„ADHD i inne wspaniałe zjawiska”, czyli Guwernantka na spektaklu Teatru Telewizji online

Wakacje się kończą. Wkrótce zaczyna się nowy rok szkolny dla uczniów, nowy rok akademicki dla studentów, a dla miłośników szeroko pojętej kultury nowy sezon artystyczny.

Nie wiem jak Wy, ale ja lubię chodzić do teatru. W moim mieście jest Teatr Impresaryjny im. Włodzimierza Gniazdowskiego. W tym sezonie, jak i w poprzednich, w repertuarze będzie dominowała komedia, farsa i groteska. Za to w Centrum Kultury „Browar B” (w którym przez jakiś czas pracowałam) postawiono między innymi na Mrożka i Witkacego.

Po dotarciu do tych wiadomości zapragnęłam już teraz obejrzeć jakiś spektakl. To nic trudnego dzięki instytucji Teatru Telewizji online. Bo ogólnie Teatr Telewizji rusza od września. Jest emitowany w TVP 1 (poniedziałki, 20.30) i w TVP KULTURA (wtorki, 20.00).

Pierwszym spektaklem Teatru Telewizji w roku 1953 było „Okno w lesie” w reżyserii Józefa Słotwińskiego.

„Wybrałam się na spektakl” „ADHD i inne wspaniałe zjawiska”. Scenariusz, reżyseria i odtworzenie głównej roli – rewelacyjna Joanna Szczepkowska. Aktorka gra tak naturalnie, wiarygodnie, inteligentnie, na emocjach, każdym gestem, spojrzeniem, jakby to nie był spektakl, a improwizacja. O domniemanej „improwizacji” czytamy w opisie spektaklu. Wkleję linka do niego: https://teatrtv.vod.tvp.pl/84747400/adhd-i-inne-cudowne-zjawiska.

Z jaką sytuacją mamy do czynienia w sztuce? Pewna kobieta, chorująca na ADHD, ma wygłosić wykład o swojej chorobie. Jednak zamiast tego popada z dygresji w dygresję, z anegdoty w anegdotę. Robi się ciekawie, czasami śmiesznie, czasami smutno.

Spektakl nie jest monodramem, bo pojawia się w nim i druga aktorka grana przez Hannę Konarowską-Nowińską. To panna młoda, której wesele nie może się odbyć z winy bohaterki z ADHD.

Zapytałam AI ile osób na świecie choruje na ADHD: „Od 2,5 do 6,76% dorosłych (139–360 milionów ludzi); dzieci i młodzież – 3–8%”. A jak sytuacja wygląda w Polsce? To samo źródło, które małym druczkiem zaznacza: „Wyłącznie do celów informacyjnych. Aby uzyskać poradę medyczną lub diagnozę, skonsultuj się ze specjalistą. Odpowiedzi wygenerowane przez AI mogą zawierać błędy”. Polska: „Milion osób, dorośli: 4,4% populacji; dzieci 3-12 lat: 7,6% i młodzież 13-18 lat: 5,6%.

A zatem to nie jest marginalna sprawa. Powyżej są tylko liczby, dane, statystyki. Jednak, by poczuć więcej empatii i zdobyć większą wiedzę o ADHD odsyłam do spektaklu.

Pada tam sporo fajnych określeń (całkowicie niemedycznych) na opisanie stanów osób dotkniętych ADHD. Na przykład: „Zarażamy ludzi pasją i znikamy” lub „Mieszkać z tyloma nienarodzonymi planami”.

Spektakl skłonił mnie do poczytania trochę informacji o ADHD. Dowiedziałam się, że „ADHD nie jest brakiem charakteru, a zaburzeniem, które można skutecznie leczyć” – zażywać leki i chodzić na terapię.

Nazwa samego zaburzenia neurorozwojowego to: zespół nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi. Osoby dotknięte przez to mają trochę pod górkę z uwagą, uczeniem się, komunikacją i regulowaniem emocji. W pracy może być im trudno zorganizować swoje zadania czy zarządzać swoim czasem. Koledze z ADHD zdarzy się zapomnieć o terminie waszego spotkania, a jak już się spotkacie, może ci przerywać i wchodzić w słowo. Do tego dorzucę modny termin: prokrastynacja. ADHD się z tym wiąże.

Bądźmy uważni, empatyczni, wyrozumiali, wspierający. Polecam obejrzenie spektaklu „ADHD i inne cudowne zjawiska”.

PS „ADHD i inne cudowne zjawiska” miało swoją premierę w Teatrze na Dole 8.05.2019 roku, a w Teatrze Telewizji po raz pierwszy wyemitowano go 14.10.2024 roku.

Najlepszy DJ wśród kompozytorów i najlepszy kompozytor wśród DJ-ów, czyli Guwernantka pisze o Aviciim i co z tym wspólnego ma sanah?


Nie mogłam się doczekać napisania tego posta. Tak jak zapowiedziałam Wam w poprzednim wpisie przeczytałam biografię Tima Berglinga (Avicii) autorstwa Månsa Mosessona. Napisana jest ona w sposób epicki, czyta się ją jak powieść. Dziwną i niecodzienną, acz to w końcu biografia. A jak to bywa z biografiami osób już nieżyjących wiemy jak skończyło się życie dla ich bohaterów. Dlatego bardzo przykro czyta się tekst o młodym, małomównym i wrażliwym geniuszu ze Szwecji, który odszedł za wcześnie. Porównania do „klubu 27” (Amy Winehouse, Jimi Hendrix, Kurt Cobain, Janis Joplin, Jim Morrison) nasunęły mi się bardzo szybko, bo Tim popełnił samobójstwo tylko rok później, w wieku 28 lat. Laid Luke (Dj i producent muzyczny) wspomina, że: „Tim miał się stać właśnie takim artystą w muzyce house. Zdolnym, młodym, który w krótkim czasie dał publiczności bardzo wiele, by później zostać wyrwany stanowczo za wcześnie”.

Od zawsze fascynują mnie kwestie ludzkiego talentu, bo wierzę, że każdy z nas ma choćby jeden. Tim był przezdolnym muzykiem. Najlepszym DJ-em wśród kompozytorów i najlepszym kompozytorem wśród DJ-ów.

Jak wiecie misją bloga Guwernantka jest hasło uczenia się przez całe życie (ang. lifelong learning). Wiedząc, że napiszę post o Timie przy lekturze jego biografii robiłam skrupulatne notatki. Łącznie dziewięć stron dość dużego zeszytu z piękną okładką zakupionego w TK Maxx w Warszawie, która miała motywujący do podróży cytat (dokładnie już go nie pamiętam), ale przy eksploatacji zeszytu okładka odpadła 😉

Wracając do Berglinga. Szybko poznano się na jego talencie i bardzo szybko Tim zyskał sławę. Mimo sukcesu „Tim był niezwykle samokrytyczny, nic się nie liczyło, jeśli publiczności nie podobało się to, co robił. Dlatego nigdy nie odpuszczał”. Ten młody chłopak żył pod dużą presją. Najbardziej zależało mu na tworzeniu muzyki, komponowaniu, pisaniu tekstów piosenek. Jednak machina biznesu muzycznego gatunku house wymagała koncertów w klubach i na festiwalach. W końcu to naturalne środowisko dla DJ-a. Tim z każdym rokiem kariery tego nienawidził. Powiedział to wprost swojemu menadżerowi Arashowi: „Zaczynam tego nienawidzić (…). Nienawidzę występować. Nie to chciałem robić, gdy zaczynałem”.

Wcale mu się nie dziwię. Napięty grafik artysty aż puchł! Tim w pewnym okresie „zaharowywał się przez minione tygodnie. Nie tylko dopracowywał płytę, lecz także występował na festiwalach we Francji, w Anglii, Belgii, Rumunii, a co niedzielę w Ushuaii. Czasem odnosił wrażenie, jakby wytrwałość była jedyną rzeczą, dzięki której jeszcze jakoś się trzymał”.

