O rodzinie zaklętej w lalkach, czyli Guwernantka opowiada o filmie „Wielki wóz”

Po świątecznych przygotowaniach i Świętach można odejść od stołu. Opcja pójścia do kina z przyjaciółką to zawsze dobry powód, by na te 90 minut, czy więcej, pożyć cudzym życiem, w którego odbiciu i tak często widzimy samych siebie. Taka to już magia kina.

Dyskusyjny Klub Filmowy „Ósemka”, działający we Włocławku, na poświąteczny seans, ostatni w tym roku, wybrał film o rodzinie. A zatem od spotkań z naszą rodziną do spotkań z francuską rodziną doszło w sposób pomysłowy i trafny. Ale po kolei.

Film „Wielki wóz” (reż. Philippe Garrel, 2023) to prawdziwa rodzinna saga o ludziach, których łączą więzy krwi i zawód – są lalkarzami. Ojciec – szef, trójka rodzeństwa (Louis, Martha, Lena) oraz babcia, a także dwóch innych pracowników. Rodzina ta bardzo się szanuje i kocha. A przecież wspólne mieszkanie i praca skazują ich na siebie, co niekiedy mogłoby wywoływać konflikty. W filmie takich nie ma. Są za to dwa przełomowe wydarzenia: śmierć ojca i babci.

Zajmowanie się teatrzykiem lalkowym to rodzinny talent i rzemiosło przekazywane z pokolenia na pokolenie. Jednak realia współczesnego świata pacynki i skromna scenografia mają sporą konkurencję z animowanymi filmami. Jednak nieduża sala w teatrzyku „Wielki wóz” była zawsze pełna ciekawskich dzieci, rozbawionych czasami do łez.

Rodzina wyrusza też często w tournée po Francji. Nie jest to z pewnością interes bardzo dochodowy, ale wiąże się z pasją i rodzinną miłością. Jednak wszystko pęka po rodzinnych tragediach, kiedy odchodzą najbliżsi. Dziewczyny robią wszystko, by kontynuować dzieło życia ich ojca. Ich brat z sukcesami odnajduje się na dużej scenie jako aktor.

Ten film uświadamia, że trzeba mieć czasami odwagę sprzeciwu wobec „rodzinnych sched”. Choć dzieci są szczęśliwe, grając, kiedy muszą przejść przez piekło śmiertelności najbliższych, jest to dobra okazja do autorefleksji, przynajmniej dla Louisa.

Osobiście bardzo podobał mi się ten film. Historia, opowiedziana spokojnie i w sposób zrównoważony, wprowadziła mnie w stan uspokojenia. Choć zerknęłam na recenzję „Wielkiego wozu” na stronie „Rzeczpospolitej”, gdzie wyczytałam: „Szkoda tylko, że <<Wielki wóz>> jest filmem za bardzo rozwleczonym, sprawdzającym cierpliwość widza i jego zamiłowanie do lalkowych przedstawień, które wciąż powracają na ekran bez użycia nożyczek”. Mi to absolutnie nie przeszkadzało.

W Polsce działa Wydział Sztuki Lalkarskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie oraz jego filia w Białymstoku, a także Wydział Lalkarski na Akademii Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego we Wrocławiu.

Tradycja lalkarstwa w Polsce sięga XV wieku. Osobiście nie przypominam sobie bym jako dziecko odwiedziła teatr lalek. Jednak architektura budynku Teatru Baj Pomorski w Toruniu to magiczna szafa, łącząca gotyckie elementy architektoniczne miasta i nowoczesność. Wejście tam jest tak zachęcające, że może kupię bilet, pomyślę o rodzinie Gallerów i będę się świetnie bawić. Bo trzeba wiedzieć, że więzy krwi nie tylko łączą się na kartach scenariusza, ale i w realnym życiu. Reżyser zaprosił do współpracy trójkę swoich dzieci. Jak widać w ich przypadku talent aktorski w 100% został przekazany w genach.

Jednak ja stoję na stanowisku, że nie powinno się wprowadzać młodego człowieka w poczucie winy jeśli nie widzi siebie w roli następcy prezesa po ojcu czy dziadku. Tak będzie lepiej dla wszystkich. Dla pokoju w rodzinie i sukcesów firmy. Każdy dorosły człowiek musi znaleźć dla siebie miejsce, które go dopełni, a nie przygniecie czy będzie uwierać, bo taki stan prowadzi jedynie do katastrofy.

Na koniec miła informacja. Reżyser filmu „Wielki wóz” Philippe Garrel otrzymał za reżyserię Srebrnego Niedźwiedzia.

Film polecam Wam do obejrzenia, bo daje do myślenia. Czy czuję w rodzinie się kochany, dostrzegany, wspierany? Aktorska rodzina miała to zadanie ułatwione, bo grali właśnie w sposób rodzinny. Żyjmy tak jakby nasze rodzinne życie miało być wyświetlone w kinie. Życie pisze najlepsze scenariusze. Myślę, że nie zawsze na ekranie byłaby sielanka ale pełnokrwiste dramaty i niekończące się tematy na filmy. Żyjmy, piszmy życiorysy/scenariusze i oglądajmy filmy. Tyle ode mnie. Pa!

Od “Marzyciela” po Muminki, czyli Guwernantka ogląda film, bajkę i jest marketingowcem

Uwielbiam oglądać filmy o artystach, pisarzach czy poetach. Fabuły są z reguły oparte na życiorysach osób faktycznie żyjących kiedyś bądź współcześnie. Wiadomo, najlepsze scenariusze pisze życie.

Obejrzałam już sporo takich filmów biograficznych, ale pominęłam „Marzyciela” (reż. Marc Forster, 2004). Ten film już niedługo będzie miał 20 lat, a wciąż jest naprawdę atrakcyjny dla widza.

Historia opowiada o szkockim dramaturgu Jamesie Barrie. Cieszy się w Londynie dużą popularnością, jednak jego ostatnia sztuka okazuje się totalną klapą. Pisarz trochę się tym załamuje i dopada go twórcza blokada.

