Film, książka, spektakl, czyli Guwernantka o śmierci pisząca

Sala Multikina przy ul. Pułaskiego we Włocławku 24 lutego o godzinie 19.00 pękała w szwach. Wygląda na to, że w moim mieście jest sporo fanów hiszpańskiego reżysera i scenarzysty Pedro Almodóvara. Wcale mnie to nie dziwi. 75 lat. 25 filmów. 90 nagród. To tylko liczby. Nie wyrażą refleksji, emocji i przeżyć widzów. To jest niemierzalne, nieuchwytne i niepowtarzalne dla każdego.

A może na sali byli fani talentu aktorek Tildy Swinton i Juliennne Moore? To by mnie również nie zdziwiło. Aktorki świetnie odgrywają swoje role i chyba idealnie czują się ze sobą zawodowo na planie.

A o jakim filmie mowa? To pierwszy pełnometrażowy film anglojęzyczny Almodóvara pt. „W pokoju obok”. Reżyser zainspirował się historią zawartą w powieści Sigrid Nunez pt. „Pełnia miłości”.

Film opowiada o dwóch przyjaciółkach. Marthę (Tilda Swinton) i Ingrid (Julienne Moore) łączyła wspólnie przeżywana młodość. Potem los je rozdzielił, ale łączy je ponownie już w dojrzałym wieku. Kiedy spotykają się po latach można odnieść wrażenie, że widziały się wczoraj. To według mnie definicja dobrej i prawdziwej przyjaźni. A przynajmniej jakiś jej wskaźnik. Ingrid jest znaną pisarką. Przypadkiem dowiaduje się od ich wspólnej znajomej, że Martha ciężko choruje. Ingrid odwiedza koleżankę w szpitalu. Nie jest z nią dobrze, rokowania są słabe, eksperymentalne leczenie nie pomaga. Ingrid czule opiekuje się przyjaciółką. Poświęca jej dużo czasu. Choć słowo „poświęca” jest w tym wszystkich chyba pejoratywne. Ingrid chce z nią być. Walka z rakiem byłej korespondentki wojennej, która wystarczająco dużo w swoim życiu napatrzyła się właśnie na śmierć, jest wyczerpująca. Ból, osłabienie, skutki uboczne zażywania leków. Martha ma dość. Postanawia odejść godnie i po ludzku. A takie rzeczy, chcąc nie chcąc, załatwić może tylko eutanazja, która jest nielegalna. I tu stawiam kropkę. Nie napiszę, ani czy Martha wyzdrowiała, ani czy dokonała eutanazji. Szturmem do kin! Tak jak we Włocławku;)

Piękny film ze Złotym Lwem przyznanym na Festiwalu Filmowym w Wenecji.

Pisząc ten post przypomniała mi się książka Mateusza Pakuły “Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję” (Wydawnictwo NISZA, 2021). Autor jest dramatopisarzem, dramaturgiem i reżyserem teatralnym. To debiut prozatorski pisany w formie dziennika o umieraniu jego ojca na raka trzustki. Już sam tytuł jest tezą – dlaczego nie można skrócić cierpień konającego człowieka? Eutanazja jest zakazana. Czy to dobrze, czy źle? Autor wyraża krzyk rozpaczy za legalizacją eutanazji. Zawodzą instytucje państwa, służba zdrowia a nawet Kościół. Można liczyć tylko na współumierającą rodzinę. Książka uzyskała wyróżnienie w ramach Literackiej Nagrody im. Witolda Gombrowicza.

Mateusz Pakuła dokonał adaptacji powieści. Wystawiono ją m.in. w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach czy Teatrze Łaźnia w Krakowie. No i na mnóstwie festiwali, gdzie spektakl był obsypywany nagrodami np. Grand Prix 29. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej. Spektakl wyemitowano również w Teatrze Telewizji w TVP 1. Można go obejrzeć na platformie TVP VOD.

I tak na koniec o różnicach. Martha chce odejść sama i na własnych zasadach. Ma przy sobie nielegalnie zdobyty w dark webie środek. Posiada złe relacje z córką, dlatego prosi po kolei przyjaciół kto z nią zostanie do końca, „w pokoju obok” w pięknym wynajętym domie. Rodzina Mateusza Pakuły jest przy umierającym do końca, do „naturalnego końca”. Wszyscy muszą być tą walką wyczerpani.

Temat życia i śmierci powinien być naturalny, a bywa tabu. Bo tu możliwa aborcja, tu eutanazja. Te kwestie budzą kontrowersje. No cóż, w tym krótkim poście nie rozwinę eseju o tym zawiłym temacie. Niech gra toczy się w sumieniu każdego człowieka.

Guwernantki francuski komplement, czyli przyszła piesza pielgrzymka do Rouen

Wiecie jaki komplement w stosunku do mojej osoby pada często zarówno z ust kobiet jak i mężczyzn? „Wiesz co Eliza, jest w tobie coś francuskiego”, albo ostatnio usłyszałam na swój temat, że „Jest w tobie coś retrofrancuskiego”. Intuicja nie podpowiada mi z czego to może wynikać, czy z urody, czy stylu ubioru, czy zachowania. Nieważne zresztą. Cieszy mnie to równie mocno, bo: „La France est mon amour !” („Francja jest moją miłością!”).