W jeden miesiąc 2011 roku Avicii zaliczył 23 występy, m.in. w Auckland, Sydney, Perth, Melbourne, Brisbane, Pekinie, Hong-Kongu, Singapurze, Delhi, Punie i Bombaju. Nie dziwi zatem, że „w Bangkoku był już na skraju wytrzymałości, rano odmawiał wyjścia z pokoju hotelowego. Kierownik trasy musiał dzwonić do podenerwowanego organizatora w Manili, żeby przesunąć występ na Filipinach o kolejną dobę”. Tak. Bo trzeba być świadomym ilu ludzi „zatrudniał” Avicii. Na jego talencie, pracowitości i pasji tworzyły się „miejsca pracy”. I każdy naciskał jak mógł, by Tim tworzył więcej, udzielał większej liczby wywiadów, reklamował więcej produktów. To machina, o której wyluzowany nastolatek bądź nastolatka, przychodzący w wesołym nastroju na koncert nie myśli. A Tim dźwigał ten cały biznes na swoich barkach. Owszem, to działa w dwie strony. Bez ekipy Tim nie wspiąłby się na sam szczyt. To dziwna konfiguracja-zależność, która bywa fascynująca. Najważniejsze, by obie strony po prostu w pewien sposób o siebie dbały, nie myśląc tylko i wyłącznie o zyskach w euro czy dolarach.

I tu cytuję fragment książki na potwierdzenie mojej powyższej tezy: „Kupił gadaninę, że Avicii byłby nikim bez planów promocyjnych, wywiadów, efektów pirotechnicznych i laserów. Tymczasem tak naprawdę jego sukces był zasługą czegoś, co wychodziło od niego samego. Czegoś, z czym ludzie mogli się identyfikować. Jakby to, co żyło w jego wnętrzu, mieszkało również w innych”.

Wysnuję odważną tezę. O Tima dbano chyba za mało, bo wolano może pewnych rzeczy nie widzieć lub nie skomentować. A „Tim nic nie mówił towarzyszom podróży, ale zaczął wpadać w stany niepokoju. W pewnym sensie nie opuszczało go uczucie paniki, którego dostał w Bostonie parę miesięcy wcześniej. Coraz częściej nie wiedział co ze sobą zrobić, jakby wypił osiem red bulli, które go otumaniły zamiast pobudzić. Zmęczony, a zarazem ożywiony. Kilka razy zdarzało mu się rozpłakać bez powodu. Łzy po prostu spływały mu po policzkach”.

Na efekt spiętrzenia tylu negatywnych i toksycznych emocji nie trzeba było długo czekać. Przy takim niehigienicznym trybie życia jakie prowadził Tim zapadnięcie na jakąś chorobę było kwestią czasu. U niego doszło do ostrego zapalenia trzustki. Mało snu, stres i zła dieta. Lekarze zdiagnozowali u niego również zespół przewlekłego zmęczenia. Tim kilka razy był w szpitalu i nawet, leżąc w łóżku podpięty rurkami pod różne sprzęty medyczne, pracował na komputerze, tworząc hity. By jakoś utrzymywać się na powierzchni w tak pędzącej karierze, Tim nie unikał używek i uzależnił się od leków. „Zażywał tabletki na bazie amfetaminy, by mieć siłę siedzieć nocami przy komputerze, brał środki uspokajające, by uporać się z odczuwaną presją”.

Pod koniec życia, kiedy skupił się totalnie na swojej duchowości doszedł do następującego wniosku: „(trzustka) Jej stan zapalny interpretowano jako formę zagrożenia – on sam również tak to rozumiał – coś, co hamowało jego karierę. Teraz jednak Tim uważał, że wszyscy powinni byli odebrać chorobę zupełnie inaczej: jako wołanie organizmu o pomoc”. Trudno się z tym nie zgodzić.

Tim świadomie zaprzestał koncertowania, co było dla niego bardzo uwalniającym uczuciem, bo jak mówił: „Mało wiedziałem o świecie, byłem naiwny i ciągle w biegu, niekończącej się trasie – bo zgadnij, co się dzieje, kiedy zakończysz podróż dookoła świata. Po prostu zaczynasz od nowa”.

W trakcie odpoczynku od niekończących się tras koncertowych Tim nabrał dystansu i doszedł do pozytywnych wniosków: „Po raz pierwszy od naprawdę dawna poczułem się trochę dumny”.

Mocno zaangażował się w duchowość Wschodu. Czytał o tym książki oraz medytował. „Tim sądził, że odkąd przestał koncertować zaczęły mu się przytrafiać dziwne rzeczy. Przykładowo, błyskawicznie nauczył się gry na pianinie. Wydawało się, jakby wszechświat – a może nawet swego rodzaju niematerialna energia – życzył mu jak najlepiej. Był niczym glina w rękach potężnej siły, która formowała go, odlewała w człowieka, jakim chciał się stać”.

Czytając to czym się interesował w czasie wolnym i w jakie dziwne teorie wierzył nasunęło mi na myśl tezę, że lekko „zdziwaczał”. Moim zdaniem w tej swojej odnalezionej duchowości się pogubił. Po czasie mówił wielokrotnie, że wszystko jest bez sensu. To musiało go dobić i rozczarować.

Tim nie porzucił nigdy swojej pasji. Mówił: „Muszę od nowa nauczyć się słuchać muzyki. Uwolnić się od tych wszystkich myśli z nią związanych, które nie są nawet logiczne. Muszę odnaleźć spokój albo chęć, które przeciwstawią się mojemu przyziemnemu dążeniu do sukcesu, bo to nie jest zdrowy stan, generuje więcej stresu i <<pożądania>> niż szczęścia”.

Tim w swoim życiu artystycznym doświadczył nie tylko blasków sławy, ale i jej cieni. Wystarczyła gorsza forma i piosenka a już podnosiły się głosy krytyki, nawet ze strony „fanów”. Przykra okazała się parodia w Saturday NightLive. Program „Zrobił skecz o Davvinciim, kreatywnym DJ-u, który nie musiał się wysilać za konsolą, więc smażył jajka i bawił się kolejką elektryczną, podczas gdy zahipnotyzowana publiczność wyczekiwała epickiego dropa. Fani obsypywali DJ-a biżuterią i kartami kredytowymi, a uśmiechnięci biznesmeni w garniturach przynosili mu worki z pieniędzmi”. “Bardzo męczyła go karykaturalna wizja DJ-a, który nie robi nic poza wyjściem na scenę oraz wciśnięciem guzika i który nie musi sobie zapracować na uznanie widowni. Gdyby tylko wiedzieli, jak haruje. Gdyby tylko potrafili zrozumieć, jak bardzo zależy mu na pisaniu piosenek i barwach kompozycyjnych”.

A wystarczyło tylko się zabić (mówię to ze smutną ironią), by „kolumny w gazetach wypełniały wspomnienia Aviciiego jako nieustraszonego wizjonera, który dzięki swoim nieoczekiwanym decyzjom przyczynił się do odnowienia całego gatunku”.

Tim dobrze rozumiał jak wyboistą drogę życiową przebył. Był również świadomy, że z pewnością nie on jeden boryka się z podobnymi problemami. W jego głowie i sercu pojawiła się myśl niesienia pomocy innym.

„Tim Bergling coraz swobodniej mówił o swoich uczuciach. Poinformował zespół, że chciałby udzielić większych, poważnych wywiadów na temat swojego zdrowia dziennikarzom, którzy potrafiliby przekazać jego historię”. Co więcej, „Tim bardzo chciał się podzielić swoją opowieścią przy odpowiedniej sposobności, z odrobiną dystansu powspominać swoje uzależnienie od lekarstw, pomówić o duchowości i zdrowiu psychicznym. Wyznał kilkorgu przyjaciół, że kiedyś chciałby napisać biografię – jego historia na pewno mogłaby pomóc komuś w podobnej sytuacji”.

Jak dowiadujemy się na koniec biografii jego koledzy i przyjaciele z podobnymi problemami co Tim po jego śmierci rzucają używki, idą na terapię czy odwyki. Oni zawdzięczają Timowi więcej niż fani, bo ci kilku skocznych kawałków, a tamci – życie.

Czytałam nie tylko książkę o Aviciim. Jego muzyka zapętlała się na moim Spotify, oglądałam teledyski na YouTubie. Jeju! Jakie one są dobre, ponadczasowe, piękne! Do niektórych szalałam na imprezach czasami nie widząc, że są autorstwa Tima.

Artysta ten był wyjątkowy w swojej branży. „MacDavis zaśpiewał balladę, której nadał tytuł <<Addicted to You>> . Była kolejną historią o miłości, o kimś, komu namiętność przysłania świat. Tim podłączył gitarę do komputera i włożył słuchawki. Pracował szybko, jego palce mknęły po klawiaturze. MacDavis siedział mu za plecami i patrzył na odbicie jego twarzy na ekranie bijącym niebieskim światłem. 20 minut później Szwed zdjął słuchawki i odwrócił się w stronę muzyka << Co o tym sądzisz?>> Z głośników popłynęła muzyka tak pompatyczna, jakby była grana przez całą orkiestrę. Nawet sam Elvis Presley nie oczarował MacDavisa w podobnym stopniu”. Po tym cytacie mamy już jasność. Tim Bergling był geniuszem.

