Od 9 lat kupowałam sobie na przełomie września i października kalendarze akademickie. Są kalendarze nauczycielskie, a ten akademicki odpowiadał najlepiej moim studenckim potrzebom organizowania życia od sesji do sesji. Ale mój kalendarz na rok 2018 był i, jeszcze przez ten ostatni miesiąc w roku jest, wyjątkowy. Bo to nawet nie kalendarz, ale… Notes. Notes Agnieszki Osieckiej!
Pierwsza strona: „Notes artystyczny na … r. należy do …”. Ale jak to? To ja mam wpisać sobie rok sama? Może wpiszę jakiś dobry, udany i sprawdzony z przeszłości np. 2015? A może sobie zaprojektuję przyszłość? I od razu wskoczę w cekinową kieckę lat 20. XXI w. w Paryżu na Montmartre?
Nie. Podejmuję to wyzwanie czasów najtrudniejszych, teraźniejszych. „2018/Eliza” ołóweczkiem niepewnie kreślę. Czyżbym chciała kiedyś wymazać gumką ten rok ze swojego życiorysu? „Któż to wie?” – odpowiada mi Osiecka. A zatem szłam przez 12 miesięcy z tym notesem totalnie nieporęcznym. Jest jak wielka, gruba książka, ale piękny. I choć sama musiałam wpisywać dni tygodnia, rekompensatą była rozmowa z nią – Agnieszką Osiecką. Czytanie jej zapisków, tekstów piosenek, oglądanie zdjęć pamiątek i jej portretów – Wielkiej Artystki. „To był dla mnie zaszczyt, Pani Agnieszko, że mogłam Panią bliżej poznać. Ale wie Pani co, po tych zgoła 12 miesiącach ja poznałam samą siebie!”.
Bo pisanie jest jak rozmowa z samym sobą. Myśli bywają nieuczesane, w gonitwie, w biegu. A słowo stoi jak wół na papierze, choć ludzie nazywają je bykiem! I dobrze czynią, bo ja byk zodiakalny, majowy, dokładnie z tej jutrzenki 3 – majowej. I od dziecka byłam z ortografią na bakier. Ale na szczęście to z wiekiem mija.
Rok 2019, 3 maj będzie wyjątkowy, bo skończę równe 30 lat! Zacznę kolejną dekadę życia. Jakiś czas temu rozpisałam w zeszycie swoje życie na dekady. Bóg musiał mieć niezłą uciechę… 30-40 Eliza-Business Woman. 40-50 Eliza-Doktorantka. 50-60 Eliza-Polityk. 60+ Emerytura z całym bagażem doświadczeń życiowych i… Niespełnionych marzeń!
Pewnego dnia byłam bardzo smutna. Płakałam nawet. I na pociechę (choć w miarę pocieszania się tą pociechą stos mokrych chusteczek przede mną rósł) oglądałam filmiki na YouTubie z występów zwykłych utalentowanych marzycieli z talent show z całego świata. Większość z nich pięknie śpiewała. Naprawdę! Dopowiadałam sobie w głowie jakie teraz robią w swoich krajach i nie tylko, kariery!
I nagle szok. Wychodzi ona. Rok 2016. Lat 12. Zobaczcie sami:
https://www.youtube.com/watch?v=D67SBSbNPnI
I nagle szok. Ja nie płaczę. Nie dopowiadam sobie w głowie historii. Śledzę za pomocą filmików na YouTube jak było. W skrócie: główna wygrana w talent show „America’s Got Talent”, wybudowanie wymarzonego domu na drzewie i robienie tego, co kocha. Tego co wychodzi jej najlepiej!
Grace VanderWaal poprosiła kiedyś mamę o ukulele, ale mama stwierdziła, że to będzie kolejna kurząca się w pokoiku zabawka córki i jej nie kupiła. Grace sama zaoszczędziła pieniądze na swoje pierwsze ukulele. Darmowe lekcje gry pobierała dzięki filmikom instruktażowym na YouTubie. Do tego, to ona pisze sama swoje teksty! Komponuje muzykę! I jak ona śpiewa! Teksty naprawdę mają sens, muzyka wpada w ucho, a jej głos jakoś mnie chwyta za serce.