Naukę języka francuskiego rozpoczęłam w drugiej klasie gimnazjum i tak przez liceum oraz studia ją kontynuowałam. Były też kursy w szkołach językowych czy nauka w formie korepetycji. Lingwistycznym wyzwaniem było studiowanie w tym języku nauk politycznych na Wolnym Uniwersytecie w Brukseli czy praca w Parlamencie Europejskim również w tym mieście.

Przez rok prowadziłam bloga o Francji i języku francuskim: „J’arrive, czyli rok francuski w Polsce” (https://jarriveblog.wordpress.com/). Edit: odwiedziłam Paryż w 2019 krótko po pożarze katedry Notre Dame. Aktualnie powtarzam francuski, mówiąc jeszcze bardziej aktualnie – jego gramatykę, która w nauce leży mi lepiej od angielskiej. Wzbogacam też swoje słownictwo i słucham radia France Culture lub France Intern. Mam jeszcze sporo prasy w formie magazynu “Français présent” (możesz czytać artykuły ze słowniczkiem na stronach i pobrać pliki mp3 nagrań ze strony gazety). Przygotowuję się do egzaminu państwowego z tego języka. Fajnie mieć językową pasję potwierdzoną na papierze i bardziej wiarygodną furtkę do przekazywania wiedzy innym osobom.

W moim nowym mieszkaniu nie mam jeszcze niestety regału na wszystkie moje książki (cała ściana czeka!). Kiedy mieszkałam u mojej mamy i, siedząc przy biurku miałam cały regał za plecami, było mi dobrze. Co więcej, by sklecić do Was na bloga parę zgrzebnych zdań chwytałam czasami w dłoń kilka książek. Wertowałam, czytałam, podkreślałam, notowałam. I tak rodziły się często posty na Guwernantkę. Kiedy dzisiaj zdałam sobie sprawę, że napiszę coś związanego z frankofonią miałam milion pomysłów na posty! „Francuska muzyka lat 60. i 70.” słuchana często ostatnio przeze mnie na Spotify czy temat: „Niepowtarzalny styl Francuzek”. Myślę, że każdy z nich jest ciekawy i godny napisania.

Jako że od rana mam nieodpartą ochotę stworzenia dla Was posta, wychodząc od mamy wzięłam z regału książkę pt. „Dzieje kultury francuskiej” napisaną przez Jacka Kowalskiego, Annę i Mirosława Loba oraz Jana Prokopa, a wydaną przez wydawnictwo PWN pod patronatem Ambasady Francji w Polsce. Chwytam w dłoń niezatemperowany ołówek i uważnie czytam spis treści, zaznaczając co ciekawsze zagadnienia. Wyszło tego około czterdzieści. Mogłabym zatem wrócić do pisania bloga „J’arrive, czyli kolejny rok francuski w Polsce”. Postanawiam jednak zrobić coś, czego jeszcze na Guwernantce nie było. A mianowicie opis miejsca. Wiadomo, Paryż musiałam wprost odwiedzić. Tego wymagałam od siebie i spełniłam swoje małe marzenie. To była moja jedyna jak dotąd wizyta we Francji.

Kiedy myślę o tym państwie wcale nie ciągnie mnie do Côte d’Azur (na Lazurowe Wybrzeże), ale na północ kraju do regionów takich jak: Bretagne (Bretania), Normandie (Normandia) czy Hautes-de-France („Górna Francja”).

Wracam do lektury książki do rozdziału II „Francja Kapetyngów”. Wzmianka o Normandii to niecała strona, mówiąca o podboju w 1066 roku przez księcia normandzkiego Wilhelma Zdobywcy Anglii i stania się królem tego kraju. Dalej ciut o tego konsekwencjach i tyle. Ale ja na słowo „Normandia” w spisie treści zapragnęłam tam pojechać. Zresztą chodzi mi to po głowie już od dawna. Kiedy tak słucham o wojnie w Ukrainie, imperializmie Putina i naszej polskiej nieszczęsnej geopolityce to jakbym miała wybierać kierunek emigracji byłaby to z pewnością Normandia.

Pragnę się w tym utwierdzić i wpisuję w grafice wyszukiwarki Google: „Normandia”, by sobie ją wirtualnie pozwiedzać: białe klify w Etretat, miasto Rouen czy dom i ogród Moneta w Giverny. Ah! Sprawdzam loty z Warszawy do Rouen na majówkowy city break, ale to połączenie lotnicze nie jest znalezione przez strony internetowe: „Tablica lotów jest pusta”. No cóż… Do Rouen i na pieszo :))

Dziękuję za lekturę i do następnego spisania!

O syndromie oszusta, czyli Guwernantka poleca książkę z poletka psychologii

Mamy dokładnie piąty dzień Nowego Roku. Z pełnym szacunkiem, i tym, by mnie na przyszłość polubił, oczywiście używam wielkiej litery. Czasami warto się podlizać. Zwłaszcza własnemu losowi.

Macie już postanowienia noworoczne? Ba! Czy już je wdrażacie? Ja oczywiście mam i powolutku wdrażam.

A teraz do konkretów. To będzie pierwszy wpis na blogu Guwernantka w tym roku i pierwszy poświęcony książce z zakresu psychologii. Jak wiecie najczęściej poruszaną przeze mnie materią są ostatnio filmy, ale Guwernantka musi mieć zawsze szerokie horyzonty.