Artysta snuł plany na przyszłość. Do terapeuty Paula Tannera pisał: „Rzecz w tym, że chcę mieć normalne życie. Chciałbym mieć dziewczynę i rodzinę. Ale muszę też zyskać stan oświecenia. Muszę pomóc światu. Potrzebuję celu”. Panował również ojcostwo.

Tim od okresu dojrzewania zmagał się z uporczywym trądzikiem, co było powodem jego dużego kompleksu. Ten wpis zieje raczej smutkiem. Wpuszczam lekki uśmiech. „Kupił sobie używany złoty rolex ze szkiełkiem szafirowym i tarczą wysadzaną ośmioma diamentami, a na koncie firmowym i tak zostało jeszcze ponad 200 tys. koron. Dla Tima zaś było najważniejsze to, że nareszcie zaczął leczenie trądziku, które rzeczywiście przynosiło skutek”.

By osiągnąć prawdziwy sukces potrzeba czegoś więcej. I to właśnie z pewnością miał Tim, bo: „sprawiał wrażenie szczerego, naturalnego – czego nie można było powiedzieć o wielu innych” oraz „miał wyczucie przestrzeni, lekkości oraz wrażliwość i tym się wyróżniał”.

I na sam koniec przesłanie Aviciiego:

„Roztaczajcie radość poprzez moją muzykę w jej przesłaniu. I cieszcie się sukcesem, lecz nie tym materialnym. Nadajcie piosence duszę – tak, by zarażała odbiorców. Najważniejsza mantra, jaką możesz sobie wybrać to <<Kocham cię>>”.

I tak sobie myślę o polskim poletku show-biznesu. Najbardziej zapracowaną artystka jest z pewnością sanah. Co i rusz widzimy jej nowe i ciągle zaskakujące fanów projekty. A od dłuższego czasu obserwuję jak Zuzia schudła. Nie znam szczegółów ani przyczyn, ale to jest fakt. Artystka wygląda mizernie. Broń Boże nie chcę tworzyć paralel i przewidywań. Chodzi jedynie o sam schemat. Pewnie w branży to temat tabu. Jak jesteś sanah to musisz być sanah na sto procent.

Spełnienie literackich i filmowych marzeń, czyli Guwernantka nadrabia zaległości

Są książki, które od zawsze chcesz przeczytać, ale musi nadejść na nie pora. Dla mnie taką książką od zawsze były „Wichrowe Wzgórza” autorstwa Emily Jane Brontë napisana w 1847 roku. A zatem od jej wydania do mojej jej lektury minęło dokładnie 178 lat. Jednak nigdy nie jest na nic za późno. Zwłaszcza jeśli chcemy zapoznać się z dziełem zaliczanym do kanonu literatury angielskiej pod hasłem „arcydzieło”.

Emily Brontë miała równie utalentowane literacko siostry: Charlotte i Anne – wszystkie pisarki doby wiktoriańskiej.

Moja przygoda z „Wichrowymi Wzgórzami” nie zaczęła się kilka tygodni temu, kiedy wypożyczyłam ją z biblioteki w języku polskim. Ładne wydanie z 2024 roku tylko zachęcało do lektury. Książkę czytałam w tłumaczeniu Pawła Bulskiego. Pamiętam, że jakoś w czasie pandemii kupiłam na Allegro oryginalne wydanie „Wuthering Heights”, ale ostatecznie go nie przeczytałam. Szczerze? Trochę zniechęciła mnie malutka czcionka, ale teraz kiedy po tym czasie ją otwieram myślę, że dałabym radę ją przeczytać. Aktualnie po lekturze w języku polskim, a potem obejrzeniu ekranizacji, byłoby mi znacznie łatwiej połapać się w fabule. A czytanie w obcym języku to świetna forma nauki. Choć cały czas ciągnie mnie, by zdać w końcu egzamin Advanced (C1) z angielskiego, skupiam się aktualnie na nauce włoskiego.

Książka bardzo mi się spodobała. Pasuje do niej określenie „gotycka”. Uwielbiam klimat Anglii. Jej krajobrazy kojarzę z ekranizacji powieści Jane Austen. Fajnie, że udało mi się obejrzeć również ekranizację „Wichrowych Wzgórz” (reż. Peter Kosminsky, 1992 r.). W roli Cathy Earnshaw/Cathy Linton-Heathcliff wystąpiła rewelacyjna Juliette Binoche. Aktualnie bardzo rozpoznawalna na świecie francuska aktorka. Jednak 33 lata temu dopiero zyskiwała międzynarodową sławę. Duże wrażenie zrobił na mnie jej świetny angielski akcent. W ogóle bym się nie połapała, że to Francuzka. Gra świetnie, błyszczy urodą i aktorską inteligencją. W roli Heathcliffa wystąpił różnie rewelacyjny Ralf Fiennes. To z pewnością nie była dla niego łatwa rola, ale moim zdaniem ją udźwignął.

Akcja powieści i filmu rozgrywa się w XVIII w. w północnej Anglii. Warto nadmienić, że wrzosowiska z „Wichrowych Wzgórz” są dzisiaj częścią parku narodowego North Yorkshire Moons. Jest tam pełno łanów wrzosów! To musi wyglądać magicznie i klimatycznie.

Emily Brontë miała 29 lat gdy pisała swoją jedyną powieść. Rok później zmarła. Z pewnością gdyby nie to miałabym więcej jej książek na liście „Przeczytać koniecznie”.

Fajnie najpierw zapoznać się z książką a potem obejrzeć ekranizację. W czasie oglądania konfrontowałam własną wyobraźnię z wyobraźnią reżysera, scenografa, kostiumografa… To bardzo inspirujące zderzenie. W książce zawsze jest i będzie więcej szczegółów odnośnie co do miejsc czy postaci. Rozwój tych ostatnich jest dokładniejszy i bardziej rozwinięty. Poza tym to świetna rozrywka wyobrażać sobie świat przedstawiony. To jak wyglądają bohaterowie lub miejsca, gdzie toczy się akcja. Jeśli poświęcimy najpierw czas na lekturę będziemy w stanie samodzielnie ocenić, czy film oddaje ducha oryginału. To właśnie z tego powodu niektóre powieści mają po kilka wersji filmowych.

Największą liczbą ekranizacji może poszczycić się powieść Arthura Conan Doyle’a „Przygody Sherlocka Holmesa” z 250 adaptacjami. 200 adaptacji ma „Opowieść wigilijna” Charlesa Dickensa. To naprawdę robi wrażenie. Zresztą, nie tylko o inną wyobraźnię potencjalnych reżyserów tu chodzi. Nośny tytuł powieści może przyciągnąć do kin czy przed telewizory tysiące, jeśli nie miliony, ludzi. A to przekłada się na realne pieniądze.

Zachęcam do lektury „Wichrowych Wzgórz” i obejrzenia filmu. Nie wiem czy jest on dostępny na jakiejś platformie. Ku mojemu zaskoczeniu na stronie CDA można obejrzeć całe pełnometrażowe ekranizacje kolejno z 1939 r., 1970 r. i 1992 r. Jest zatem w czym wybierać. Ja na razie poprzestanę na najnowszej wersji. Czas wolę poświęcić na odkrywanie kolejnych fascynujących światów przedstawionych w innych powieściach lub książkach z innego gatunku. Na przykład non-fiction. Już wypożyczyłam sobie biografię DJ’a Avicii, czyli Tima Berglinga. Zapewne po lekturze też się do Was odezwę. Może uda mi się obejrzeć filmy dokumentalne na jego temat. „Avicii – True Story” (2017 r.) i „Avicii – Jestem Tim” (2024 r.).

To zabawne, ale „Wichrowe Wzgórza” to również tytuł tureckiej telenoweli jeśli zamiast „wzgórza” powiesz „wzgórze”. Można się pomylić ;). „Serial <<Wichrowe wzgórze>> to emocjonująca opowieść o miłości, nienawiści i skomplikowanych relacjach rodzinnych, rozgrywająca się w małym tureckim miasteczku. Głównymi bohaterami są Zeynep i Halil, których losy splatają się w nieoczekiwany sposób, na zawsze zmieniając ich życie”. Podobne? Podobne!