Jak się okazało, by ją złamać wystarczyło „tylko” wziąć na spacer psa i pójść do Kensington Gardens. Tam właśnie główny bohater poznał Sylvie i jej czwórkę synów. James znajduje natchnienie w dziecięcych zabawach. Na powrót staje się dzieckiem i pisze ponadczasową sztukę „Piotruś Pan”.

Wzruszył mnie ten film. Warto wspomnieć, że sam James Barrie od wczesnych dziecięcych lat marzył, by zostać pisarzem. Choć rodzice go nie popierali w tym zamiarze, losy Jamesa potoczyły się tak, jak chciał/marzył.

Wiecie co zrobiłam kiedy obejrzałam ten film? Włączyłam sobie film animowany „Piotruś Pan” z francuskim dubbingiem i polskim lektorem. Czasami chętniej słuchałabym języka francuskiego, który znam, by słyszeć urocze słowo „clochette” – „dzwoneczek”.

Co prawda nie była to wersja bajki, którą ja oglądałam nagraną na płytę VHS (!).

Zauważyłam, że ostatnimi czasy wracają bajki, które ja oglądałam w dzieciństwie np. Muminki. Myślę, że działa tutaj prosty i oczywisty marketing. Po prostu wyrośli na tej bajce dorośli mają swoje dzieci i bajka wraca i do jednych, i do drugich. Podobnie jest też chyba ze szczególnym „renesansem” Harrego Pottera.

Zjawisko to oglądam z dystansu, bo nie mam własnych dzieci. Widziałam na przykład reklamę domku Muminków. Wiadomo, sam rodzic chętnie wróci do swojego dzieciństwa, zapłaci za zabawkę i będzie ten domek budował ze swoim potomstwem.

W ogóle to oczywiste, że lata ’90 wróciły (z pewnością w modzie). Chyba rzeczywiście wszystko już było i „moda zawsze wraca”.

Oby moda na filmy o artystach, pisarzach i poetach nigdy nie minęła, bo będę miała wtedy co oglądać.

PS Pasuje mi do tego posta tekst piosenki Sanah do filmu „Akademia Pana Kleksa”. A leci on tak:

[Zwrotka 1]

Dzisiaj jestem tylko wspomnieniem

Echem dziecięcych lat

Kiedyś byłam twoim marzeniem

Do mnie należał świat

Świat twoich zabaw, myśli i słów

Pierwszych radości i pięknych snów

Dzisiaj, gdy przymkniesz oczy

Na szarym pamięci tle

Pośród wyblakłych przeźroczy

Zobaczysz właśnie mnie

[Refren]

Jestem twoją bajką, jestem twoją bajką

Jestem bajką twego snu

Jestem twoją bajką, jestem twoją bajką

Jestem bajką twego snu

[Zwrotka 2] Kiedy pożegnasz bajkę z dziecięcych lat

Zamkniesz za sobą furtkę

Zaczarowany świat

Kiedy pożegnasz bajkę z dziecięcych lat

Zamkniesz za sobą furtkę

Zaczarowany świat

Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/piosenka,sanah,jestem_twoja_bajka.html

Guwernantka w podróży Białą Lokomotywą, czyli Spotkanie Poetów w Łazieńcu

Początek Festiwalu był oficjalny, gdyż odbyło się uroczyste odsłonięcie multimedialnej Ławeczki Edwarda Stachury na peronie Stacji ZAGUBIN, w którym wzięły udział oficjele i były obecne media. Ławeczka gra i śpiewa oryginalnym wykonaniem piosenki przez Steda.

W programie Festiwalu znalazły się koncerty Marty Andrzejczyk „Kolacja z Brelem” – recital piosenki francuskiej oraz Dawida Gębala i Szymona Bruckiego.

Bardzo ucieszył mnie występ zespołu The MAGES. Artyści pochodzą z mojego miasta Włocławka i mam radość znać ich osobiście. Autorką i wykonawczynią piosenek jest Marzena Agnieszka Gajewska. Muzycy zespołu świetnie grają. To był udany koncert autorskiej piosenki lirycznej. Innym koncertem był występ Krzysztofa Stachury, który przedstawił utwory Edwarda Stachury. Również Dariusz Marcinek śpiewał swoje utwory w koncercie „Powroty” przy akompaniamencie gitary.

Do tego Komosiński/Jurzysta/Komosiński przedstawili performans poetycko-muzyczny. Publiczności zaprezentowano również płytę solową Piotra Komosińskiego.

Koniec Festiwalu również był muzyczny Lisiecka/Podstawka/Wilczyński wykonali swój program artystyczny pt. „Sny, okruchy, znaki na korze”.

Jednak BIAŁA LOKOMOTYWA to nie tylko muzyka, ale przede wszystkim literatura. Przyjrzyjmy się teraz temu komponentowi całości. Nie zabrakło spotkań autorskich. Jedne z nich poprowadziła Magdalena Walusiak, którą mam ogromną przyjemność znać osobiście. Pracuję w Centrum Kultury „Browar B.” we Włocławku i organizowałam w Klubie „Zazamcze” slam poetycki. Pomoc i dobre rady Magdy były bezcenne, a jej występ „Romanse i inne ballady” uświetnił całe wydarzenie zbierając owacje na stojąco i bis.

A zatem wracając do Festiwalu. Magdalena Walusiak przeprowadziła rozmowę z mistrzynią slamu Rudką Zydel. Był ku temu powód wyjątkowy, bo w tym roku slam w Polsce liczy sobie równe 20 lat. Kolejnym gościem Magdy była Aneta Kamińska i spotkanie wokół jej książki „Pokój z widokiem na wojnę”.

Bardzo mnie ucieszyło również to, że moja serdeczna przyjaciółka Justyna Wojdyło porozmawiała z pisarką i poetką Ewą Jarocką oraz poetą Miłoszem Zawadzkim. Justyna prowadzi w Księgarni Gdańscy we Włocławku cykl spotkań autorskich “Z ciekawości”, na które zaprasza poetów i pisarzy spoza Włocławka. Obok muzyki i słowa znalazło się miejsce na teatr. Mowa o monodramie Marty Andrzejczyk pt. „Letnie małżeństwo”.Nie zabrakło slamu, który z piątku przedłużył się do soboty 🙂 Wzięłam udział w slamie, ale nie wygrałam go. Zwyciężczynią została Anna Dwojnych.