Kiedy byłam w Krakowie na Festiwalu Miłosza w zeszłym roku w księgarni, mieszczącej się w Pałacu Potockich przy Rynku Głównym, w moje oko wpadła książka pt.: „Syndrom oszusta. Jak nie podkopywać wiary w siebie” napisana przez dr Jill Stoddard. Mając tę książkę w ręku z zaciekawieniem odwróciłam jej okładkę a tam dalsze pogłębienie tematu, o którym jest ta pozycja: „Ucisz wewnętrznego krytyka i nie stawaj na drodze własnym osiągnięciom”. Czytam dalej: „(…) ta książka pokaże ci, jak podejmować odważne decyzje zawodowe pomimo uprzedzeń, zwątpienia w siebie i syndromu oszusta”. Zanim czytelnik stanie się prawdziwym czytelnikiem już wie od pani Moniki Smulewicz (CEO HR na Szpilkach i Eduwersum) praktyczne całą definicję i clue tego podręcznika: „Syndrom oszusta (impostora) często dotyka ludzi, którzy pomimo tego, iż odnieśli duże sukcesy, są przekonani, że oszukują innych i nie zasługują na to, co zdobyli. Umniejszają swoje sukcesy, choć są one widoczne i doceniane przez otoczenie. Przyczyną tego zjawiska jest brak wiary we własne kompetencje”.

Nie znam żadnych badań na ten temat, ale ten problem może dotykać sporo osób. Pewnie, jak to oszuści, wolą stać w przysłowiowym kącie i się chować.

Ostatecznie kupiłam tę książkę, która umiliła mi 4,5- godzinną podróż pociągiem Intercity do domu.

Książka składa się z trzech części: „Zrozumienie”, „Przemiana” i „Pełnowymiarowe życie”. Poradnik omawia oczywiście typy oszustów, a mianowicie są to kolejno: ekspert, perfekcjonista, solista, urodzony geniusz i nadczłowiek. Jeśli jesteś ciekaw jakim typem oszusta możesz być to z pewnością rekomenduję Ci tę książkę.

Oszust może zadać sobie pytanie: „A co, jeśli to zrobię, a oni odkryją, że tak naprawdę nie wiem tyle, ile myślą, że wiem?”. To spory dyskomfort psychiczny, prawda? Dochodzi do pewnego paradoksu: im więcej osiągasz tym bardziej możesz przekształcić się w „oszusta”.

Autorka przedstawia remedium na walkę z oszustem w głowie. Jest nią metoda elastyczności psychologicznej, czyli zdolności do: „pełnego odczuwania każdej bieżącej chwili – świadomie i z otwartością na wszystkie nasze myśli, emocje, doznania fizyczne i pragnienia – oraz do podejmowania przemyślanych decyzji, by robić to, co jest dla nas szczególnie ważne”. W innym miejscu w książce pada również dopowiedzenie, że elastyczność psychologiczna: „polega na byciu uważnym i otwartym na wszystkie wewnętrzne doświadczenia, całkowicie i bez uników, co oznacza, że naszym zadaniem nie jest zmienienie naszych doświadczeń, lecz pozwalanie na to, by pozostały takimi, jakie są”.

Książka jest przyjemna w lekturze i wyposażona w sporą liczbę przypisów, co w pewien sposób uwiarygadnia teorie autorki. Polecam czytelniczym wyjadaczom podręczników z zakresu psychologii, które w lekki i zwiewny sposób potrafią zaciekawić do dalszych eksploracji tematu.

No i siup! Pierwsze postowe koty za płoty w 2025! Do następnego, z mojej strony napisania, a z waszej strony czytania. Dobrego 2025!

Guwernantka rozprawia się z nauczaniem pisania, czyli Dębolki a sprawa pisarska

Czy pisania można się nauczyć? Z formalnego punktu widzenia – tak. Pamiętam do dziś jak stałam pod tablicą w pierwszej klasie szkoły podstawowej i recytowałam alfabet. Uzyskałam w ten sposób narzędzia do pisania w zeszycie w trzy linie. Z czasem była ona pojedyncza, a zeszyt do języka polskiego w liceum rozrósł się do rozmiarów A4 i sześćdziesięciu kartek.

Wracając jednak do genezy. Pisarzom często zadaje się pytanie: „Od kiedy pani/pan pisze?”. I potem taki pisarz w gminnej bibliotece w Dębolkach przed dziesiątką kobiet, które przyszły na spotkanie autorskie zamyśla się głęboko, wodzi wzrokiem po publiczności, ściskającej w mocnym uścisku swoją najnowszą powieść i duma, duma. „Od zawsze” – odpowiada. Pani prowadząca spotkanie odpowie skwapliwie: „Takiej odpowiedzi się spodziewałam. Widać, że pisze pan od momentu poznania liter”.

Można powiedzieć, że taka scenka jest banalna, ale szczerze wierzę, że wyznaczenie wyraźnej cezury od kiedy się pisze może być trudne. Na początku musi być chęć rozwoju talentu i pasji. A w tej kwestii pomagają marzenia.