Dobra cenzurka na całe życie i cuda świata, czyli Guwernantka pisze o samodoskonaleniu i podróżach marzeń

No i proszę. Pierwszy weekend wakacji za nami. Nie wiem jak Wy, ale ja zawsze mam na koniec czerwca refleksję, że minęło pół roku 2025 (!). I to mnie zawsze przeraża. Czas tak szybko płynie. Pleśnieją jabłka, czerstwieje chleb, pofrunęły dmuchawce. Cóż, jakoś trzeba się z tym pogodzić, wierząc, że dany czas wykorzystaliśmy najlepiej jak potrafiliśmy. Mi udało się dostać fajną pracę, za co jestem wdzięczna losowi. Moje opowiadanie opublikował „Czas Literatury”. Zostałam laureatką w Konkursie Jednego Wiersza „Woda i ogień” w trakcie klimatycznego świętojańskiego poezjowania wokół tradycji i poezji słowiańskiej w Krzywogońcu. Miłe to.

Dalej rozwijam swój warsztat pisarski, pisząc opowiadania, wiersze… Zaczęłam pisać scenariusz serialowy, ale na razie to zarzuciłam. Sprawa jest ciekawa, bo jestem po warsztatach scenariuszowych w ramach TransPortu Literackiego w Rogowie (gdzie mieszkała w hotelu większość uczestników i wszyscy prowadzący pracownie) oraz Kołobrzegu – miejscu festiwalowemu. Jest ich (pracowni) bardzo dużo. Jeśli piszesz to zerknij na ofertę Biura Literackiego. Może znajdziesz coś dla siebie.

A tymczasem wakacje! Wspominam swoje szkolne lata. Przez dwanaście z nich zawsze był czerwony pasek i wzorowe zachowanie. Pamiętam, że miało to dla mnie duże znaczenie. Od zawsze szukałam, i niestety nadal chyba szukam, wszelkich potwierdzeń swoich kompetencji, dokonań, zdolności. Jeśli dany temat mnie zainteresował i chciałam związać się z tym być może zawodowo na przyszłość, po prostu wybierałam najlepszą podyplomówkę w tym zakresie. Tak było z dyplomacją kulturalną i creative diplomacy na Collegium Civitas wraz z Instytutem Adama Mickiewicza oraz zarządzaniem projektami na Akademii Leona Koźmińskiego. Poświęciłam dwa lata, by jak najlepiej przygotować się do wymarzonej pracy w Instytucie Adama Mickiewicza (dodam w Warszawie, bo ludzie czasami myślą o Poznaniu – Uniwersytet Adama Mickiewicza). I co? Taka „wyedukowana” składałam CV, ale bez sukcesu, bo nie znałam języka rosyjskiego a akurat taka osoba była poszukiwana. Widocznie tak miało być, a wiedza ze studiów i tak we mnie cyrkuluje. Jeszcze bardziej musiałam sobie coś udowodnić, idąc na studia pisarskie. Wybrałam Podyplomowe Studia Literacko-Artystyczne na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Przez dwa lata dwa razy w miesiącu wsiadałam w piątek rano do pociągu, by przejechać z Włocławka 700 kilometrów, aby po południu do 20.00 uczestniczyć w zajęciach, a potem we wspólnym (czasami) wyjściu grupowym gdzieś na miasto.

Czy pisarz lub poeta muszą mieć „papier”, że nimi są? Zapewne nie! Mam w sobie coś takiego jak perfekcjonizm, może i trochę brak wiary w siebie, że ciągle muszę sobie coś udowadniać.

Ależ, ależ! Już minęła połowa kartki, a ja tylko o sobie. A chciałam o czymś innym, wakacyjnym. A mianowicie kupiłam dawno temu w antykwariacie na osiedlu Bemowo w Warszawie, gdzie mieszkałam, książkę: „Cuda świata” z serii „Podróże marzeń” Biblioteki „Gazety Wyborczej”. W środku „cudeńka” z każdego kontynentu. Czytając, wertując, czy pobieżnie rzucając okiem na tę pozycję, można rzeczywiście przemyśleć i zaplanować odleglejsze (ale niekoniecznie) wojaże. Destynacji jest dużo, każda opisana skrótowo. Raczej zatem na zachętę, na przynętę. A co mówi o tej książce blurb? „Poznasz najwspanialsze metropolie, najpiękniejsze parki narodowe, niebosiężne szczyty, potężne wodospady, bajeczne wyspy i urzekające krajobrazy wszystkich kontynentów. Sto miejsc, które musisz zobaczyć, zachwycające fotografie, fakty i ciekawostki. Wyjątkowy album, który zabierze Cię w podróż szlakiem najpiękniejszych miejsc na Ziemi”. Z ciekawością patrzę, czy są jakieś miejsca już przeze mnie odwiedzone. To Montmartre w Paryżu, Via dei Fori Imperiali w Rzymie, Hradczany w Pradze. Mało… W dodatku nigdy nie wyjechałam poza Europę. A moim marzeniem jest w końcu odwiedzić Londyn. Podróż tak przyziemna i oczywista, ale dla mnie ważna. I znowu odzywa się we mnie „belfer”. Hola, hola! Zdaj C1, albo chociaż B2. Miej najpierw w ręku „papier”, a dopiero potem bilet. Tak miałam z Paryżem. Roczny projekt blogowy „J’arrive” i wizyta w wymarzonym Paryżu. Akurat teraz uczę się włoskiego, a jest ponoć zasada, by najlepiej uczyć się jednocześnie tylko jednego języka. A zatem jestem przekonana, że będę chciała wkrótce eksplorować Włochy. A tam cuda świata, których nie widziałam są następujące: Toskania, Canale Grande (Wenecja), Zatoka Neapolitańska.

Życzę Wam wszystkim udanych wakacji i urlopów. Ja swój planuję wziąć chyba na jesieni. Unikam słońca. Ale nie będę unikała okazji, by do Was napisać. Trzymajcie się, miłego tygodnia!

Jak pracują i gdzie śpią, czyli Guwernantka czytała o sławnych “ludzieńkach”

Lubię świat artystów od kuchni. Czytać o tym jak wyglądała ich codzienna praca, czy chodzili na długie spacery, albo jaki widok mieli na oknem. Książkami, które niejako uchylają w tej sprawie rąbka tajemnicy jest kilka. Ja przeczytałam: „Jak oni pracują” tom pierwszy autorstwa Agaty Napiórskiej. W tej części zaglądamy przez ramię takim twórcom jak: Andrzej Sapkowski, Jacek Dehnel, Bohdan Butenko, Jerzy Pilch, Katarzyna Bonda, Joanna Bator, Przemek Dębowski, Sylwia Chutnik, Wanda Chotomska, Marek Bieńczyk, Michał Śledziński, Beata Chomątowska, Papcio Chmiel, Łukasz Orbitowski, Józef Wilkoń, Michał Rusinek, Łukasz Łuczaj, Michał „Śledziu” Śledziński, Małgorzata Rejmer, Jan Hartman, Tadeusz Rolke, Agata „Endo” Nowicka, Katarzyna Zyskowska-Ignaciak, Andrzej Heidrich, Zbigniew Lew-Starowicz, Aleksandra Waliszewska, Henryk Jerzy Chmielewski, Zbigniew Libera, Marcin Maciejowski, Jan Bajtlik, Tomasz Leśniak, Rafał Skarżycki, Borys Lankosz, Robert Gliński, Małgorzata Gutowska-Adamczyk, Jan Koza, Grzegorz Kazdebke, Tomasz Kołodziejczak, Teresa Wilbik, Katarzyna Stanny, Iwona Chmielewska, Edward Lutczyn, Barbara Kosmowska, Aleksandra Niepsuj, Agata Królak, Marek Raczkowski, Jakub Żulczyk, Mariusz Szczygieł, Anka i Wilhelm Sasnalowie, Inga Iwasiów, Bohdan Zadura, Joanna Rajkowska, Zuza Krajewska, Maciej Wojtyszko, Joanna Concejo, Barbara Wrońska, Filip Springer, Katarzyna Bogucka, Hanna Polak, Bartek i Tomek Minkiewicz, Agata Bielik-Robson. Drugi tom: Katarzyna Kozyra, Barbara Falender, Agata Bogacka, Marcin Wicha, Ewa Winnicka, Cezary Łazarewicz, Joanna Karpowicz, Mirella von Chrupek, Maurycy Gomulicki, Wojciech Chmielarz, Anna Dziewit-Meller, Marcin Meller, Justyna Bednarek, Tomasz Samojlik, Malwina Konopacka, Jacek Hugo-Bader, Angelika Kuźniak, Tadeusz Baranowski, Olga Wróbel, Daniel Chmielewski, Natalia Fiedorczuk-Cieślak, Olga Drenda, Alicja Długołęcka, Janusz Kapusta, Monika Brodka, Paulina Przybysz, Marcin Masecki, Wiktoria Podolec, Marcin Podolec, Ewa Bińczyk, Lidia Popiel, Jagoda Szelc, Dawid Ryski, Emilia Dziubak, Justyna Bargielska, Ania Kuczyńska, Marta Dymek, Zygmunt Miłoszewski. Dlaczego napisałam tę litanie imion i nazwisk na pół strony? Bo to najlepsza recenzja tych książek. Choć może nie dokładnie recenzja, ale zachęta do sięgnięcia po lekturę. Mogą nas zainteresować jedna, kilka, kilkanaście nazwisk i przeczytamy te pozycje jednym tchem. Dopisek do książki brzmi: „Rozmowy o pracy, pasji i codziennych sprawach polskich twórców”.