Z reguły mamy starszych idoli muzycznych. Potem z żalem i ich przebojami na ustach żegnamy ich, bo wcześniej odchodzą. Grace „Wonderful”, po prostu Wspaniała, ona dorasta, a ja się starzeję! Jej starsza i wierna fanka! Moja aplikacja Spotify – niczym moja osobista stacja radiowa, puszcza najczęściej właśnie ją.
I ja wtedy zapytałam siebie: „A Ty co robiłaś w wieku 12 lat?”
Mam jeden obraz. Jest 2001 rok. Nowe stulecie! Jestem w V klasie szkoły podstawowej i wsiadam ubrana w strój kujawski do samochodu m.in. z panią od muzyki, która trzyma na kolanach akordeon do akompaniamentu. Za chwilę ruszamy na mój pierwszy konkurs recytatorski. A co robię ja? Zaczynam na cały samochód beczeć! Byłam tak zestresowana, że najchętniej zawinęłabym tę kujawską kiecę i wyskoczyła z pędzącego samochodu! Dobrze, że zostałam. Byłam trzecia. W województwie!
Czas się w tym momencie rozliczyć z dyplomów. Zrobić podsumowanie tej drogi, która trwała od końca podstawówki w sumie do liceum. Przygoda recytatorska i czytanie całych tomików poezji, by wybrać moje ulubione, te które do mnie pasowały, które tak dobrze mi się mówiło. To dlatego ja tak przesiąknąłem tym poetyckim światem! Nauka wierszy na pamięć nie poszła w las. Ona pulsuje we wciąż żywej tkance gdzieś pod osierdziem. Głęboko. I ona ze mnie po 3 latach, kiedy miałam lat 15 wylazła. Napisałam do Polskiego Radia Program 3 wiersz o powstaniu warszawskim na konkurs. Rok 2004, Warszawa. Jestem, w nagrodę zwiedzam radio, i Twoje, Pani Agnieszko, w nim studio.
Skoro warszawce się spodobało, zaniosłam ten sam wiersz do lokalnej gazety, „Gazety Kujawskiej”. Weszłam do odpowiedniego pokoju, „Marsz żywej nadzieji” ląduje u pana redaktora. A ja wychodzę. Pokazuję koledze wiersz wydrukowany. A on: „Przecież tu jest w tytule błąd ortograficzny! Nadziei, a nie nadzieji”. Jak to?! Tytuł większą czcionką i w dodatku pogrubiony! Więc ja kursywa-załamka, lament! Za jakiś czas telefon. Z gazety. Na początku wywiad ze mną. A potem: „Pani wiersz jest beznadziejny!”. A ja padam na tapczan w stołowym. Dobrze, że mam miękkie lądowanie w pierzu, bo niepościelone.
Za jakiś czas telefon. Ciocia Irenka. „Elizko, ładny wiersz napisałaś”. A było już późne popołudnie i nie tak łatwo o makulaturę świeżą w kioskach. Latam z godzinę. Od rogu do rogu. Jest! Czytam: „Eliza Studzińska, lat 15, szkoła ta i ta, bla bla, lubi czytać beletrystykę”. A co to jest? Pierwsze słyszę takie słowo! „Ze względu na długość wiersza drukujemy fragmenty”. Uff! Poprawili byka w tytule! A to najważniejsze. Ucięli – trudno. Dobrze, że nie ma wstydu przy „NADZIEI”.
Potem sobie pisałam te poezje dalej. Nawet były koleżeńskie odczyty, przy przygaszonym, nastrojowym świetle. Był po drodze semestr na studiach z creative writing. Dawałam młodym studentom-polonistom do oceny. Jedna padła wyrocznia: „Herbert to to nie jest”. Ale na szczęście u progu studenckiej kariery jestem w Instytucie Humanistycznym, filologia angielska. I pisanie. Ale jakie!!! Creative writing i to po angielsku, w oryginale. Język? Polski, angielski, francuski? Nie ma znaczenia! Już kiedyś na kursie języka francuskiego, Pan od francuskiego (Panie Nauczycielu-Mistrzu, daję do Pana namiary, d’accord? http://www.panodfrancuskiego.pl/), rozdał nam wydrukowane zdjęcia i polecił: “Piszcie wiersz teraz, w tym momencie, po francusku”. Ach! Co to była za uczta, sam Platon takiej nie skosztował nigdy, ten francuski taki poetycki! Same słowa się bez słownika na papier pchały! Dziękuję za tą domową pracę, co ją dopiero teraz rozumem pojęłam: “Pisz! Po polsku, angielsku, francusku. A nawet niemiecku i hiszpańsku. Nie ma znaczenia język, kiedy piszesz prawdę”!