To one dają iskierkę nadziei, motywację i są przekuwane na cele. Tak powie każdy przyzwoity couch po webinarze: „Zostań the best couchem w 24 godziny” Marzenia kojarzą się z dzieciństwem, ale i stulatkowi życzy się na urodziny: „Spełnienia marzeń”. Bo to przecież zlepek: „Zdrowia, szczęścia, pomyślności i spełnienia marzeń”. Nie zdziwi mnie jeśli niedługo algorytm Facebooka wydłuży formułkę życzeń urodzinowych dla twoich znajomych, zastępując aktualne: „Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Anno”. A może będą one kiedyś jeszcze bardziej spersonalizowane, jakby podłączone do twojego mózgu, duszy i serca. Może sztuczna inteligencja złoży tobie kiedyś życzenia, o których myślisz skrycie nad tortem ze świeczką? Facebooku, 3 maja w moje urodziny, złóż mi na tablicy życzenia składania literek do końca życia.

Wracając do pytania zadanego na początku: „Czy pisania można się nauczyć?”. Większość osób podchodzi podejrzliwie do wszelkiego rodzaju kursów pisarskich czy creative writing. Jak zwał tak zwał. W gruncie rzeczy chodzi o to, by „pomóc”, „pobudzić”, „rozwinąć”. Na stwierdzenia, że: „Pisania nie da się nauczyć” odpowiadam: „To dlaczego ktoś, kto ładnie namalował obraz babci idzie na Akademię Sztuk Pięknych?”. Albo: „Dlaczego ktoś, kto pięknie zaśpiewał psalm w kościele idzie na Akademię Muzyczną” lub „Dlaczego ktoś kto dobrze gra w jasełkach idzie do Łódzkiej Filmówki?”. Z drugiej strony dobrze wiem, że większości utalentowanych ludzi nie są potrzebne żadne studia, by osiągnąć sukces według własnej miary, bo przecież ocena tego, czy sukces się osiąga czy nie, jest bardzo indywidualna. Talent do czegoś nie oznacza od razu, że będziemy chcieli robić to, w czym obiektywnie jesteśmy dobrzy. Otrzymaliśmy zdolności, ale nie chcemy ich wykorzystać w pracy zawodowej czy nawet w ramach hobby. Jednak jeśli ktoś ma talent, który jest jego pasją, to chce jak najwięcej obcować z daną czynnością, bo sprawia mu to najprościej mówiąc frajdę. W dodatku jak w czymś człowiek jest dobry, kocha to robić, to czemu by na tym nie zarobić? W myśl: „Rób to co kochasz, a nie będziesz pracować”. Stąd wszystkie studia artystyczne, bo są one po prostu fajne.

Wielu pisarzy oprócz swoich powieści pokusiło się o książkę na temat samego pisania. Taki głos jest wiarygodny, to świadectwo pewnej drogi, idei i postawy życiowej.

Haruki Murakami popełnił książkę pt. „Zawód: powieściopisarz”. Na okładce dodano: „Nie ma ograniczeń co do liczby powieściopisarzy, ograniczone jest miejsce na półkach księgarskich”. Można powiedzieć, że czyjś zapał do pisarskiej kariery zostaje co najmniej schłodzony w Morzu Japońskim. Ale już tekst Piotra Kofty na tyle okładki mówi, cytuję: „Tajemnica pisarstwa Murakamiego tkwi właśnie w unikalnym połączeniu skromności i stanowczości – kiedy towarzyszy im odrobina talentu (którego zresztą Japończyk kurtuazyjnie sobie odmawia), można zdziałać rzeczy wielkie”. Uff, a zatem jest nadzieja! Stanowczość, można dopowiedzieć: upór, wytrwałość, konsekwencja, determinacja. Tak chyba zostaje się zawodowym pisarzem.

Kolejna pozycja pisarza o pisaniu to książka Stephena Kinga pt. „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika”. Strona czternasta: „Uważam, że wielu ludzi ma co najmniej zaczątki talentu pisarskiego i że ów talent można wzmocnić i wyszlifować”. A zatem talent plus rzemiosło, czytaj tzw. „dupogodziny” spędzone przy biurku na pisaniu. Zresztą jak ktoś lubi pisać i w dodatku czuje „imperatyw pisania” nie ma możliwości, by przestał i zaczął zawodowo obierać jajka do żurku w barze mlecznym „Galileusz” przy Placu Inkwizycji.

Ciekawą książkę pt. „Jak nie zostałem poetą” napisał również nasz rodzimy autor Szczepan Twardoch. Cytat z książki na okładce głosi: „Ciągle nie zdecydowałem, czy uprawianie literatury jest dla mnie po prostu zawodem, czy może raczej czymś w rodzaju choroby psychicznej”. Mocne. Jak to u Twardocha. Większość tekstów z książki było publikowane w miesięczniki „Pani” w latach 2015-2019. A zatem jak komuś pójdzie dobrze kariera pisarska może liczyć, że zabłyśnie na kredowanym papierze miesięcznika dla pań. No. Może i panów, którzy w tajemnicy przed żonami czytają teksty Szepana Twardocha.

Na koniec moja odpowiedź. Genialnego pisania na miarę Hemingwaya nikt ciebie nie nauczy. Przyzwoitego pisania już prędzej. Ale czy ktoś marzy o byciu przyzwoitym pisarzem? No może ten pisarz z Dębolek.