Interesujące było również spotkanie z Teresą Podemską-Abt z Australii w cyklu „Wagon Europejski”.

Mnie najbardziej urzekł moment czytania wierszy na łące przed domem poety Edwarda Stachury „Strofy dla Steda”. Tutaj zaprezentowali swoją twórczość, siedząc na ławeczce pod orzechem, Beata Nicoś-Trenk i Przemysław Trenk. A ja przeczytałam swój wiersz „Bez tytułu”, który został wyróżniony w konkursie „Jednego wiersza”:

„Bez tytułu”

Bez tytułu 1 – LibreOffice Writer

Nie czuła się wolna

Granice pylenia brzozy

były jak koszula w kratę

której rękawy podwijała

aż miała po nich ślady

Bez tytułu 2 – LibreOffice Writer

Nie czuł się wolny

Cienie kładły się

Zwalniał

Wpadał w sidła

Przyspieszał

Bez tytułu 3 – LibreOffice Writer

Nie czuli się wolni

Słońce nas nie karmi

Kolby kukurydzy je susza

Na słońcu stygniemy

Proch ziemi, nasz proch

Bez tytułu 4 – LibreOffice Writer

Nie czuła się wolna

Przybierali na wadze

ona i ono

Parasolka, błyskawica

nie padało

Bez tytułu 5 – LibreOffice Writer

Nie czuli się wolni

place są duże

dla ludzi

barykady są cienkie

dla władzy

Bez tytułu 6 – LibreOffice Writer

Nie czuli się wolni

do antypodów kiełbasa

wyborcza

z antypodów cisza

wyborcza

Bez tytułu 7 – LibreOffice Writer

Nie czuli się wolni

Niebieskie kołnierzyki

bez-reprezen

Białe kołnierzyki

z-tacją

Bez tytułu 8 – LibreOffice Writer

Nie czuł się wolny

Mieli buty z ostrogami

bolało

Miał buty z pluszem

był mężczyzną

Bez tytułu 9 – LibreOffice Writer

Nie czuła się wolna

Kanałami medium

Paskami krzyku

Śluby milczenia

Do klasztoru łódką

Bez tytułu 10 – LibreOffice Writer

Nie czuł się wolny

Kredyt zaufania

szwajcarski zegarek

stanął

nie na czas

A potem przemaszerowaliśmy na happening i każdy przywiesił w ramach Rozkładu Jazdy swoje wiersze na ogrodzeniu przy symbolicznej Stacji Zagubin.

Świetnie, że napisałam ten post, bo automatycznie przeniosłam się na początek września i przeżyłam wszystko raz jeszcze. A było super, fajnie, elegancko. Za rok z pewnością też się tam pojawię. A! Jeszcze trzeba wspomnieć o Kole Gospodyń Wiejskich „Nowinka” z Nowego Ciechocinka, które dokarmiało uczestników pysznym jedzonkiem.

„Cała jaskrawość” choroby psychicznej, czyli Guwernantka po lekturze i w żałobnym listopadowym nastroju

W poprzednim poście zapowiedziałam, że podzielę się z Wami wrażeniami czytelniczymi po lekturze „Całej jaskrawości” Edwarda Stachury. I właśnie dzisiaj przeczytałam ostatnie zdanie tej książki, które brzmi: „Wokół szyi natomiast zarzuciliśmy zawadiacko szaliki”. Nie mogłam ukończyć czytania tej książki w lepszym momencie, bo jej finisz to sam początek listopada, który u nas już za dwa dni.

Cała akcja książki dzieje się na przestrzeni trzech tygodni ujętych, w przypadku mojego egzemplarza książki, na 248 stronach.

To dość prosta historia jeśli chodzi o fabułę, w której tak naprawdę niewiele się dzieje, a całość jest osnuta w sennej i wiejskiej atmosferze. Dwoje przyjaciół – narrator Edmund Szerucki i Witek pracują przy oczyszczaniu z mułu basenu stawu w kurorcie na Kujawach, czyli najpewniej mowa o Ciechocinku, choć nazwa tej miejscowości nie pada.

Mężczyźni nocują w wiosce Zagubin u poczciwej Marii Potęgowej. Edward Stachura napisał tekst piosenki „Ballada dla Potęgowej”. A leci ona tak:

Gdzie nas powiedzie skrajem dróg
Gzygzakowaty życia sznur

Do wsi Zagubin na Kujawy białe
Gdzie ziemia licha piachy niebywałe
Kozy dziewanna sosny i rozstaje
I Potęgowa samotna jak palec

U Potęgowej zatem zagościlim
Kwaterę tam czasowo ustalilim
W polu robilim z boru drwa nosilim
Jak stara matka i dwóch synów żylim

Słoneczko na nas świeciło z ukosa
Bo jesień późna była rano rosa
Mgła zaś wieczorem zjawa białowłosa
Przyszłego losu mąciła nam postać

Jak stara matka i dwóch synów żylim
My z Potęgową tak się polubilim
Na ścianie wisiał we pstre wzory kilim
I nikt nie zgadnie czemu w dal ruszylin

Gdzie nas powiedzie skrajem dróg
Gzygzakowaty życia sznur

Tam nas powiedzie gdy nadejdzie czas
Gdzie Potęgowa teraz jest to raj
Tam urządzimy wtedy wielki bal
Hej! Potęgowa hej
Witek i ja

I ci co zmarli lub co zginą z nami
Bracia kamraci z drogi pod chmurami
Spotka się nas na balu kupa luda
Ech jak zadudni niebieska tancbuda

„Cała jaskrawość” to pierwsza powieść tego autora wydana w 1969 roku, a zatem za późnego Gomułki. Jest poetą i, czytając jego książkę, ma się wrażenie obcowania z prozą poetycką, gdyż jest tam spora dawka opisu przeżyć wewnętrznych i rozważań poetycko-filozoficznych. Od początku do końca nie brakuje tu refleksji, nastroju zadumy i szczerych emocji.

