blisko granicy z Koreą Północną. Pewnego dnia spotyka przypadkiem swoją dawną koleżankę ze szkoły – Hae-mi. Odnawiają znajomość. Dziewczyna wyjeżdża na wycieczkę do Afryki. Pod jej nieobecność Jong-soo opiekuje się jej kotem. Hae-mi w podróży poznaje młodego i bogatego Bena. Od tej pory zaczynają spędzać czas we trójkę. Trójkąt się rozpada kiedy Hae-mi nagle znika. Co stało się z dziewczyną? Jak zachowa się Jong-soo? Co na to Ben? Zachęcam Was do obejrzenia tego filmu. „Płomienie” były kandydatem do Oskara 2019 w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny. Film jest oparty na opowiadaniu Harukiego Murakamiego „Spalenie stodół”.

I tak płynnie przechodzimy do powieści Harukiego Mirakamiego pt. „Zawód: powieściopisarz” z podtytułem: „Nie ma ograniczeń co do liczby powieściopisarzy, ograniczone jest miejsce na półkach księgarskich”. Z książki dowiemy się o tym jak Murakami został pisarzem. A poza tym o nagrodach literackich, o oryginalności, o czym w ogóle pisać, o czasie i pisaniu, o szkołach, o tworzeniu postaci. To bardzo ciekawa i wciągająca lektura, którą Wam polecam.

I ostatnia kwestia – felietony i ich zbór w formie książki Szczepana Twardocha „Jak nie zostałem poetą”. Wytłuszczony cytat Szczepana Twardocha na okładce brzmi: „Ciągle nie zdecydowałem, czy uprawianie literatury jest dla mnie po prostu zawodem, czy może raczej czymś w rodzaju choroby psychicznej”. Szczepan Twardoch mógłby być dzisiaj poetą lub dziennikarzem. Został jednak powieściopisarzem. Większość tekstów z książki były drukowane na łamach miesięcznika „Pani” w latach 2015-2019. Felietony są pisane z pasją, bywają czasami zadziorne i zaskakujące. Przyjemna lektura, polecam.

I tak, już wiecie co łączy Turcję, Koreę południową, dramat, thiller, powieść i felieton. Tym centralnym puzzlem jest słowo: PISARZ. Do następnego przeczytania! 😊

Dwie żołnierki w walce o planetę, czyli Guwernantka pisze o ekowojnie

Co się dzieje kiedy kobieta idzie na wojnę? Mówimy, że jest odważna. Walczy o pokój. Nie myśli o sobie, ale o własnym narodzie. By nie rzec: Bóg, honor, ojczyzna. Ale czy wojna zawsze oznacza konflikt zbrojny?

Jestem świeżo po obejrzeniu filmu „Kobieta idzie na wojnę” (reż. Benedikt Erlingsson, 2018). To portret 50-letniej kobiety o imieniu Halla, która z pozoru prowadzi zwyczajne życie. Mieszka w małej miejscowości na Islandii. Zawodowo jest muzykiem i dyrygentką chóru. Po godzinach samodzielnie prowadzi akcję przeciwko działalności korporacji, która zatruwa środowisko. Jej czyny są bardzo zuchwałe jak na działanie w pojedynkę. Mówią o niej media i najważniejsi politycy. Wszystkie służby Islandii są postawione na nogi w poszukiwaniu, jak to mówią, sabotażysty. Ukrywa się pod pseudonimem „Kobieta z gór”. Oprócz życia zawodowego i ekoaktywizmu, widz dowiaduje się również o jej prywatnej walce o bycie mamą. Czy bohaterce uda się wygrać na tych dwóch wojennych frontach? W walce o środowisko i macierzyństwo?

Historia Halle to ukazanie dojrzałej kobiety z wiarą naprawiającą świat. W tym wypadku zagrożone środowisko. Moje myśli automatycznie przeskoczyły w kierunku młodości i osoby Grety Thunberg – szwedzkiej nastolatki znanej na całym świecie z jej walki o klimat. Wszystko zaczęło się niewinnie. Od protestów przed parlamentem z transparentem: „Szkolny strajk dla klimatu”. Z czasem do Grety przyłączali się inni. Mimo, że mamy ocieplenie klimatu, to działania Grety są niczym kula śniegowa. Jej głos był wkrótce słyszalny m.in. na szczycie klimatycznym w Katowicach, Kongresie Ekonomicznym w Davos, w brytyjskim parlamencie i na audiencji u papieża Franciszka. Za Gretą Thunberg poszli inni młodzi ludzie. Efektem tego był międzynarodowy Młodzieżowy Strajk Klimatyczny. Liczby mówią same za siebie: 133 kraje i 1,6 mln protestujących nastolatków. Młoda Szwedka otrzymała nawet nominację do Pokojowej Nagrody Nobla, a magazyn „Time” okrzyknął ją Człowiekiem Roku 2019.