Idąc tropem znanych osób, które tworzyły kulturę i są ważni w jej obiegu przeczytałam książkę pt. „Domy pisarzy” (pierwszy tom) autorstwa Marzeny Mróz-Bajon – dziennikarki, podróżniczki, fotografki. Podążając podobnym tokiem myślenia i filozofią promocji przeczytania tej pozycji wymienię bohaterów tej książki, a zatem domy: Czesława Miłosza, Konstandinosa Kawafisa, Gabriela Garcíi Márqueza, Rabindrranatha Tagorego, Williama Faulknera, Leonarda da Vinci, Trumana Capote’a, Michaiła Bułhakowa, Ezry Pounda, Oscara Wilde’a, Ernesta Hemingwaya, Marka Aureliusza, Maria Vargasa Llosy, Ingmara Bergmana, Tomasza Manna, Matsua Bashō, Sławomira Mrożka.

Przyznajcie, sporo kilometrów wzdłuż i wrzesz globu przemierzyła autorka tropem znanych i cenionych artystów. Tak samo Agata Napiórska wyruszyła w drogę, tocząc wiele rozmów i mając mnóstwo spotkań zapewne przy kawie bądź herbacie.

Lubimy (przynajmniej część społeczeństwa) czytać książki. Za każdym dziełem stoi jego twórca. Działa tutaj podobny mechanizm jak ze współczesnymi celebrytami. Bo niby po co zaglądamy na „Pudelka” czy kupujemy magazyn „Show”, albo tygodnik „Na żywo”. Lubimy kulisy. Chcemy posiadać wiedzę co jedzą, co piją, gdzie jeżdżą na wakacje, co uważają na każdy możliwy temat, a odpowiedź gwiazdy: „Nie mam wiedzy w tej sprawie, nie wypowiem się” to zmora i koszmar dziennikarzy portali „Pomponik” czy „Plotek”.

Z naturą człowieka się nie wygra. Bardziej blisko jest to, że czasami interesuje nas nawet życie sąsiadów. Czy kiedykolwiek próbowałeś/aś fortelu szklanka-ściana? No, to wiesz o czym mówię. Ważne, by mieć obok siebie przyjaciół i znajomych z którym dzielenie życia jest na jasnych zasadach.

Sprawa chłopek a turystyka skansenowa, czyli Guwernantka przeczytała “Chłopki” Joanny Kuciel-Frydryszak

Przeczytałam. Po odczekaniu swojego w bibliotecznej kolejce (12 czy 14 osób było przede mną) do moich rąk trafiła książka “Chłopki. Opowieść o naszych babkach” Joanny Kuciel-Frydryszak. Egzemplarz to wyjątkowy, bo z dedykacją autorki: “Dla Czytelniczek i Czytelników Miejskiej Biblioteki Publicznej we Włocławku Joanna Kuciel-Frydryczak Włocławek, 13.03.2024”. Niestety nie byłam na spotkaniu autorskim z jej udziałem. A szkoda.

“Chłopki” zostały obsypane “deszczem” nagród: dwoma Bestsellerami Empiku 2023 w kategorii “Literatura faktu” i “Audiobook”, Nagrodą Społeczności Akademickiej Uniwersytetu Jagiellońskiego w plebiscycie “Mądra Książka Roku” oraz uzyskały nominację do Nagrody Literackiej Nike 2024. Aż mi głupio, że nie przeczytałam tego niekwestionowanego bestsellera wcześniej, ale czy to aż takie ważne? Premiera książki była dokładnie 17 maja 2023 roku. A zatem skończyłam ją czytać 31 maja 2025 roku – dwa lata i piętnaście dni po wypuszczeniu jej na rynek księgarski.

Lektura ta była dla mnie wstrząsająca. Miejscami łapał mnie smutek oraz wzruszenie. W wielu aspektach przeczytałam i potwierdziłam empirycznie na swojej własnej rodzinie podobne koleje losu, pomijając na szczęście te najbardziej tragiczne, niesprawiedliwe, krzywdzące.

Czytałam o latach z reguły ’30. Dotąd myśląc 1932 czy 1938 rok widziałam rzeczywiście tylko miasta. Styl ubierania tamtej dekady to: dopasowane sukienki, garsonki, kapelusze, mocno podkreślone usta i oczy, loki oraz fale na włosach. A jakie fotografie widzę w „Chłopkach”? Smutnych ludzi, często na boso, są trochę jak „ciosani z drewna” (tak, tak właśnie pomyślałam, wiem, że to niemiłe określenie).

Choć to nie powieść, a książka z działu literatury faktu i reportażu, czyta się ją jednym tchem. Podziwiam sposób pisania autorki, który z pewnością wymagał od niej mrówczej pracy. Widzę ją przy biurku otoczoną notatkami.

Lektura mija na poznawaniu trudnych losów kobiet. Żyją w złych warunkach mieszkaniowych, higienicznych, żywieniowych. Ciężko pracują w polu i wychowują gromadę dzieci. Najbardziej bolały mnie fragmenty o braku możliwości edukacji. Często zdolne i ambitne chłopki są zauważane przez nauczycieli czy dyrektorów szkół i ci skłaniają (wręcz błagają) rodziców, by dalej edukowali swoje córki. Niestety nie wszyscy na wsi uważali rozwój intelektualny za ważny, sądząc, że szkoły są niepotrzebne kobietom. Zdaje się, że te wiejskie przedstawicielki nie mają żadnych praw i głosu.

Jednak w książce, zgodnie z koleją rzeczy, następuje na wsi postęp. Poznajemy historię chłopek, które mimo trudności się uczą. Część pracuje jako służące czy wyjeżdżają za granicę na saksy.

No i kwestia zamążpójścia niczym transakcja „za morgi”. Poznajemy dramat często młodych dziewcząt, które poślubiają starszych od siebie mężczyzn.

Wiele gorzkości w tej książce. Po lekturze trudno pozostać obojętnym, zwrócić do biblioteki książkę i zapomnieć. Nie da się. To część historii naszego narodu. Herstorie (jak się często teraz to określa) najbliższych nam osób. Może kogoś skłonią do zadawania pytań swoim babciom.

Na koniec ciekawa informacja:

„Większość Polaków, prawdopodobnie powyżej 90%, ma wiejskie korzenie, choć wiele osób nie identyfikuje się z tym pochodzeniem, szukając szlacheckich przodków. Statystyki wskazują, że 40% Polaków mieszka obecnie na wsi, a znaczna większość mieszkańców wsi pochodzi z obszarów wiejskich. Z kolei badanie CBOS wykazało, że 15% osób mieszkających w miastach ma wiejskie korzenie”.

To co? Może zamiast Muzeum Narodowego w Warszawie pojedziemy do Muzeum Wsi Mazowieckiej w Sierpcu? Może zamiast Muzeum Narodowego w Krakowie warto zobaczyć Nadwiślański Park Etnograficzny w Wygiełzowie? Zobaczyć osobiście i pokazać swoim dzieciom zabytkowe chaty, spichlerze, stodoły. Wyprawa na cały dzień. Ja na szkolną wycieczkę pojechałam do Kujawsko-Dobrzyńskiego Parku Etnograficznego w Kłóbce. Duża atrakcja. Pamiętam ognisko z kiełbaskami. To był dobry czas. Zobaczyć dziedzictwo wsi. Poczuć się niczym Jagna w „Chłopach” Władysława Reymonta. Ruszajcie tłumnie do skansenów!