O sztuce spojlerowania, czyli recenzja Guwernantki ani mru mru o filmie “Jutro będzie nasze”

Dzisiaj napiszę dla Was recenzję filmu „Jutro będzie nasze” (reż. Paola Cortellesi, 2023) nie mówiąc, o czym jest ten film. Jednym słowem: usta na kłódkę. Ja wiedziałam o czym będzie ten film, ale jestem wdzięczna losowi, że nikt nie zdradził mi jego zakończenia. Dlatego wolę już nic nie pisać, a skupić się na analizie zjawiska spojlerowania.

Ale na początek, tak dla porządku, kilka suchych, ale ważnych kwestii. Zresztą założę się, że mogą i Ciebie zachęcić do odwiedzenia kina.

Dlaczego warto? Jeśli masz zaufanie do włoskich widzów to przyjdź bez zastanowienia do kina, bo „Jutro będzie nasze” jest największym włoskim przebojem ostatnich lat. Dosyć wspomnieć, że popularnością przebiło film „Życie jest piękne”.

Jeśli przy wyborze filmu kierujesz się otrzymanymi przez niego nagrodami to film, o którym piszę, ma już na koncie cztery statuetki Davida Di Donatello, czyli włoskich odpowiedników Oskara.

Kolejny powód. Kobiety i mężczyźni! Jeśli chcecie zobaczyć na ekranie debiut reżyserski wszechstronnej artystki: aktorki, komiczki, prezenterki telewizyjnej, scenarzystki, producentki… To walcie śmiało do kin!

A czym jest spojlerowanie?

Zaglądam do Słownika Języka Polskiego i czytam:

1. «klapa na skrzydle samolotu służąca do sterowania poprzecznego»

2. «osłona przy nadwoziu samochodu zmniejszająca opór powietrza; też: element nadwozia zwiększający przyczepność pojazdu»

3. «niepożądana informacja na temat zakończenia bądź zwrotu akcji utworu literackiego, telewizyjnego, filmowego itp.»

Jak się domyślacie skupię się na tym ostatnim 😉

Samo słowo „spojler” pochodzi od angielskiego słowa ‘spoil’ – niszczyć, psuć.

A jak definicję spojleru przedstawia strona Narodowego Centrum Kultury? Ano tak:

„popsucie komuś przyjemności z oglądania filmu lub czytania książki poprzez wyjawienie mu zakończenia i tym samym zniwelowanie elementu zaskoczenia”.

Część teoretyczna bez trzech groszy z Wikipedii grozi oblaniem egzaminu z rzetelności blogerskiej 😀 A zatem co powie nam o spojlerowaniu Pani Wiki?

Ano Pani Wiki pisze o nieznanych mi wcześniej czynnościach: „Jego znaczenie <spojlerowania> nieco maleje z upływem czasu od powstania do emisji danej produkcji, bowiem w międzyczasie wiele informacji o szczegółach zakończenia przedostaje się do mediów, niemniej na internetowych grupach dyskusyjnych, forach i stronach poświęconych różnego rodzaju produkcjom przyjęło się ostrzeganie czytelników. Na grupach dyskusyjnych w Usenecie ostrzeżenie polega na poprzedzeniu spoilera około 25 pustymi liniami nazywanymi odstępem spoilerowym (ang. spoiler space), niekiedy takie informacje kodowane są w standardzie ROT 13 lub w inny sposób ukrywane”. To ostatnie ciut skomplikowane…

No ale jedno każdy wie: SPOILER TO ZŁO! I tego się moi Drodzy trzymajmy 🙂

Ostatni film w życiu, czyli Guwernantka pisze o filmie “The Old Oak”, taczeryzmie, uchodźcach i piwie

Jak to jest reżyserować film z myślą, że robi się to po raz ostatni w życiu? To pytanie bardzo chętnie zadałabym reżyserowi Kenowi Loachowi, bo jego film „The Old Oak” z 2023 roku jest, jak zapowiedział sam twórca, kropką nad i w jego karierze. A była to kariera bardzo długa zważywszy na wiek reżysera, który ma aktualnie 87 lat.

Ken Loach uważany jest za jednego z ważniejszych brytyjskich reżyserów. Urodził się w 1936 roku w Nuneaton w rodzinie robotniczej. To z pewnością miało duży wpływ na tematykę jego dzieł, które określa się jako społecznie zaangażowane. Ken Loach bywa nawet nazywany „mistrzem kina społecznie zaangażowanego”.

Nie dziwi zatem fakt, że swój ostatni film pt. „The Old Oak” umiejscowił w północnej Anglii w mieście, które lata swojej górniczej i przemysłowej świetności ma już dawno za sobą. Miasteczko zamieszkują byli górnicy lub często osoby, którym ucieczka do lepszego życia się nie udała. Miejsce to spowiła bowiem recesja, zrezygnowanie i brak wiary na lepsze jutro.

Ken Loach nie kryje swoich socjalistycznych poglądów. Mam wrażenie, że ten film to jego sprzeciw wobec całej polityki premier Margareth Thatcher. Rządziła ona w Wielkiej Brytanii z ramienia Partii Konserwatywnej w latach 1979-1990 , a więc łącznie 11 lat (!).

To za jej premierowania doszło do wielkiego strajku związków zawodowych i górników przeciwko jej polityce, która zmierzała do likwidacji górnictwa.