Czym jest „cała jaskrawość”? Przytoczę cytat z książki:

„Całą jaskrawość można zobaczyć całym ciałem i całym tym, co nie jest ciałem. Całą jaskrawość można zobaczyć całą jaskrawością. Z tego wynika jaskrawie, że, kiedy mówię ‘zobaczyć’, to jest to niedokładne. Całej jaskrawości się nie widzi, to znaczy nie tylko widzi, ale i słyszy, czuje, dotyka, smakuje, oddycha, śni, jawi, nawet rozumie. I tak dalej, i tak dalej. To wszystko z osobna i jednocześnie. Wtedy.”.

Wpisałam w wyszukiwarkę Google hasło: „Cała jaskrawość” i na Wikipedii dotarłam do informacji pod nazwą: „Okoliczności powstania”, gdzie, cytuję, napisane jest tak:

„W okresie pisania powieści chory już wtedy psychicznie autor przeprowadzał eksperyment polegający na świadomym rozkołysaniu własnej psychiki oraz wprawieniu osobowości w stan wysokich obrotów[2], co wskazywać mogło na stan manii, w jakim się wówczas znajdował. Potwierdzały to ostre reakcje na krytykę, pisane protesty i polemiki[5]. ”

A zatem dochodzimy tutaj do wątku ciężkiej choroby psychicznej autora. W „Całej jaskrawości” znajdziemy taki cytat:

„Już od dawna wiedziałem, że łatwo można oszaleć. Nietrudno. Nie myślałem jednak, że tak straszliwie łatwo. Z czasem zacząłem coraz lepiej się na tym znać. Tak, że teraz mogę postawić zagadkę: jaka jest najłatwiejsza rzecz na świecie? Oszaleć! I druga zagadka: jaka jest najtrudniejsza rzecz na świecie? Nie oszaleć! ”

U Stachury stwierdzono psychozę depresyjno-urojeniową (zaburzenie afektywne-dubiegunowe). Miał dwie próby samobójcze, z tym ta ostatnia doprowadziła do jego śmierci 24 lipca 1979 roku. Wcześniej rzucił się pod elektrowóz, tracąc cztery palce prawej ręki. Podejmował próby leczenia w szpitalu psychiatrycznym, co nie zakończyło się jak wiemy, dobrze.

Pozostaje nam zatem pamiętać o Stachurze i czytać jego dzieła. Jeśli będziesz w Warszawie, możesz 1 listopada zapalić znicz na jego grobie, który znajduje się na Cmentarzu Komunalnym Północnym (kwatera W-XV-2, rząd 10, grób 13).

Guwernantki post o Edwardzie Stachurze, czyli o ziomku i ziomalce z Kujaw

Mieszkam na Kujawach, na których mieszkał również Edward Stachura. Postanowiłam, że ten wpis na blogu poświęcę właśnie temu twórcy.

Od Włocławka, gdzie mieszkam, do Łazieńca (rodzinnej miejscowości poety,) jest dokładnie 44,6 kilometrów.

Na początku września przebyłam tę trasę, by dotrzeć na 22. Ogólnopolskie Spotkanie Poetów „Biała Lokomotywa”. Od Włocławka do Aleksandrowa Kujawskiego pociąg jedzie 41 minut. W podróży czytałam sobie „Całą jaskrawość” Steda, by wejść jak najbardziej w klimat. O swoich wrażeniach czytelniczych tej książki napiszę następny post. A w jeszcze następnym poście opowiem Wam jak było na Festiwalu.

Teraz jednak skupię się na głównym bohaterze – Edwardzie Stachurze.

Sted urodził się we Francji i będzie potem studentem romanistyki, bo nie przyjęto go na studia plastyczne.

Kiedy chcę lepiej poznać jakiegoś polskiego twórcę i jego twórczość odwiedzam portal Culture.pl. To miejsce w Internecie przeznaczone dla polskiej dyplomacji kulturalnej, które jest świetnym źródłem informacji dla zagranicznego, jak i polskiego odbiorcy.

Instytucją, która opiekuje się tą witryną jest Instytut Adama Mickiewicza. Jako studentka dyplomacji kulturalnej i creative diplomacy w latach 2013-2014 miałam zajęcia z pracownikami Instytutu oraz wykładowcami na uczelni Collegium Civitas, które ma swoją siedzibę na XII piętrze Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Widoki były niezgorsze, tak jak same studia.

No, ale wracając do Stachury. Właśnie na stronie Culture.pl dowiedziałam się paru ciekawostek o Stedzie, którymi chcę się z Wami podzielić.

Przeczytałam na przykład taką nowinkę, że Stachura namalował mural na ścianach lokalnej kawiarni w Charvieu, gdzie się urodził. Fajny smaczek, nie?

Był również wybitnie inteligentny i zdolny. Ponoć czytał już jako czteroletnie dziecko, a potem w Polsce przeskakiwał po dwie klasy. Ciekawostką jest, że udawał ataki epileptyczne, by otrzymywać datki od kuracjuszy w niedalekim od Łazieńca uzdrowisku Ciechocinek, gdzie ukończył liceum. Zarabiał też grając w pokera na pieniądze.

Był to jednak, jak wszyscy wiemy, duch niespokojny. Nie myślał o ciepłych etatowych posadkach. Zawsze pisał i imał się dorywczych prac fizycznych. Gitara, chlebak, butelka wina – atrybuty „pana życia” i niestety przedwczesnej samobójczej śmierci w wieku zaledwie 42 lat.

Jego „życie-pisanie” obrosło legendą za „życie”, a „pisanie” inspiruje kolejne pokolenia młodych ludzi, trochę zagubionych, może zbuntowanych, z pewnością poszukujących.

Jeśli ktoś od czytania książek woli posłuchać muzyki, to twórczość Stachury jest śpiewana przez takie zespoły jak Hey czy Stare Dobre Małżeństwo.