“W Czytelniku przy stoliku”, czyli Guwernantka też tam była, herbatę wypiła i udzieliła wywiadu

Jako wstęp do posta przytoczę kilka ciekawych cytatów:

“Bez kawiarni nie ma literatury”

Sándor Márai – węgierski pisarz

“Wszelką rewolucję artystyczną wywołują kawiarnie”

Tadeusz Kantor

“Kawiarnia może stać się nałogiem jak wódka”

Witold Gombrowicz

“W Polsce pewni ludzie w ogóle mają w pogardzie kawiarnie, jako miejsce, gdzie zbierają się lenie, trutnie i plotkarze. Oni są zapracowani dla dobra rodziny i społeczeństwa, nie mają chwili oddechu, momentu wolnego, żeby papierosika zapalić, a tamci, szydercy, prześmiewcy, wysiadują w kawiarni, tracą czas”.

Tadeusz Konwicki

Ten post pragnę zadedykować Redakcji magazynu literackiego “Twórczość”, a zwłaszcza panu Antoniemu Winchowi który, spośród zapewne wielu opowiadań, wyłuskał moje pt. “Pan Wsobny”.

A wszystko to wydarzyło się w grudniowym wydaniu “Twórczości” w 2023 r. Co więcej, dzięki tej publikacji miałam wieczór autorski w Czytelniku, a potem odwiedziłam redakcję “Twórczości”. Wywiad, który przeprowadził ze mną wówczas pan Antonii Winch, jest dostępny do obejrzenia na YouTubie (link w komentarzu).

Czym jest magazyn “Twórczość” i dlaczego rozpiera mnie duma, że zajmuję w nim strony 33-43?

Zapytałam o to Googla i odpowiedział mi w postaci “przeglądu AI”: <<“Twórczość” to najstarsze czasopismo literackie. Miesięcznik ukazujący się od 1945 roku. Publikuje współczesną poezję, prozę, eseje poświęcone literaturze polskiej i światowej, a także materiały archiwalne. Publikuje twórczość polskich pisarzy (znanych i debiutantów) oraz autorów zagranicznych. Wśród redaktorów naczelnych byli m.in. Kazimierz Wyka, Jarosław Iwaszkiewicz, Adam Ważyk>>. W 2023 roku miałam okazję poznać redaktora naczelnego pana Mateusza Wernera.

Jaka wielka była moja radość, kiedy w bibliotece we Włocławku natknęłam się na ksiażkę pt. “Przy stoliku w Czytelniku” napisaną przez Jarosława Molendę. Od razu wiedziałam, że napiszę o tej książce post na Guwernantce, więc czytałam ją uważnie i wnikliwie, robiąc notatki. Dlatego ten wpis będzie obfitował w cytaty. Gotowi? A zatem zaczynamy! Wchodzimy do Czytelnika, siadamy przy stoliku, zamawiamy kawę i wuzetkę. Może przysiądzie się do nas Gustaw Holoubek, Jan Himilsbach albo Tadeusz Konwicki?

Kawiarnia Czytelnik była wzorowana na Caffè Greco w Rzymie czy Caffè de Flore w Paryżu. Oficjalne otwarcie kawiarni nastąpiło 29 kwietnia 1957 roku. Kawiarnia Czytelnik mieści się przy ulicy Wiejskiej 12a w Warszawie.

Pierwszy cytat o Czytelniku: “Ten lokal to był fenomen i przychodzili tam ludzie nie tylko pracujący umysłowo czy dobrze sytuowani, ale tacy którzy reprezentowali sobą wysoki poziom kulturalny, co wiązało się z umiejętnością rozmawiania, opowiadania, pewnego kodu towarzyskiego. Mieli też czas i byli po prostu ważni dla Polski”.

A co o całej sytuacji z Czytelnikiem mówił Tadeusz Konwicki?

“To prawda, że jestem niecierpliwy, ale jestem też pedantem. Przez lata wkraczałem tam punktualnie o 11.00, jak z uderzeniem Big Bena. Byłem najsolidniejszym bywalcem. Spędzałem tam godzinę, półtorej. To był rodzaj pedanterii, to porządkowało mój dzień. I, o dziwo, nie piłem kawy, tylko herbatkę. Jedną na posiedzenie. Mówiłem wam już parokrotnie, że jestem ascetą”.

Kolejny ciekawy cytat:

“W Czytelniku działo się bardzo dużo. Chyba nawet za dużo, bo szybko zaczęli się do niego wkradać nieproszeni goście. Część z nich chciała usłyszeć lub chociaż zobaczyć słynnych pisarzy, aktorów i gwiazdy estrady. Zdarzało się także, że nawet chwilowi bywalcy przypisywali sobie wielkość artystyczną i płynący splendor, mając nadzieję, iż także na nich spłynie odrobina charyzmatycznej chwały. I zwykle tak się działo”.

Jednym z najważniejszych “stolików” należał do Tadeusza Konwickiego, pisarza i filmowca. “Według Kazimierza Kutza przy stoliku Konwickiego liczyły się dowcip, kpina, celne szyderstwo, błyskotliwa uwaga. Przepustką do stolika były dokonania artystyczne. To było otwarte towarzystwo, które z radością witało każdego, kto coś ciekawego zrobił a jeśli przy okazji okazywało się, że ten człowiek jest sympatyczny, dowcipny, to już nic więcej nie było trzeba. Warto również powiedzieć, że miejsce przy stoliku nie było dane raz na zawsze. Towarzystwo brało udział w życiu kulturalnym: czytało wszystko, oglądało wszystko i miało na ten temat określone zdanie. Jeśli ktoś się zeszmacił, wypuścił knota, był odstawiany”.

Ten stolik “huczał śmiechem, ale też nie mógł uniknać poważnej rozmowy, gdy tylko stało się coś ważnego, każde wydarzenie musiało być tu omówione, przeżute, odreagowane śmiechem lub choćby uśmiechem”.

Jacek Żakowski wspomina stolik Tadeusza Konwickiego i Gustawa Holoubka: “W samo południe w stołówce Czytelnika różni ludzie przy innych stolikach załatwiali ważne interesy, umawiali spotkania, zbawiali ojczyznę. A oni wciąż wybuchali irytującym śmiechem. Potem milkli, pochylali się ku sobie i znów eksplodowali szaloną radością, gwałtownymi wybuchami beztroski w kraju kartek na mięso, obozów, więźnień, cenzury, represji, upadającej gospodarki. Miano im za złe tę ostentacyjną radość życia, publiczne śmiechy-chichy poważnych pań i mężczyzn wprost wymarzonych do roli Matek Polek i Ojców Narodu”.

Kazimierz Kutz o Czytelniku: “To był azyl wolności wyrosły ze starej skamandryckiej tradycji. Zbierał najwybitniejszych, których łączyły światopogląd, wzajemna sympatia i uznanie, indywidualizm i prześmiewczy charakter”.

Krystyna Kofta: “Czytelnik to szczególne miejsce, jeśli jakieś miejsce jest kultowe, to z pewnością jest to właśnie czytelnikowska kawiarnia przy Wiejskiej. Omawiamy tu to, co dzieje się w świecie, kraju, w mieście. W literaturze, choć o pisaniu rozmawia się oszczędnie, to intymna czynność”.

Tadeusz Konwicki: “Nie wolno było opowiadać filmów i streszczać snów. Ja to wymogłem, bo to nudne. Jestem uwrażliwiony, mam wręcz alergię na nudę. Ze względu na stan zdrowia nie mogę przebywać z nudziarzami. No i nie wszystkich chcialiśmy widzieć przy stoliku. Nie zawsze się to zresztą udawało. Czasem musieliśmy jakiegoś natręta przyjąć i z honorem znieść. Ale na ogół odstraszaliśmy ”.

Na podsumowanie ostatnie dwa cytaty: “Trudno wyobrazić sobie Warszawę PRL-u bez Czytelnika. Popularność tego miejsca daleko przerosła wszystkie oczekiwania. Nie wynikała ona wcale z estetyki lokalu, ale przede wszystkim z jego atmosfery. Przeszedł do historii literatury, filmu i obyczajów powojennej Warszawy, a dzisiaj stawiany jest jako przykład miejsca, w którym gromadziła się inteligencja (i nie tylko) w PRL-u. […] Paradoks artystycznych peerelowskich knajp polegał na tym, że w odróżnieniu od innych lokali ludzie nie przychodzili tu szybko zjeść, ale wręcz przeciwnie – czas przestawał mieć tutaj znaczenie”.