Warto przytoczyć definicję polityki Thatcher, którą nazwano od jej nazwiska „taczeryzmem”: „Najważniejszym elementem taczeryzmu było ograniczenie interwencjonizmu państwowego i tzw. keynesowskiego państwa dobrobytu. Według Thatcher państwo opiekuńcze prowadzi do demoralizacji obywateli, utraty motywacji i chęci do działania. Za cel „Żelazna Dama” stawiała sobie wyprowadzenie państwa z zapaści gospodarczej” (Wikipedia).

Film rozpoczyna się przyjazdem autokaru z syryjskimi uchodźcami. Większość mieszkańców, delikatnie mówiąc, nie pała do przybyłym sympatią. Mówiąc jednak dosadnie ich postawa jest z oczywistych względów ksenofobiczna. Jednak są wśród mieszkańców miasteczka ludzie dobrej woli, pomocni i empatyczni. Załatwiają mieszkania, przywożą materace do spania czy pieluchy dla dzieci. Tutejsi robią wyrzuty, że „im” się nie pomaga, a „im” już tak. Syryjska dziewczynka cieszy się z otrzymania roweru, a miejscowy chłopak komentuje to, że: „On też chce rower”.

Główny bohater filmu, grany przez Dave’a Turnera, prowadzi bar The Old Oak. To kultowe miejsce lokalsów. Tutaj toczy się (w większości męskie) życie miasteczka. Omawia się lokalne i nielokalne sprawy. Nie dziwi fakt, że przy pitych piwach wypływa temat imigracji. Jak się domyślacie z piwnej piany wypływają pomyje. Sfrustrowanym ludziom nie trzeba wiele do agresji. A słabsi uchodźcy z Syrii są idealnym „chłopcem do bicia”.

Bywalcom pubu nie podoba się pozytywna postawa jego właściciela wobec przybyłych. Co gorsza (według nich) główny bohater filmu zaprzyjaźnia się z młodą Syryjką graną przez Eblę Mari. Pasją dziewczyny jest fotografia. Zna doskonale angielski i stanowi pomost między mieszkańcami a uchodźcami. Ich połączone siły będą dążyć do zmiany sytuacji w miasteczku.

Czy im się to uda? Nie zdradzam. Obejrzyjcie ten film 🙂

PS „ The Old Oak” ma na koncie aż sześć nagród publiczności, które zdobył na różnych festiwalach. To świetny dowód na to, że dzieło to świetnie rezonuje z ludźmi, którzy dopatrują się i zauważają utożsamianie się ich własnych społeczeństw z mieszkańcami filmowego miasteczka.

O kobiecie z brodą, czyli Guwernantka obejrzała film „Rosalie”

Za mną kolejny udany seans w ramach Dyskusyjnego Klubu Filmowego „Ósemka” we Włocławku. Tym razem był to film pt. „Rosalie” (reż. Stephanie Di Gusto, 2023).

Na początek parę faktów.

Depilacja woskiem:

Broda – 25 zł

Wąsik – 39 zł

Bikini French – 99 zł

Uda – 79 zł

Plecy – 89 zł

Ręce – 89 zł

To przykładowy cennik usług gabinetu kosmetycznego. Dlaczego zaczynam od takiej informacji? Można z niej wywnioskować kilka prawd o współczesności. Po pierwsze istnieje kanon piękna kobiet, które, by się w niego wpasować, muszą od czasu do czasu iść do kosmetyczki. Po drugie to trochę kosztuje.

Główna bohaterka o imieniu Rosalie skrywa pewną wstydliwą tajemnicę. Jej ciało i twarz są owłosione. Ma z tym problem od dziecka. Najpierw ojciec, a później ona sama po prostu brzytwą jak mężczyźni goli zarost na brodzie. Dzisiaj nazwalibyśmy to schorzenie po prostu hirsutyzmem, które objawia się właśnie męskim owłosieniem u kobiet. W latach 70. XIX wieku, kiedy rozgrywa się akcja filmu, takie dziewczyny-dziwolągi jak Rosalie po prostu lądowały w cyrku. Ale nie Rosalie. Ta dziewczyna ma inny pomysł na swoje życie.

Akcja filmu rozgrywa się na francuskiej prowincji, bodajże w Bretanii. Ależ piękne były te obrazy stamtąd! Uwielbiam taki klimat. Rosalie (grana przez Nadię Tereszkiewicz) ma wyjść za mąż za Abla (w tej roli Benoît Magimel). Para się nie zna. Rosalie marzy o miłości i akceptacji, a Ablowi zależy na jej posagu, bo ma zadłużony bar. Warto wspomnieć, że Abel to były żołnierz z chorym kręgosłupem.

Rosalie jak najdłużej pragnie ukryć przed mężem swój sekret. Jak zareaguje na prawdę Abel?

Czy będzie tolerował inność małżonki? A może ją odtrąci?

Nie będę Wam nic więcej opowiadać. Film ma niezwykle wartką akcję ze zwrotami, które od filmu obyczajowego bardziej przypomina kino akcji. Choć film ten trwa tyle ile większość filmów, ja miałam wrażenie, iż jest o wiele dłuższy i spojrzawszy po seansie na zegarek byłam w szoku, że dopiero 21.00.

Co warto podkreślić to film biograficzny na podstawie życia Clémenne Delait, która 150 lat temu postanowiła żyć normalnie, a nie w trupie cyrkowej.