Dzisiaj w prasie kobiecej wyczytałam, że jeden od śpiewu nauczyciel Lady Gagi kiedyś jej powiedział: „W pokoju może być 99 osób, którym twój śpiew się nie spodoba, ale niech będzie chociaż ta jedna, której się spodoba i to już wystarczy”. Brzmi jak biblijna przypowieść! Dobry Pasterz 99 owiec na pastwisku zostawił i szukał tej jedynej, zagubionej. Do skutku.
Zawsze uwielbiałam czytać biografie poetów, pisarzy. Albo patrzeć jak zawsze Carry Bradshaw przez 94 odcinki i 6 serii/lat po 29 minutach (Hej! Panie scenarzysto! Reżyserze! Ja mam właśnie te 29 lat!) kończy odcinek pisząc na swoim laptopie z jabłuszkiem błyskotliwy felieton i kończy go zabawną puentą. A ja się rozmarzam. To raj! Praca dla gazety!
W gimnazjum zaczęłam chodzić na Kółko Dziennikarskie. Byłam tak aktywna, że chyba cały numer sama napisałam! Nawet konkurs był na najbardziej zakochaną parę szkoły. Ja potem z nimi i pożyczonym dyktafonem w pustej klasie wywiad przeprowadzam, a reszta szkoły w tym czasie bawi się na szkolnej, walentynkowej dyskotece. A w domu? A to PLAY, a to STOP. Przepisuję czyjąś historię miłości na trzy głosy.
Koniec gimnazjum. Język polski. „Napiszcie felieton. To ponad program. Nie na ocenę”. Jaka ja byłam dumna jak się okazało, że… „Eliza, fajny felieton napisałaś. Nasza pani na polskim na głos go przeczytała”. A to koleżanka Gosia z III a! A ja jestem w III e! I pani też robi odczyt mojego felietonu. Czyta przez śmiech czasami. A felieton jest o naszej katolickiej szkole! Moja przyjaciółka ze szkolnej ławy prosi o kopię i chce na pamiątkę zrobić sobie ksero. No normalnie drugi obieg!
W szkole miałam dwie przedmiotowe wierne od podstawówki miłości: Polski i Historia. Choć z resztą było nie najgorzej. 12 szkolnych lat z flagą/szarfą/paskiem Polski. A potem 10 lat uniwersyteckich. Wrocław, Warszawa, Bruksela, Włocławek. Zawsze się dosiadam do wolnej ławki w sali. Zawsze był piękny finał! Fotograf, zdjęcie, dyplom. I teraz jestem znów w połowie kształcenia procesu. Połowinki jak dwie mózgowe półkule wciąż na wysokich obrotach pracują wytrwale. Ale w tej wiedzy kopalni, jestem… Parobkiem.
Jesień 2017. „La la land”. Płacz, lament. „Marzenia? Idź lepiej dziecko po węgiel, bo piec coś słabo grzeje”.
Jesień 2018. „La la land”. Płacz, lament? ”Marzenia? Idź lepiej dziecko po węgiel, bo piec coś słabo grzeje”.
„NIE! – ja krzyczę – “Nie będę siebie i świata CO2 truła! Zakładam kominek i idę po drewno. TAK! Celulozy mi brak! Będę pisać! Będę poetką, blogerką, dziennikarką. Jak się rozpędzę to może i nawet powieść popełnię! Ale nie! Nie popełnię zbrodni na swoich marzeniach!”.