Jeśli lubisz jeździć na festiwale to, oprócz “Białej Lokomotywy”, jest w Polsce również “Stachuriada” w Grochowicach pod Głogowem w województwie dolnośląskim. W 2023 roku odbyła się już 29. edycja. Podobnie jak z Łazieńcem, życiorys Steda zahaczał i o Grochowice, gdzie swojego czasu przebywał. Stąd czerpał inspiracje do napisania „Siekierezady albo zimy leśnych ludzi”.

Edward Stachura to ważna postać w polskiej literaturze i kulturze. Pewien kanon i nietuzinkowa osobowość, którą warto znać.

„Świat po pracy”, czyli Guwernantka obejrzała film i napisała w czasie wolnym post na bloga

Ostatnim filmem jaki obejrzałam jest dokument „Świat po pracy” (reż. Erik Gandini, 2023). Spodziewałam się kolejnego udanego dokumentu tego reżysera, bo znam i bardzo lubię jego wcześniejszy film „Szwedzką teorię miłości”. By przejść do krótkich rozważań o filmie i problemie, o którym opowiada, zatrzymajmy się na dwóch pojęciach: „praca” i „czas wolny”. Definicja „pracy” na Wikipedii jest długa i nie zamierzam jej tutaj przytaczać. Wątek pracy jest tam poszerzony o definicje pracy według Adama Smitha i Karola Marksa. Znacznie bardziej wolę posłużyć się krótką i prostą definicją z „prasy kobiecej”, a dokładnie z październikowego wydania gazety „Zwierciadło”.

Tak się składa, że znajduje się tu wywiad, jaki przeprowadziła Joanna Olekszyk z psycholożką Martą Niedźwiecką. Artykuł zatytułowano: „Naciśnij PAUZĘ”, w tym Caps Lock przy „PAUZA”, nie jest mojego autorstwa. To wyraźne podkreślenie problemu podejścia do pracy. Psycholożka Marta Niedźwiecka w krótkich słowach podaje taką definicję pracy: „to sprzedawanie swojego czasu, energii i kompetencji za pieniądze”. Krótko i na temat.

A co z „czasem wolnym”? Encyklopedia PWN definiuje go jako: „część ogólnego czasu jakim dysponuje człowiek w ramach swojego budżetu czasu, w którym może swobodnie realizować zajęcia wybrane według własnego uznania”.

No dobrze. Przedarliśmy się przez definicje. Teraz czas na parę słów o filmie „Po pracy”. Reżyser odwiedził kilka krajów i kontynentów, by sportretować ludzi pracujących w różnych zawodach, w różnych kulturach i społeczeństwach. O ile relacja europejska była i jest mi bliska, o tyle Kuwejt, Korea Południowa a nawet USA mnie zaskoczyły.

Kuwejt jako państwo jest bardzo bogate dzięki złożom ropy naftowej. Tak naprawdę nikt tam nie musi pracować. Jednak ludzie do pracy przychodzą choć de facto nie mają co w tej pracy robić. Czasami nie mają nawet własnego biurka, bo na jednym stanowisku zatrudnia się 20 osób. Do tego można spóźnić się bez konsekwencji 3 godziny. Po kulturze pracy Kuwejtczyków oprowadza nas młody mężczyzna, który jest świadomy negatywnych konsekwencji takiej sytuacji w przyszłości. Przecież ropa kiedyś się skończy.

Totalnie drugim biegunem jest Korea Południowa, w której normą jest 14-godzinny dzień pracy. Ministerstwo Pracy prowadzi specjalne kampanie społeczne, zachęcające ludzi do mniejszej liczby godzin pracy. W filmie „Świat po pracy” pokazano te kampanie. To na przykład zachęcania do rozwijania po pracy w czasie wolnym swoich zainteresowań czy spędzanie większej ilości czasu z rodziną. Do tego „PC off”, czyli automatyczne wyłączanie na koniec pracy komputerów w biurach.

A jak to jest w USA? „Na nieszczęście” tego państwa zostało ono założone przez kalwinów, co podkreśla występująca w filmie amerykańska filozofka (nomen omen siedząca przy biurku wśród stosów książek). Czym jest filozofia kalwińska? Wspomina o niej w wywiadzie psycholożka Marta Niedźwiecka. Mówi ona, że w tej filozofii: „poprzez pracę modlimy się i sławimy Boga, więc im ciężej pracujemy tym lepiej”. Byłam w szoku usłyszawszy, że Amerykanie rezygnują z 500 milionów godzin urlopu. Najczęściej boją się utraty pracy, ale to i tak robi wrażenie.

Na koniec opowiem o ciekawym włoskim ewenemencie, a mianowicie NEET (not in employment, education or training). To podejście młodych Włochów do pracy i ogólnie życia. Na filmie widzimy imprezujących młodych Włochów. Socjolog wyjaśnia podłoże takiego stanu rzeczy. Chodzi tu o demografię, która się zmieniła, a mianowicie spadła dzietność. Młodzi mieszkańcy Włoch wiedzą, że mają zabezpieczoną przyszłość po swoich rodzicach m.in. w postaci nieruchomości. A zatem jaka to wielka szkoda, że coraz mniej Włochów będzie na Erasmusach… 😉

Film oczywiście porusza kwestię robotyzacji i sztucznej inteligencji. To wszystko, co czeka nas w coraz szybciej zbliżającej się przyszłości wywróci świat pracy i czasu wolnego do góry nogami. Film nie poświęca temu wątkowi dużo czasu. To z pewnością dobry temat dla reżysera Erika Gandiniego, by tę kwestię rozwinąć na kolejne 81 minut w nowym filmie 🙂

Reaktywacja, czyli Guwernantka wydobyta z internetowego Hadesu

Pierwszy post Guwernantki od 28 czerwca 2021 roku!

Przez ten czas wyszukiwarka Google na moim laptopie nie znajdywała mojego własnego bloga. Doszłam zatem do wniosku, że Guwernantka trafiła do internetowego Hadesu. Z ciekawości wpisałam adres bloga na innym komputerze. I co? Zguba się znalazła!