Jak Rosalie zostanie przyjęta przez społeczność? Czy ludzie okażą się względem niej tolerancyjni i otwarci, a może ją odtrącą, wykluczą oraz zmarginalizują?

Ach, jakże ten film jest uniwersalny i potrzebny w naszych czasach. Jak niewiele się zmieniło. Choć mamy teraz modę na bodypositive oraz samoakceptację i w reklamie mydła Dove zobaczymy kobiety z nadwagą czy o innym niż biały kolorze skóry, to nie zmienia tego, że istnieje określona estetyka oraz kanon piękna.

Film jest świetnie zagrany. Są w nim i polskie akcenty, co mnie bardzo cieszy. 28-letnia Nadia Tereszkiewicz ma dziadka, który pochodzi z Polski. To przezdolna dziewczyna. Autorką muzyki do filmu jest Hania Rani, laureatka Paszportu Polityki 2024. Za skomponowanie muzyki do filmu „Rosalie” otrzymała nagrodę na festiwalu we francuskim Angoulême.

Obejrzyjcie ten film. Koniecznie. Mnie bardzo wzruszył. Wszyscy potrzebujemy miłości.

“Pieśni ziemi” i serca, czyli Guwernantka była 90 minut w Norwegii

Wczoraj miałam ogromną przyjemność zobaczyć na dużym ekranie w Multikinie, w ramach Dyskusyjnego Klubu Filmowego we Włocławku, film dokumentalny „Pieśni ziemi” (reż. Olin Margreth, 2023). Jeśli ktoś oglądał go na telewizorze czy laptopie to sporo stracił na dwóch zmysłach: wzroku i słuchu. Dlaczego? Bo przez cały film podziwiamy norweską przyrodę, a ta nie wymaga większej reklamy. Jest po prostu cudem natury. Dokładniej zachwycamy się fiordami w dolinie Oldedalen w Nordfjorden. Do tego tytułowe „Pieśni ziemi” oznaczają śpiewane co jakiś czas poetyckie pieśni przez rodziców reżyserki i scenarzystki.

To oczywiście film o potędze przyrody i relacji z nią człowieka. Główni bohaterowie mieszkają na farmie, gdzie dominuje przyroda a nie liczni sąsiedzi.

Rodzice Olin Margreth są już w podeszłym wieku. Obok siły przyrody zachwyca siła ich miłości, którą sobie okazują. W filmie dominują bardzo mądre wypowiedzi ojca. To credo doświadczonego mężczyzny po 80-tce. Widzimy go nieustannie wędrującego z kijkami do (oczywiście) nordic walking. Bardzo wzruszyła mnie ich małżeńska relacja. Obejmują się, przytulają, trzymają za ręce, tańczą przy ognisku. Czują schyłek swojego życia. Więcej myśli o nim matka, która wyznaje, że chce odejść pierwsza, bo nie zniesie straty męża. Jest od niego o 9 lat młodsza. Mąż uspokaja ją, że to normalna wymiana pokoleń i mówi żonie, by wspominała tylko te dobre chwile.

Symbolem rodzinnej więzi i tradycji jest świerk zasadzony przez dziadka bohatera. Jest już bardzo wysoki i wyróżnia się na tle innych drzew. Ma dużo miejsca, by rosnąć jako dorodne i zdrowe drzewo.

Nasza planeta ma 4,6 miliarda lat. W Polsce przeciętnie mężczyźni dożywają do ok. 73. roku życia, a kobiety do ok. 81 roku życia. Jesteśmy tutaj zatem na chwilę!

Życie człowieka można podzielić na dzieciństwo, młodość, dojrzałość i starość. Można również każdego roku dzielić je na wiosnę, lato, jesień, zimę. I tak właśnie (jak w „Chłopach” Reymonta) postanowiła podzielić swój film Margreth Olin. Dzięki temu mamy obraz Norwegii o każdej porze roku.

Polecam ten film Waszej uwadze!

Wici o Wielkanocy pisane wierszem przez poetę, który kochał swoją żonę

Otwieram edytor tekstu. Za minutę północ. Przy święceniu pokarmów ksiądz nie omieszkał przypomnieć o zmianie czasu. Nie wiem, czy mnie nastraszył wizją krótszego snu, ale faktem jest, że nie chce mi się dzisiaj w ogóle spać. Nawet farmakologia nie pomaga. A książkę czytam aktualnie za ciekawą, by przy jej lekturze zasnąć.

Jakiś czas temu z biblioteczki dziadków sięgnęłam po „Poezje” Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. W czasach szkolnych mówiłam na konkursie recytatorskim wiersz tego poety pt. „Wenus”. Piękny. Dedykowany żonie. Kiedy czytam ten wiersz po tylu latach po cichu jest to prezentacja w głowie moich popisów oratorskich. Akcentuję coś, albo gdzieś podbijam głosem emocje. Mam ten wiersz czytelniczo wgrany w moje DNA. W myślach mówię go tak, jak na owym konkursie bym była powtórnie. Pozwólcie, że zacytuję przedostatnią strofę tego wiersza:

„To do ciebie, Wenus, na twą chwałę

pory roku idą rząd za rzędem;

wiosen szum, zim plecy białe,

letnie góry i trąbki jesienne”.