I przysięgłam sobie wtedy, że już nigdy po „La la land” nie będę nad sobą lamentować. Kończę ten rozdział popijając tabletkę na ból głowy. Bo tak płakałam, że życie płynie, a marzenia stoją, a to tak boli! Ach! Jak mnie ta głowa boli! A na paczce chusteczek jak byk stoi napis: “Sanfte Hygiene SOLO furs leben Talent EDITION”. 10 chusteczek, każda cztery warstwy jak Wisławy “Cebula” z wiersza. Ach! Dziękuję ALDI! Za te chusteczki. Choć Ci w złotówkach, nie talentach płaciłam. Dziękuję!
Mam do ludzi szczęście dobrych. Mówią: „Może przyda Ci się ten papierek, co nim rzucasz w połowie drogi?” A co z moim papierkiem lakmusowym szczęścia? Jeśli ja będę szczęśliwa to i innych uszczęśliwię! Może mam talent? Może nie na miarę odkrywania nowej Ameryki, ale mi nie potrzebna globalizacja. Ja wolę działać lokalnie, a myśleć globalnie. Ludzie są wszędzie. I Internet już też. Ja nie muszę jak dawniej płynąć za ocean robić karierę, dolary do skarpety ciułać i je cerować jak dziurawy budżet. Czasy się zmieniły. I może w tym cyfrowym świecie miejsce i dla cyfrowej, nowej generacji poetki się znajdzie! Ja potrzebuję małe poletko. Rozmiar A4, kolor biały.
I to wszystko się dzieje na przestrzeni tego tygodnia. REWOLUCJA! REWOLUCJA! Krzyczy widownia. W lutym miałam mieszkać na pół roku w Walencji i studiować obcą filologię. A ja w ostatnią sobotę lecę… Nie na lotnisko, a do… Biblioteki! „W czym pomóc?” – pyta miła bibliotekarka. „Poezja. Poezja polska. Najlepiej same kobiety!”. Pani bibliotekarka się śmieje: „No takiego podziału nie mamy, niestety”. I wychodzę obładowana: „Być poetą. Antologia poezji dla maturzystów” i trzy książki Wojciecha Młynarskiego: „W co się bawić” 1983, „Robię swoje” 1999, „Od oddechu do oddechu” 2017.
„W co się bawić”? Jeszcze w wieku przedszkolnym u babci w pokoju, gdzie do dziś stoją dwa duże regały z książkami wkładałam kawałki papieru śniadaniowego z cyferkami. Bawiłam się w bibliotekę. Do dziś te karteczki tam są! A ja najbardziej lubiłam taką niedużą, granatowa, twarda okładka, cieniutkie kartki, wręcz przezroczyste. I żadnych obrazków. A ja literek nie znaju. Po pierwszych z czytania lekcjach czytam na głos: „Biblia tysiąclecia”!
Pierwsze wakacje, po pierwszej klasie. „W co się bawić?” – pyta pan Wojciech. A ja zakładam Podwórkową Bibliotekę! Wyciągam swoje książki, bajki, znów karteczki w nie wkładam i zapraszam dzieci z podwórka, do mojej wypożyczalni! Pomysł na podwórku chwycił, bo i inna koleżanka swoją filię na ostatnim piętrze wieżowca otworzyła! I nikt z nas nie słyszał, o la Boga!, co to bookcrossing!
1-3 klasa, twórczy okres. Własna „Woman” gazeta, a nawet książka, ręcznie pisana. Okładka to karta pomarańczowa z technicznego bloku. I przepisujemy ją z moją przyjaciółką na komputer, do tajemniczego Worda! Jest nawet drukarka! I po 21 latach trzymania tej tajemnicy, moja przyjaciółka mi wyznaje: „Twoja książka wpadła w ręce mojej babci. Krzyknęła: „Dziecko! Ty tego nie czytaj! Ja to poprawię!” Chodziło oczywiście o błędy ortograficzne! Po 21 latach taka prawda już nie boli, ale śmieszy 😉
A na koniec III c, bawię się w scenarzystę-reżysera. Do szkolnej biblioteki na przerwach ganiam i szukam „wierszy o Pani”. Wypożyczam, przepisuję, przecież na ksero nie pójdę, za mały budżet przedstawienia! I rozdaję koleżankom i kolegom z mojej klasy role-wiersze do nauczenia. I pamiętam te próby na boisku, z dala od Pani oka i ucha czujnego. Bo to tak od serca, na koniec, pożegnanie, niespodzianka! I wracamy z zakończenia oficjalnego. Jesteśmy już w klasie. Ustawiamy się w dwa rzędy i dajemy występ z CAŁĄ KLASĄ! Pani i rodzice wzruszeni. Udało się, udało!