Nawet nie wiecie jak się ucieszyłam! Do 2021 roku pisałam Guwernantkę regularnie od 2018 roku, czyli łącznie trzy lata. Jakże mi tego przez ostatnie 2 lata brakowało! Często za nim tęskniłam.

Wcześniej go nie doceniałam. Owszem, pisałam zawsze z pasją i dla własnej przyjemności. „Cierpię” na imperatyw pisania. Kiedy obejrzałam ciekawy i poruszający film marzyłam, by o tym opowiedzieć na blogu. To samo z lekturą książek, wystawą w galerii, odwiedzonym muzeum czy spektaklem w teatrze.

Przez ten czas sporo się działo w moim życiu. Nadal pisałam wiersze czy opowiadania, ale odczuwałam bolesny brak swojej „agory”. No i żal mi było już napisanych tekstów. Nie jestem znaną i rozpoznawalną blogerką, jednak moja koleżanka powiedziała mi, że mój blog dużo jej dawał. To były dla mnie znaczące, ważne i doceniające moją pasję słowa.

W międzyczasie rozwijałam się literacko. Ukończyłam dwuletnie Podyplomowe Studia Literacko-Artystyczne na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Nauczyłam i dowiedziałam się dużo o literaturze, teatrze czy filmie. Miałam teorię na wykładach i praktykę na warsztatach. Było cudownie!

A zatem Guwernantka wcale nie próżnowała! Lifelong learning w jej wykonaniu trwał w najlepsze i ukończyła, po studiach magisterskich, trzecią podyplomówkę. Wcześniej podyplomowo studiowała dyplomację kulturalną i creative diplomacy na Collegium Civitas w partnerstwie z Instytutem Adama Mickiewicza oraz zarządzanie projektami na Akademii Leona Koźmińskiego wraz z Gdańską Fundacją Kształcenia Managerów.

Ale dość już o sobie! Potraktujmy powyższy post jako powitanie Guwernantki wśród żywych!

Bardzo cieszę się na perspektywę blogowania!

Nie mając bloga byłam aktywna na Instagramie. I tu znowu pech niestety. Profil atelier_guwernantki też się gdzieś zawieruszył. Szkoda. Może kiedyś go odnajdę…

Na pocieszenie mam konto na Instagramie @fotograficznie_lirycznie (https://www.instagram.com/fotograficznie_lirycznie/), gdzie publikuję autorskie teksty i zdjęcia.

Zapraszam!

PS Polub fanpage Guwernantki na Facebooku i bądź na bieżąco:

https://www.facebook.com/Guwernantka-179264539486462/

“Bitamina-Witamina-Endorfina”, czyli Guwernantka po koncercie zespołu Bitamina

“Zbuduję Ci dom
Będziesz miała schron
Taki szałas na hałas
I zasadzę brzozę tuż za rogiem
Żebyś latem miała cień
Zawiozę do szkoły każde z naszych dwudziestu pięciu dzieci i mowy nie ma, żebyś musiała wstać”

(“Dom” Bitamina)

Chyba nigdy nie przeczytałam i nie usłyszałam czegoś tak prostego i czułego jednocześnie. Zgodzicie się ze mną? Piosenka ta momentalnie wpada w ucho. Można słuchać jej w kółko i w kółko ją nucić. Pewnie za jakiś czas mi się to znudzi, ale zespół Bitamina ma dużo dobrych piosenek i dużo dobrych do nich tekstów.

Zespół Bitamina ma ciekawy początek swojego istnienia. W 2005 roku założyciele zespołu poznali się na obozie aktorskim Machulskich. Od tego momentu ich szczera przyjaźń i miłość do muzyki jest, w moim odczuciu, kamieniem węgielnym Bitaminy. To widać na scenie i słychać w wywiadach. No i przede wszystkim daje się to odczuć na koncertach. Mogę to mówić za siebie, bo niedawno na takowym byłam. Ze sceny sączyła się niezwykła charyzma wokalistów i muzyków.

Bitaminę tworzą Amar Ziembiński, Mateusz Dopieralski i Piotr Sibiński. Wiadomo, że każdy specjalista od muzyki musi jakoś zdefiniować twórczość danego zespołu muzycznego. Tak jest chyba zawsze. Dla fanów szufladki liczą się mniej, ale dla poprawności i profesjonalizmu 🙂 tego posta napiszę teraz jak fachowo określa się muzykę Bitaminy. A jest tego naprawdę sporo! Alternatywny pop z hip-hopem, jazz, reggae i elektronika. W tym eklektycznym duchu Bitamina wydała cztery płyty: “Listy Janusza”, “Plac Zabaw”, “C”, “Kawalerka”. Należy dodać, że do tej świetnej muzyki powstają równie świetne teksty, które są niesamowitą grą słów. Zresztą dowodzi tego fragment piosenki “Dom” na początku mojego posta.

Obejrzałam i wysłuchałam wywiadu dziennikarza Remigiusza Kadelskiego po koncercie Bitaminy na Co Jest Grane 24 Festival z 2018 roku. W wywadzie wypowiadają się Amar Ziembiński i Mateusz Dopieralski. Podsumowaniem tego wywiadu mogą być słowa: dusza, wrażliwość, autentyczność, emocje.

Amar Ziembiński mówi tak: “Robimy to, co z duszy wychodzi, to, co nam się podoba” czy po prostu w skrócie “Robimy swoje”.

Mateusz Dopieralski: “Staraliśmy się wejść na rynek. Okazało się, że to jest za niszowe, nie ma na to publiki. No dobra, to my zrobimy swoje, a wy róbcie swoje” czy “Staramy się pisać jak najbliżej siebie, jak najbliżej duszy”.

Warto dodać, że zespół Bitamina w żaden sposób nie zabiega o promocję czy obecność w Social Media. Dlatego cieszę się podwójnie, że ten zespół znam i mogę go Wam polecić w tym poście.