Halle i Greta to idealistki. Halle to wytwór czyjejś wyobraźni, ale wpisujący się w światowe trendy. Mówi się przecież o „ekoterrorystach”. Faktem są wpływowe międzynarodowe koncerny, które ochronę środowiska cenią nisko, by nie rzec – wcale. Najważniejszy jest dla nich zysk, pieniądze i władza. To co robi Greta to gotowy scenariusz na film. Pewnie nie jeden o niej powstanie. To bardzo inspirująca bohaterka scenariusza. Ale my i Greta nie żyjemy w filmie. Dzisiaj słyszałam o ewakuacji osób z okolic lodowca we Włoszech, który pod wpływem upałów zaczął pękać (!). To nie jest odległa Arktyka, to Europa. Trzeba połączyć dojrzałość i młodość w walce o planetę. Czyli armia musi liczyć WSZYSTKICH. Bóg, honor, ojczyzna. Świadomość, przyzwoitość, planeta.

Andy Warhol, czyli Guwernantka sławi pop-art

Poprzedni post Guwernantki traktował o częstym niedostatku twórców. Do tego ich sytuacja w systemach totalitarnych ulega jeszcze większej niedoli i udręce. Dzisiaj napiszę o wyjątkowym artyście. Artyście bardzo bogatym. Przyznam się Wam, że już od dawna chciałam o nim napisać. O kim mowa?

ANDY WARHOL

Kiedy odwiedzam jakieś miasto zawsze staram się zahaczyć o jakieś muzeum czy galerię. Nie inaczej postąpiłam któregoś pięknego gorącego dnia lata w Łodzi. Ponownie odwiedziłam muzeum sztuki nowoczesnej M2, które znajduje się w kompleksie Centrum Handlowego Manufaktura. I tam właśnie znajduje się obraz Andy Warhola. To jeden z wielu wizerunków Marilyn  Monroe. Jest pełen różu i żółtego koloru. Oglądałam go ze sporym przejęciem. W końcu to słynny Andy Warhol!

Andy Warhol urodził się w 1928 roku w przemysłowym Pittsburghu. Jego rodzice pochodzili ze Słowacji. Byli greckokatolickimi Łemkami z małej wioski Mikowa. Wiara pozostaje przez całe życie bardzo ważna dla Andy Warhola. Jest głęboko wierzący i ponoć w kieszeni nosił różaniec. Warto pochylić się przez chwilę nad jego dzieciństwem by lepiej zrozumieć jego dorosłe życie (choć niektórzy nazywali go i wtedy dzieckiem). Z powodu choroby młody Warhol nie chodzi do szkoły. W dzieciństwie dużo rysował, słuchał radia i zbierał zdjęcia gwiazd filmu, które w przyszłości przyniosą mu sławę i pieniądze. Ukończył studia plastyczne i przeniósł się do Nowego Jorku. Zaczął pracę jako grafik w reklamie i czasopismach. Rysował m.in. buty dla pisma „Glamour”.

Nikt w jego czasach nie myślał, że zwykła puszka zupy pomidorowej Campbell stanie się dziełem sztuki. Bowiem w 1962 roku artysta pokazał 36 identycznych prac przedstawiających puszkę zupy Campbell. Wkrótce do puszki zupy dołączyły ikony popkultury, jak Marylin Monroe czy Elvis Preslay.

Można powiedzieć, że Andy Warhol miał bzika na punkcie sławy. W latach 60-tych otworzył The Factory – fabrykę sztuki, sławy i gwiazd. Czyżby to była parodia Hollywood?

Warhol dostosował swój pop-art do gustów bogaczy, tak aby wcisnąć im ich portrety. Z drugiej strony za 25 dolarów każdy mógł zamówić u niego portret. Warhol w sumie tylko wykańczał portret farbą. Cały wcześniejszy proces robił za niego asystent. Mimo tego, Warhol marzył aby być nadwornym malarzem ludzi władzy i pieniędzy. Malarze dworscy malowali króla, a Andy Warhol ikony Hollywood.

Warhol ponadto tworzył kino eksperymentalne oraz prowadził lifestyle’owy magazyn „Interview”. Uznał bowiem, że jego obrazy są zbyt drogie, a chciał je wszystkim udostępnić.

Wielu ludzi uważa, że dzięki przedstawianiu przedmiotów konsumpcji twórczość Andy Warhola była związana z życiem przeciętnego człowieka. Co więcej, sam artysta mówił o sobie, że jest zwierciadłem rzeczywistości. 