„Robię swoje” – Wojciech Młynarski.
„Robię swoje. W końcu.” – Eliza Studzińska.
„Od oddechu do oddechu”. – Wojciech Młynarski.
„Oddycham, jeszcze mi tlenu starczy”. – Eliza Studzińska.
„Być poetą. Antologia poezji dla maturzystów”. – Jerzy B. Wójcik
„Jestem poetą. Antologię poezji dla wszystkich tworzę”. – Eliza Studzińska
I duchem jestem maturzystką. W przyszły wtorek mam dyżur u byłego polonisty. TO OSTATNI SZKOLNY DZWONEK! By coś zmienić w swoim życiu. A ja ten dźwięk lubię, przy nim się budzę. Pączkowałam jesienią, zakwitam na zimę. „Anomalia.” – skwitujesz. A ja Ci powiem: „To są cuda!”.
I mam ja w głowie plan. Zdziwisz się. Robię najpierw sobie domowe wczasy. Będę stałym gościem u Kochanych Dziadków. Więcej się od nich o życiu dowiem, niż z najmądrzejszych książek! I pies nie był już od 3 lat bardziej szczęśliwy! Dziś już dwa razy w parku Łokietka wąchał trawkę… Od nadmiaru powietrza i zmysłu węchu wrażeń, wariuje ze szczęścia! Aż się zaczynam o niego martwić…
A w głowie całe strofy układam. Aż jakoś się ze mnie ulewają, kapią, nie dają spokoju dopóki nie wystukam jak Carrie Bradshow puenty. Lecz ona ma swój kochany New Jork i od 29 roku życia własną kolumnę w New York Star! A mi się marzy… Galicyjski Kraków – Miasto Literatury UNESCO. I, choć bardziej smogowe, to samo powietrze, którym oddychała Szymborska i Miłosz najbardziej mi się marzy. Może przez ten smog krakowski skrócę sobie życie, przypadkowy pulmonologiczny samobój sobie w płuca strzelę, ale co! „Non omnis moriar” – „Nie wszystek umrę”, już Horacy, a chorowity nie był na płuca, to wiedział. Ja sobie tym postem stawiam pomnik na nową swoją poetycką drogę! Po co mi myśleć teraz o jakiś kamieniarskich nagrobkach ostatecznego rzemieślnika-rzeźbiarza, co to zawsze ma ostatnią u każdego na koniec wystawę. U mnie przecież dopiero poczONtek! WRÓĆ! PoczĄtek! I zachowaj mnie już, Panie, od ortograficznych i życiowych BŁĘDÓW! I tylko o jedno proszę! Poetycki Kraków i małą rubrykę w „Tygodniku Powszechnym”!
Wasza Guwernantka
Eliza Studzińska
Po raz pierwszy
Podpisana…
Prawdziwie!
PS A tak na serio. Pierwszy wiersz i recytacja: 1,5 roku, po smacznym obiedzie u babci Jadzi Uta vel Lusia zabiera głos: „Zrobiłam kok i się titiłam. Ale bobi sioś”. Tłumaczę na język polski: „Zrobiłam skok i się spociłam, ale dobry sos”. Analiza porównawcza: „Daj, ać ja pobruszę, a ty pocziwaj”. Pierwsze zdanie zapisane po polsku w 1270 r.: „Pozwól, bym ja też mełł”.” Chyba byłam bardziej gadatliwa, już na samego życia początku…
PS 2 I tylko szkoda nowej, przedwczesnej kalendarzowej inwestycji na 2019 r. A5 -poręczny rozmiar, kolor czarny co to brudu nie znać, tak praktyczny, że aż chyba go komuś w dobre ręce oddam!