Można powiedzieć, że zespół Bitamina działa zdalnie. Mateusz Dopieralski mieszka na stałe w Niemczech i jest aktorem, który gra w teatrach. Co ciekawe, Amar Ziembiński produkuje ekologiczne sery i warzywa. Bo przecież Bitamina to Witamina. Zalecam zatem Wam dla zdrowia Bitaminę!

“Zanim świat zapragnął kawałka jej duszy””, czyli Guwernantka o sławie Amy Winehouse

Guwernanatka dalej podąża za triadą “talent, sława, pieniądze”. Po omówieniu przypadku Natalii Sikory, opowiem Wam teraz o Amy Winehouse. Zresztą obiecałam Wam już to w poście o jej tekściarstwie.

Natalia Sikora ma talent, nie zabiega o sławę i aby nagrać płytę, robi zrzutkę w mediach społecznościowych.

Jest taka jedna prawdłowość odnośnie każdego talentu. Ktoś wierzy w Twój talent i chce Ci pomóc, albo chce po prostu Ciebie wykorzystać i na Tobie zarobić. Tak było właśnie w przypadku Amy Winehouse. Wszystkie cytaty, które przywołuję w poście pochodzą z filmu “Amy” (reż. Asif Kapadia, 2015).

Przytoczę na początku słowa ojca Amy Winehouse, które w bardzo obrazowy sposób opisują sytuację wrażliwego artysty wystawionego na “tłum” fanów. Mówi on tak: “Amy była gwiazdą, którą otaczają paparazzi. Trzeba było olać płytę <<>Back to black>>. Mogliśmy za to zapewnić Amy profesjonalną pomoc, zanim świat zapragnął kawałka jej duszy“. Jakże to trafne stwierdzenie! Choć szczerze mówiąc, po obejrzeniu filmu ojciec niestety mało ją chronił. Amy powiedziała, że pójdzie na odwyk jak każe jej to ojciec. A on powiedział, że nie musi. Amy odpoczywała z rodziną i przyjaciółmi gdzieś w ustronnym miejscu, a jej ojciec w odwiedziny zabrał ze sobą całą ekipę telewizyjną (!).

W filmie dużo pada pytań o sławę.

Na samym początku filmu Amy mówi: “Śpiew był dla mnie ważny, ale nie sądziłam, że zostanę wokalistką. Myślałam, że może mi się poszczęści i trochę sobie pośpiewam. Ale nie przypuszczałam, że będzie to mój zawód”.

Ta wypowiedź mówi jedno: z triady “sława” i “pieniądze” Amy chciała mieć czysty “talent”, bo lubiła sobie po prostu pośpiewać.

“The Observer” pyta Amy:

Dziennikarz: “Myślisz, że będziesz wielką gwiazdą?

AW: Nie. Moja muzyka to zupełnie inna liga. Czasem chciałabym, żeby było inaczej. Ale raczej nie będę sławna. Nie poradziłabym sobie z tym. Pewnie bym zwariowała”.

Jak wiemy, talent Amy zachwycił wszystkich, nawet tych spoza “ligi”. Zaczynają się serie wywiadów. W jednnym z nich prezenter Kim Kash pyta:

KK: “Widzę, że niezbyt się wszystkim przejmujesz. Niektórzy artyści mówią: “Chcę być na szczycie listy, moja płyta ma zająć 1 miejsce, chcę zaraz nagrać drugą.

AW: Ja od razu skupiam się na kolejnym projekcie. Nie kojarzę sukcesu z triumfem wytwórni płytowej. Sukces daje mi swoboda pracy z wybranymi artystami”.

Sławna Amy próbuje sobie jakoś z tą sławą radzić. Mówi:

“Gdybym myślała że jestem sławna, to pewnie bym się zabiła. To przerażające. Naprawdę się tego boję”. Tak, Amy Winehouse była sławna, a Yassin Bey ocenia: “Wcale nie gwazdorzyła. Sukces nieomal ją zawstydzał. Trochę się bała tego, co ją czeka. Nie wiedziała, czy temu podoła”. A Monte Lipman dodaje: “W tej branży w żaden sposób nie można przygotować się na taki sukces. Nie ma podręcznika. Można ostrzec artystę, wstępnie go przygotować, ale fenomenu sławy nie da się do niczego porówniać”. W filmie przytoczony jest wywiad z Amy o jej sławie:

Dziennikarka: “Polubiłaś sławę?

AW: Nie wiem. Coś takiego jak sława nie istnieje.

Dziennikarka: Jak to? Przecież ty jesteś sławna.

AM: Nie wiem. To posrana bzdura”.

Amy Winehouse została przez sławę dosłownie przygnieciona. Mówi tak: “Gdy ludzie mnie poznają, zrozumieją, że umiem jedynie nagrywać piosenki. Dajcie mi spokój, bo pragnę zająć się muzyką. Chcę mieć na to czas“. Yasiin Bey ocenia wszystko tak: “Nie umiała sprostać wymaganiom, jakie nałożył na nią uzyskany sukces”. Terapeuta odwykowy Chip Somers wyjaśnia: “Gdy na szali leżą duże pieniądze i duże oczekiwania ludzie zaczynają odchylać się od normy. Usiłują poradzić sobie tak, żeby nie wpłynęło to na ich powodzenie finansowe”. W filmie padają również takie stwierdzenia: “Nie mogła uciec od życia w tej złotej klatce. Zaczęła obnażać swoje słabości, a media bezwzględnie to wykorzytywały”. Nick Shymanski oznajmia: “Nagle wszyscy robili sobie żarty z jej problemów z bulimią albo nałogu narkotykowego”.

I mamy tego obrzydliwe przykłady. Komik Frank Boyle tak opisuje Amy Winehouse: “Wygląda jak zdjęcie do kampanii na rzecz zaniedbanych koni”. Cała wypełniona po brzegi aula “rży” ze śmiechu. Jayo Leno również chce rozbawić swoją publikę żartami o Amy Winehouse: “Według strony contactmusic.com na nowym albumie Amy Winehouse będą piosenki o gotowaniu amfetaminy i heroiny”. Ludzie w studiu cali uchachani. Krótko przed śmiercią, Amy pokazała swojemu ochroniarzowi filmik z fragmentami swoich koncertów. Powiedziała wtedy: “Potrafię śpiewać!”. Ochroniarz odparł: “Jasne, że tak”. Amy: “Gdybym mogła to oddać w zamian za spokój, zrobiłabym to.”