“Wielokrotnie zastanawiano się, na czym polegał fenomen czytelnikowskiego stolika. Była to przede wszystkim strefa wolności ducha oraz myśli, kwintesencja przyjaźni i koleżeństwa w niełatwych historycznie czasach”.

No! To kawa wypita, wuzetka zjedzona. Duch? Ach tak! Duch bardziej syty od brzucha. To w końcu Czytelnik. Kultowy Czytelnik.

O materii literackiej na łamach “Pomocnika Historycznego”, czyli Guwernantka w podróży wehikułem czasu do XIX wieku

Mam słabość do “Pomocników Historycznych” wydawanych przez tygodnik “Polityka”. Mój ulubiony to: “Piękna epoka. Historia XIX w. Narodziny współczesnego świata”. Redaktorem tego “Pomocnika” jest pan Leszek Będkowski. Cały numer zawiera przeciekawie ujęte aspekty i tematy. Do tego piękna oprawa graficzna.

Spis treści jest napisany w sposób na poły tajemniczy i dający zastrzyk ciekawości. Mi najbardziej przypadły w pierwszej kolejności te: “Symboliczne matki”; “Rozważna i romantyczna”; “Wejście kobiet”; “Uniwersum powieści”; “Nade wszystko muzyki”; “O kobiecoczłowieczy całokształt”; “Pisarze przed sądem”; “Kultura w mieście, miasto w kulturze” oraz “Strój i status”. Prawda, że ma się zamiar pożyszyć od Sherlocka Holmes’a lupkę i zabrać się za czytanie?

Znacie mnie, więc nie zaskoczę Was, że ze swoją lupką popędzę na stronę 119. (“Uniwersum powieści”) oraz 123. (“Pisarze przed sądem”). No to wsiadajmy w wehikuł czasu i przenieśmy się o dwa wieki wstecz!

Na samej górze strony 119. sześć popiersi tuzów literatury XIX wieku. Czy to przez feminizm, grzeczność czy z obawy o posądzenie o gorsze traktowanie pisarek, peleton otwiera Jane Austen. Co więcej, jako jedyna ma kolorowe zdjęcie. Siedzi sobie ubrana w czepek i niebieską suknię. A na serdecznym palcu prawej dłoni połyskuje… obrączka! Jak wiemy, ta pisarka nigdy nie wyszła za mąż. Choć zakochana bywała. Polecam film “Zakochana Jane”/”Becoming Jane” (reż. Julian Jarrold, 2007). W roli głównej Anne Hathaway. Na zachętę zarys fabuły z portalu FILMWEB: “Biograficzny portret Jane Austen, która jako nieznana jeszcze pisarka wplątuje się w romans z młodym Irlandczykiem”. Przepraszam za zboczenie z tematu, ale bardzo lubię ten film i ślę Wam polecajkę!

Wracajmy jednak na stronę 119. Jane Austen towarzyszą: Honoré de Balzac, Charles Dickens, Fiodor Dostojewski, Gustaw Flaubert i Bolesław Prus. Drugą połowę strony stanowi bardzo skondensowana notatka, opowiadająca o najważniejszych nurtach w literaturze, co przekłada sie już na samo kwalifikowanie powieści jako powieści realistycznej czy naturalistycznej.

No to teraz skok na stronę 123. O co chodzi z kwestią zatytułowaną: “Pisarze przed sądem”? A no bardzo ciekawe rzeczy. Przytoczę kilka cytatów. “Pod koniec lat 50. o szerzenie treści niemoralnych oskarżono dwa dzieła: tom poetycki Kwiaty zła Charlesa Baudelaire’a oraz powieść Pani Bovary Gustawa Flauberta”. Pod koniec stulecia w konflikt z prawem wszedł Oskar Wilde, zwany Lordem Paradoksem”. Pisarz Emil Zola za zainicjowanie listu do władz francuskich w obronie Alfreda Dreyfusa spędził za kratkami rok więzienia. Z polskiego poletka: “Przed sądem stanął Józef Ignacy Kraszewski, wielki autorytet Polaków swojej epoki jako pisarz i działacz polityczny. Aresztowany w 1883 r. w Berlinie pod zarzutem szpiegostwa na terenie Niemiec na rzecz Francji (w istocie uprawiał działalność wywiadowczą z pobudek patriotycznych, nie biorąc za to pieniędzy), został skazany na 3 lata twierdzy w Magdeburgu”. I jeszcze jeden cytat na koniec: “W innej sytuacji procesowej znalazła się Gabriela Zapolska, której debiutancki tom nowel Akwarele (1885) spotkał się z wyjątkowo napastliwą reakcją męskiej krytyki. W poczytnym warszawskim tygodniku Prawda ukazał się artykuł, w którym można było przeczytać, że <<pani Zapolska wystawiła sztandar ze spódnicą, pod którym mogą się odbywać zmagania młodych byczków >>. Był to bezpardonowy atak na młodą autorkę, którą do tego jeszcze oskarżono o plagiat z literatury francuskiej. Zapolska oddała sprawę do sądu, lecz – chociaż plagatu nie udowodniono – proces przegrała. Co wzbudziło takie ostre reakcje krytyków? Przede wszystkim fakt, że pisarka w swoich nowelach pokazywała świat doświadczeń kobiecych. Poza tym – jako aktorka i rozwódka – była wówczas wyjątkowo łatwym celem ataków”.

Kończę zachętą do obejrzenia filmu, opowiadającego o podróży wehikułem czasu. To film “O północy w Paryżu” (reż. Woody Allen, 2011). Scenarzysta Gil Pender grany przez Owe’a Wilsona przenosi się w czasie do lat 20. XX wieku. Bardzo udany film, polecam.

Duże robi wrażenie, czyli Guwernantka w kinie na filmie “Amelia”

U mnie jak zwykle od 2018 roku (7 lat!) zdarta na YouTubie płyta z muzyką do filmu “Amelia” w wersji piano w wykonaniu Jereoena van Veena. Przy tej muzyce świetnie mi się pisze i skupia na tej czynności. Jest łagodna w tle, nie przeszkadza i nie irytuje. Prawie dwie godziny słuchania.

Jakże miła dzisiaj wyskoczyła mi na Facebooku informacja sponsorowana nadana przez Svitlo Concert EU: “Magiczny koncert muzyki Yanna Tiersena w najwyżej położonej sali koncertowej” (Warszwa, Sky Hall, ul. Twarda 18/Spektrum Tower 28. piętro; bilety od 125 zł). Krótka reklama: “Usłyszycie niesamowitą muzykę kompozytora Yanna Tiersena, autora muzyki do już kultowego filmu<<Amelia>>, która będzie również wykonywana na naszym koncercie. Zapraszamy na wieczór pełen lirycznych melodii w wykonaniu wyjątkowego pianisty Andrzeja Pokaza, który zabierze Was w podróż przez bezkresne krajobrazy dźwięków i uczuć. Podarujcie sobie i swoim bliskim niezapomniany, magiczny wieczór!”. Brzmi świetnie!

A trzeba wiedzieć, że film “Amelia” jest ponownie w niektórych kinach wyświetlany. Na przykład w ostatni poniedziałek w ramach Dyskusyjnego Klubu Filmowego we Włocławku. Przyszło nawet sporo osób. Dołączyłam i ja choć płyta DVD z filmem “Amelia” jest u mnie co najmniej tak zdarta jak ścieżka filmowa “Amelii” na YouTubie.

Jak zwykle, pisząc post na Guwernantce, pragnę wykazać się dociekliwością naukową i sięgam po książki z regału. Tym razem będzie to świetna książka pt. “Filmowy Paryż, czyli magia kina i miasta” napisana przez Michała Bąka. Udało mi się natrafić na taki wydawniczy rarytas w księgarni Centrum Sztuki Współczesnej “Znaki czasu” w Toruniu. Taki mam już nawyk, że uwielbiam galeryjne bądź muzealne sklepiki.