Jest autorem słynnego stwierdzenia, że w przyszłości każdy będzie miał swój kwadrans światowej sławy. Czy ta przyszłość już nie nadeszła z licznymi kanałami mediów społecznościowych?

Andy Warhol to dla mnie społeczny kronikarz. Wielki artysta. Swój autoportret, jeden  zapewne z wielu, zatytułował „Kamuflaż”, co potwierdza, że tak naprawdę był kameleonem współczesnej sztuki. Zmarł przedwcześnie z powodu pooperacyjnych powikłań.

„Pan T.”: twórca, troski, totalitaryzm – czyli Guwernantki głębokie refleksje nad płytkim filmem

Dawno nie oglądałam tak złego filmu. Piszę o filmie Marcina Krzyształowicza „Pan T.”. Opowiada ona historię pisarza, który mieszka w Domu Literatów i Artystów. Akcja filmu ma miejsce w Warszawie w roku 1953. Władzę w Polsce ma partia komunistyczna na czele z towarzyszem Bierutem. To ciężkie czasy dla wszystkich Polaków. Jednak położenie artystów jest już skrajnie trudne. Piszę o tych niepokornych, chcących być niezależnymi od ideologii socrealizmu w kulturze. Tacy pisarze jak Pan T. nie mogą się w nowej rzeczywistości odnaleźć. Przestają pisać, bo nikt nie chce ich wydawać. Muszą dorabiać jako korepetytorzy, sprzedają cenne przedmioty. Tak właśnie żyje się Panu T. Na samym początku filmu widz zostaje poinformowany, że to nie jest niczyja biografia. Wszyscy jednak widzą w „Panu T.”, którego gra Paweł Wilczak, prawdziwą postać – Leopolda Tyrmanda. Skrót Pan T. to wyraz tego, że bohater to everyman, jak u Kafki Józef K. w „Procesie”.

Jeśli chodzi o moją recenzję filmu to wystawiam mu ocenę między mierną a dostateczną. Podjęty w filmie temat opowiadający jak miewała się kultura i jej przedstawiciele w czarnych ostatnich godzinach stalinizmu jest arcyciekawy. Ukazanie losów „niezłomnych żołnierzy pióra” w państwie totalitarnym zasługuje na o wiele lepszy film. A „Pan T.” to ni komedia, ni tragedia. Farsa powiedziałabym. Kompletnie nie przekonuje mnie humor zawarty w tym filmie. Momentami czułam się wręcz zażenowana jego poziomem. Przez kiepski humor film traci na lekkości, akcja jest wymuszona, nie płynie tak, jak powinna. Dialogi są słabe, często na wyrost egzaltowane. Choć grę aktorską oceniam dobrze. Podobają mi się zdjęcia. Film jest czarno-biały. Scenografia jest nawet przekonywująca.

W filmie ważne są następujące wątki:

TWÓRCA

Człowiek który czuje w sobie wewnętrzny imperatyw pisania będzie tworzył na przekór wszystkim niesprzyjającym okolicznościom życiowym. Chęć do pisania można oczywiście w sobie zagłuszyć, wybrać sobie praktyczny zawód i żyć dostatnio. Ale iskra (może nawet i Boża) siedzi w człowieku pisarzu, czy człowieku niepisarzu, uciekającym przed przeznaczeniem. Czy da się osiągnąć szczęście wbrew sobie, swojej pasji i powołaniu? Człowiek pisarz i człowiek niepisarz rodzą się w szufladzie. To do szuflady eksportują swoją dusze. Ale tylko pisarz, który zmartwychwstanie z owej szuflady i na dowód tego wyda akt urodzenia siebie jako pisarza w wydawnictwie, jest na drodze do prawdziwego zbawienia, dzięki któremu dusza prawdziwego pisarza osiągnie niebiańską pełnię szczęścia. Niepisarz oczywiście nie jest skazany na żadne piekło. Każdy ma prawo do decyzji co zrobić ze swoim talentem. Czy zostać pisarzem, czy tez nie. Decyzja o poświeceniu się literaturze nie jest łatwa. Często pisarze piszą w wolnych chwilach normalnie pracując i zarabiając. Jeśli zaczynają lepiej zarabiać jako pisarze i będą się w stanie utrzymać, to poświęcają się wyłącznie literaturze.