Legenda jazzu Tony Bennett, z którym Amy niedługo przed śmiercią nagrała wspólnie piosenkę, mówił: “Była urodzoną, prawdziwą wokalistkę jazzową”.

Czy warto pragnąć sławy, robiąc to, co się kocha? Przypadek Natalii Sikory

Wiecie, co robię, kiedy wątpię, że istnieje coś takiego jak talent?

Słucham “Cry baby” Janis Joplin w wykonaniu i interpretacji Natalii Sikory. Chyba zdarza mi się to dosyć często, bo wideo z przesłuchań w ciemno The Voice of Poland odtwarzam co i rusz. I nie jestem w tym osamotnioa na naszym globie, bo uczyniło tak aż 8 milonów ludzi na świecie, a występ Natalii Sikory okrzyknięto jednym z najlepszych występów w światowej historii programu.

Jeśli nie znasz tego genialnego i fenomenalnego występu, lub też w tym momencie wątpisz czym jest talent,, posłuchaj:

Prawda, że sprawia to zachwyt i osłupienie, że tak w ogóle można śpiewać?

Prawda, że dziwi to, że Natalia Sikora nie jest gwiazdą, w powszechnym rozumieniu tego słowa, i można powiedzieć, że nie robi oszołamiającej kariery, która dałaby jej sławę i z pewnością pieniądze?

Dlatego kontekście Natalii Sikory postawiłam sobie pytanie, które zadaję na początku:

czy warto pragnąć sławy, robiąc, to, co się kocha?

Postanowiłam zrobić mały rekonesans, żeby nie powiedzieć research, o Natalii Sikorze.

I tak właśnie trafiłam na bardzo dobry artykuł Katarzyny Domagalskiej na Onet Plejada. Autorka pyta w tytule: “Po zwycięstwie w The Voice of Poland była nazywana polską Janis Joplin. Co słychać u Natalii Sikory?”.

Artykuł jest bardzo aktualny, bo opoblikowany w kwietniu tego roku. Zamieszczam link do całego tekstu. Onet obiecuje, że lektura trwa tylko 4 minuty 🙂

https://plejada.pl/newsy/wygrala-the-voice-of-poland-jak-potoczyly-sie-losy-natalii-sikory/3knqch3

A zatem Natalii Sikory nie interesuje komercja. I to z pewnością sprawia, że nie każdy ją zna. A ona sama na co dzień: “prowadzi spokojne życie w otoczeniu swoich ukochanych zwięrząt”, a “w wolnych chwilach artystka uprawia sport, dużo jeździ na rowerze, a także oddaje się oglądaniu filmów i czytaniu książek”.

Kiedyś czytałam komentarze pod wideo z przesłuchań w ciemno. Jeden w języku angielskim brzmiał mniej więcej tak: “Mam nadzieję, że robi ogromną karierę w swoim kraju”. Wtedy pomyślałam, że dyktuje to w sumie czysta logika. To, że sława i pieniądze Natalii Sikorze się należą.

I tu wracam do pytania: “Czy warto pragnąć sławy, robiąc to, co się kocha”?

Otóż absolutnie nie!

We wspomnianym artykule jest napisane takie zdanie:

“Piosenkarka, stojąc na scenie daje z siebie wszystko, pokazując całą paletę emocji”.

I ja się pod tym podpisuję! Widziałam kilka występów Natalii Sikory na żywo. Kiedy dowiedziałam się, że Natalia Sikora da koncert w jednym z warszawskich klubów, od razu kupiłam bilet. Chciałam mieć dobre miejsce pod sceną, dlatego pojechałam wcześniej, spodziewając się tłumów. I wiecie co? Nie było nikogo, a ja przesiedziałam sporo czasu na ławce na pobliskim przystanku.

W czasie koncertu przeżyłam szok. Klub był prawie pusty! A nie należał on do rozmiarów Stadionu Narodowego. Czasami patrzyłam na śpiewającą Natalię i “luki” w publice i było mi trochę nawet smutno. A ona dosłownie zdzierała sobie gardło! Tańczyła, krzyczała, śpiewała. Miała na sobie tę samą czarną sukienkę z frędzlami, co na występie na przesłuchaniach i była chyba na boso.

Dlaczego dawała z siebie wszystko? To proste. Jak ktoś kocha śpiewać, to zaśpiewa identycznie dla 5 jak i 50 czy 500 osób. Bo on to robi w sumie tylko dla jednej osoby – dla siebie.

Drugim moim zetknięciem się na żywo z Natalią Sikorą był jej spektakl “Natalia Sikora śpiewa Norwida” w Teatrze Polskim. Dobrze, że miałam ze sobą chusteczki.

Uwielbiam płytę “Zanim”, “Bwb experience” już mniej. Teraz Natalia Sikora zbiera pieniądze w swoich mediach społecznościowych na wydanie płyty, bo żadna z wytwórni fonograficznych nie jest nią zainteresowana. Trzymam kciuki za zrzutkę i czekam na płytę!

Na koniec “smaczki” w “internetach” o Natalii Sikorze:

Pomponik:

“Natalia Sikora czeka na lepsze czasy. Co słychać u uczestniczki The Voice of Poland?

Plotek:

“Natalia Sikora zwracała uwagę ogoloną głową. Ma już nową fryzurę. <<To przecież nie ona!>>”

“Natalia Sikora wszczepiła sobie implanty w czoło? Wygląda demonicznie, a jej menadżerka na to…”

A już naprawdę na sam koniec link do ciekawego wywiadu z Natalią Sikorą:

http://meakultura.pl/artykul/w-tym-jest-sluszna-moc-wywiad-z-natalia-sikora-1213