Ksiażka dzieli się na rozdziały: “Paryż, którego nie ma” (filmy: “Kod da Vinci”; “Dzwonnik z Notre Dame”; “Królowa Margot”; “Maria Antonina”; “Danton”) i “Paryż, który pozostał” (filmy: “Upiór w operze”; “Hugo i jego wynalazek”; “O północy w Paryżu”; “Ostatnie metro”; “Bękarty Wojny”; “Marzyciele”; “Nienawiść”; “Nietykalni”; “Trzy kolory”; “Przed zachodem słońca”; “Zakochany Paryż”; “Diabeł ubiera się u Prady”; “Amelia”. ).

Posty najpierw piszę w OpenOffice Writer i zostało mi pół stronki, bo nie wiem jak to robię, ale każdy post to idealnie co do kropki zawsze jedna strona. Napiszę zatem parę słów o filmie “Amelia”. Może ktoś jeszcze z Was go nie widział?

Reżyserem “Amelii” (2021 r.) jest Jean-Pierre Jeunet. Główną rolę gra Audrey Tautou, a jej romantycznym partnerem w filmie jest Nino grany przez Mathieu Kassovitz’a. Opis filmu z książki: “Młoda kelnerka odnajduje metalowe pudełko schowane w jej mieszkaniu przed blisko czterdziestoma laty. Postanawia oddać je właścicielowi. Gdy w końcu jej się to udaje, wzruszenie obdarowanego sprawia, że dziewczyna odnajduje swoje powołanie. Odtąd będzie na różne sposoby pomagać osobom ze swojego otoczenia w rozwiązywaniu ich problemów. Tymczasem spotyka Nino, w którym się zakochuje. Problem polega na tym, że nie zamieniła z nim dotąd ani słowa. Właściwie to jeszcze się nie znają”. Zaciekawieni? Mam nadzieję, że tak 🙂

Dalej czytam sobie, że zaczęto nadawać częściej dziewczynkom imię Amelia, a ceny nieruchomości w dzielnicy Montmartre (gdzie dzieje się głównie akcja) poszybowały w górę. Amelia pracuje w kawiarni Deux Moulins, która istnieje w rzeczywistości. Zestaw Amelii to: gorący napój i crème brûlée (uwielbiam!). Polecam, by najpierw obejrzeć film, a potem ewentualnie sięgnąć po tę książkę, bo to w 100% spoiler. Ma bowiem za zadanie pogłębić nasze informacje i zaspokoić ciekawość. Autor identyfikuje miejsca pokazane na ekranie z konkretnymi ulicami, placami, bulwarami. Książka jest, co warto podkreślić, ładnie wydana. Są w niej zatem piękne fotosy z filmu.

Jak kiedyś pisałam, prowadziłam bloga “J’arrive, czyli rok francuski w Polsce”. Dzięki “Filmowemu Paryżowi” wiedziałam jakie filmy francuskie mam obejrzeć, by poszerzyć swoje horyzonty i mieć o czym pisać na blogu. Poza tym uwielbiam francuskie kino. Cenię bardzo komedie romantyczne Francuzów. Potrafię wracać do niektórych nawet kilka razy, jak do “Amelii”. Cieszę się, że obejrzałam ten film na dużym ekranie, bo w 2001 roku miałam 12 lat. A teraz obejrzałam “Amelię” w kinie, mając 35. To już ostatnia linijka. Mówię: pa!

Od debiutanckiej powieści na papierze po ekran, czyli Guwernantka pisze scenariusz

(Post napisany 15 marca 2025 “na gorąco” po informacji o zakwalifikowaniu mnie do Pracowni Scenariuszy. Oficjalne wyniki rekrutacji Biuro Literackie ogłosiło 25 marca 2025)

„Czołem Uczniowie/Studenci” – mam prawo tak się do Was zwracać jako Wasza Guwernantka, ale wolę pisać: „Najmilsi Czytelnicy”. A zatem Najmilsi.

Jest sobotni poranek. Za oknem jeszcze ciemno. W pokoju lampka biurowa i światło dwóch świeczek. Z YouTuba sączy się muzyka z filmu „Amelia” grana na pianinie przez Jeroena van Veen’a. Taki jest zawsze klimat do pisania postów na Guwernantkę. No! Może nie zawsze jest taka „ciemnica” jak jeszcze na przednówku w trakcie którego dzielnie trwamy.

Jakiej kwestii poświęcę ten post? Pisaniu scenariuszy filmowych. Jestem mega szczęściarą, bo moja propozycja adaptacji powieści „Kliniczny przypadek Zygmunta Mejchówka” (napisana przeze mnie) została wybrana w konkursie na scenariusz filmowy w ramach Pracowni Kreatywnych Biura Literackiego 2025.

A wracając do powieści to zakwalifikowała się ona do finału 19. edycji projektu Połów. Poetyckie i prozatorskie debiuty 2024. A tak się składa, że w 2023 roku brałam udział w Pracowni Otwartej Prozą Biura Literackiego. Także od trzech lat jakieś małe pasmo sukcesów się rysuje.

Ukończyłam dwuletnie Podyplomowe Studia Literacko-Artystyczne na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego (polecam!). I tamże przez dwa semestry miałam zajęcia ze scenopisarstwa z panem Tomaszem Jurkiewiczem. Dlatego od razu po informacji, że zabieram się za pisanie scenariusza, “doskoczyłam” do swojej domowej biblioteki i wyłuskałam dwie książki: “Jak napisać scenariusz filmowy” (Robin U. Russin i William Missouri Downs) oraz “Format scenariusza filmowego” (Martina Schabenbecka). Ten pierwszy podręcznik to ponad 400 stron teorii i praktyki pisania scenariuszy. Już myślałam, że będę ją czytać ponownie, ale piękny żółty zakreślacz na papierze mnie od tego uchronił. Nie będę zatem “marnowała” czasu na tę lekturę. Przeczytałam dla powtórki tylko podkreślone rzeczy. Natomiast ta druga pozycja jeszcze przede mną. Chociaż po jej przejrzeniu widzę, że szybko ją przeczytam.

Przechodząc do meritum. W książce “Jak napisać scenariusz filmowy” pada wiele fajnych i spostrzegawczych myśli, które sobie wynotowałam. Podzielę się ciekawszymi z nich.

Podoba mi się cytat: “Chcemy pokonać śmierć. Uprawiając sztukę mamy nadzieję, że nasz talent i osobowość przetrwają, by następne pokolenia mogły je podziwiać”. No czyste exegi monumentum!

Dla mnie ważne słowa: “Jeśli wiesz, o czym piszesz, stworzysz świat wyjątkowy i oryginalny” oraz “Autor powinien zamknąć w swoim dziele cząstkę siebie”. Warto pamiętać, że: “Twój czas i umiejętności są cenne – więc je ceń”.

Na studiach nie napisałam scenariusza tylko treatment filmu. Pisałam i piszę wiersze, opowiadania, powieść. Scenariusz pełnometrażowego filmu bądź serialu to dla mnie nowe wyzwanie, ale zawsze przyda się talent i wytrwałość.

Choć do Hollywood mi (jeszcze) daleko, to autorzy piszą o tamtejszym rynku filmowym, że: “Scenarzysta w Hollywood to artysta i akwizytor w jednym”. No i pada między wierszami cytat z Moliera: “Pisanie jest jak prostytucja. Najpierw robisz to z miłości, potem dla przyjaciół, na koniec dla pieniędzy”.

Autorzy radzą: “Pisać. Pisać codziennie. Doskonalić warsztat. Szkolić się”, co staram się zawsze robić. Podoba mi się bardzo stwierdzenie: “Artysta przedstawia swoją wizję świata przefiltrowaną przez własną wrażliwość” albo “Artysta, podobnie jak naukowiec czy przywódca religijny, dąży do prawdy”.

Sporo, naprawdę sporo inspirujących i mądrych słów od “starszych Kolegów”. Świetnie, że powstają podręczniki z każdego praktycznie poletka związaniego z pisarstwem. Ja lubię je czytać, bo mnie to interesuje, ubogaca i pewnie w jakiś sposób edukuje oraz inspiruje.

A zatem plan jest taki: lektura drugiego podręcznika i przejście od razu na głęboką wodę – napisanie scenariusza filmowego bądź serialowego. Nie mogę się tego już doczekać! Myślę, że mam sporą wyobraźnię. Kiedy coś piszę np. opowiadanie czy powieść, ja to “widzę” i tylko opisuję. Myślę, że to będzie bardzo pomocne. Bo film się “ogląda”, a nie “czyta”.

Trzymajcie kciuki i do zobaczenia w kinie lub przed telewizorami 😉