TROSKI

O problemach materialnych pisałam już powyżej. Są one oczywiste. Inny problem to niedocenienie pisarza za jego życia. Niektórzy pisarze mogę na przykład przeskakiwać epokę i dopiero w niej zyskać sławę. Wrócę jednak do kwestii utrzymania się pisarza. Istnieją różne specjalne stypendia ufundowane z myślą o wsparciu pisarzy w trakcie pisania przez nich dzieł tak, żeby mogli oni skupić się tylko i wyłącznie na tworzeniu. Co więcej, są organizowane liczne konkursy z nagrodami pieniężnymi i możliwością publikacji. Trzeba tylko dobrze prześledzić Internet. To wymaga trochę czasu. Nie każdy pisarz otrzyma stypendium czy wygra konkurs, ale próbować zawsze warto.

TOTALITARYZM

Wolny duch artysty w ustrojach totalitarnych czuje się jak kolorowa papuga którą na siłę chce się zamknąć w klatce kanarka. Jednym słowem artysta i totalitaryzm się gryzie. Oczywiście znajdą się ci karni pisarze którzy wezmą na warsztat zasady socrealizmu. Dzieło jest jednak wieczne. Totalitaryzm już nie. Czy potrafisz wymienić choćby jednego przedstawiciela socrealizmu w literaturze? Jeśli nie, to tym lepiej dla ciebie. Artyści, w tym pisarze, to często ekscentrycy. To bohema. To szaleństwo. To natchnienie. To inspiracja. Ale nie można zapominać, że i żmudne rzemiosło. Pisarza, mówiąc wprost, często boli dupa. Musi swoje przesiedzieć nad kartką, przed maszyną do pisania, przed laptopem. To zawód skazany na samotność. Bo przecież pisarz zostaje sam na sam ze sobą, pomysłem i materią.

Teatrum mundi na wielkim ekranie, czyli Guwernantka poleca film na sobotę

Od zawsze wiedziałam, że Francuzi potrafią robić dobre kino. Doceniam np. ich komedie romantyczne. Nie są banalne, a śmieszą i wzruszają. Wczoraj chciałam obejrzeć po prostu kolejny świetny francuski film. Wiedziałam, że się nie zawiodę. Odkryłam perełkę.

Piszę o filmie pod tytułem „Poznajmy się jeszcze raz” (reż. Nicolas Bedos, 2019). To tak naprawdę historia o dwóch parach. Jedną z nich jest małżeństwo z długim stażem, które przeżywa kryzys. W momencie kulminacyjnym żona wyrzuca z mieszkania męża. Ten wcześniej dostaje w prezencie „możliwość” przeniesienia się do roku 1974, w którym poznał swoją  żonę. To była wielka miłość. Na czym polega ta podróż w czasie? Drugi bohater filmu prowadzi firmę, która w specjalnym studiu reżyseruje na zamówienie klientów daną epokę z historii. Wszystko odbywa się z dbałością o każdy najmniejszy szczegół. Klient ma się „naprawdę” cofnąć do lat, za które zapłacił. Ten nietypowy prezent kupuje swojemu ojcu – Victorowi, jego syn, który chce pomóc naprawić relacje małżeńskie swoich rodziców.  Jednocześnie owy „szef” od „rekonstrukcji” historycznych, również przeżywa kryzys we własnym związku. Jego dziewczyna jest aktorką i u niego pracuje. Ich związek jest bardzo burzliwy. Rozstają się i schodzą co chwilę. Antoine dostaje zlecenie od swojego przyjaciela – syna Victora, by właśnie przenieść go do 1974 r. Miłość Victora gra miłość Antoina. Obserwujemy teraz genialne kino. Victor dzięki młodej aktorce przeżywa drugi raz swoją miłość. Antoine dzięki Victorowi niejako naprawia swój własny związek.

„Poznajmy się jeszcze raz” to jednocześnie komedia i dramat. Czyli jest jak w życiu, czasem na poważnie, czasem na wesoło. Film bawi więc i wzrusza. Niesie w sobie również głębszy sens, który świadczy o jego ponadczasowości.

„Świat jest teatrem, a aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają” napisał Szekspir w „Jak wam się podoba”. Istne teatrum mundi. Nie ulega wątpliwości, że jesteśmy aktorami we własnym życiu, że czas płynie i zmieniają się tylko dekoracje. Życie jest naszym filmem. Piszemy scenariusz jak dobą książkę, czy jak to ma miejsce w „Poznajmy się jeszcze raz” – komiks.

Ta komedia skłania do refleksji. Podoba mi się jedno zdanie, które pada w tym filmie: „Piszemy życie na brudno, a ono ucieka”. Prawda, że piękne? Albo „Miej w sobie ciekawość. Rozwijaj wyobraźnię”. W filmie jest również mały polski akcent.

Dzisiaj sobota. Czy już  wiesz jaki film obejrzysz wieczorem? 😉

Link do filmu na VOD

https://vod.pl/filmy/poznajmy-sie-jeszcze-raz-caly-film-online/xh9pyt6