Ależ trafiona strofa na czas katastrofy klimatycznej! Dzisiaj, w Wielką Sobotę, Polacy odchodzili od krojenia sałatek jarzynowych na śniadanie wielkanocne, by wyjść na spacer do parku, lasu lub plażę. Cudne to. Rekord ciepła w marcu. A tymi szczęściarzami, co przeskoczyli najwyżej w rywalizacji kto pierwszy do lata, pomijając wiosnę, był Tarnów – 26,4 st. Dzięki temu miastu – naszej dumie narodowej – byliśmy dzisiaj najcieplejszą stolicą w Europie.

Jednak nie dla powyższego wiersza sięgnęłam po tomik wierszy Gałczyńskiego. Jest tam bowiem ciekawy wiersz pt. „Wielkanoc Jana Sebastiana Bacha”. Zachęcona rozpuściłam wici po Internetach w poszukiwaniu innych wielkanocnych wierszy poety. Wyskoczył mi blog ze świetnym artykułem. Można je wszystkie przeczytać i wkroczyć w świąteczny nastrój!

Jak pisze niejaka Urocznica: „Wielkanoc w oczach Gałczyńskiego jest pełna barw, dźwięków, przyrody i zachwytów. Wiersze poety poruszają, zaskakują, budzą uśmiech”.

Link do bloga:

Bardzo ciekawa lektura! Zwłaszcza, że od 41 minut mamy Niedzielę Wielkanocną i śpimy krócej, a rezurekcja o 6.00. Ciekawe która ławka będzie najgłośniej ziewać 😉

Mój tomik poezji Gałczyńskiego rozpada się w dłoniach. Rok wydania to 1986, a zatem ta celuloza jest z nami 38 lat. Wpisuję w wyszukiwarkę „introligator Włocławek” . Jest! Kultura papieru nie zginie! Duma z miasta i tego, że takie rzemiosło jeszcze nie upadło.

Na koniec życzenia od Guwernantki:

Niech te świąteczne dni wypełnione zakupami, sprzątaniem i gotowaniem upłyną szybko i sprawnie. Zresztą to już się rzekło. W niedzielę i poniedziałek niech dzień się pięknie dłuży 😀 Niech to będzie czas bliskości i wyjątkowości spędzony z Rodziną, przyjaciółmi własną osobą! Pozwól sobie na samotny jogging czy czytanie książki pod kocem. Ale wolny czas mierzy się dopiero po ukończeniu przygotowywania sałatki jarzynowej 😉

Serdeczności!

Wasza @fotograficznie_lirycznie/Guwernantka

Guwernantka ogląda film „Lęk” i nie dmucha nosa w kinie, czyli jak przeżyć wewnętrzne katharsis incognito

Wow… Ostatni post napisałam pod koniec grudnia zeszłego roku (!). Drogi Czytelniku mojego bloga Guwernantka obiecuję pisać częściej.

Zawsze przed moją pisaniną odpalam na YouTubie Tiersena „Pour Amelie” wykonywane na pianinie przez Jeorena von Veena. Najlepiej mi się wtedy pisze. A do tego prezent gwiazdkowy od siostry: zapalona świeca o smaku wiśni w białej czekoladzie. Nie wiadomo czy palić i wdychać, czy po prostu jeść.

Jest 2:30 w nocy, a ja zamiast spać piszę ten post.

„Może wybudził cię lęk?” – pytam siebie w myślach. Cóż, całkiem możliwe, bo wczoraj obejrzałam film, trwający 92 minuty pod tytułem „Lęk” (reż. Sławomir Fabicki, 2023).

W skrócie to historia dwóch sióstr o skrajnie odmiennych życiorysach. Z jednej strony prawniczka Małgorzata, robiąca dużą karierę, a z drugiej strony Łucja, realizująca się na polu ogniska domowego. Ma męża i dwie córki. Wspólna podróż to dla sióstr spore wyzwanie emocjonalne przepełnione tytułowym lękiem.

Małgorzata jest umierająca i jedzie do Szwajcarii, by dokonać eutanazji. Nie zdradzę zakończenia, czy Małgorzata odwołała to i wybrała dalszą walkę, czy się poddała i umarła w sposób higieniczny, metodyczny i sztuczny.

Film jest bardzo emocjonalny. Szczególnie do mnie trafił, bo prywatnie mam dwie starsze siostry. Małgorzatę gra Magdalena Cielecka. Do roli schudła aż 8 kilogramów i ścięła włosy. Ma bladą cerę, podkrążone oczy, zapadnięte policzki, a kręgi kręgosłupa możemy liczyć jak na liczydle w szkole podstawowej. To wszystko świadczy o profesjonalizmie tej aktorki. Jej wygląd był naprawdę bardzo wiarygodny. Doceniam jej postawę jako aktorki.

Jej filmową siostrę gra Marta Nieradkiewicz.

Zachęcam do obejrzenia tego filmu!

Mnie skłonił do refleksji i poszukania paru danych na temat raka.

Według Krajowego Rejestru Nowotworów jest około 170 tysięcy zachorowań i 100 tysięcy zgonów. Rak stanowi 25% wszystkich zgonów w Polsce. Na 100 tysięcy populacji wypada średnio 254 osób.

Zainteresowała mnie sama definicja lęku. Na stronie Medicover przeczytałam: „Lęk jest jednym występujących objawów psychopatologicznych. Można go określić jako nastrój, w którym dominuje odczucie silnego zagrożenia lub zatrważającej zmiany wywodzącej się z nieznanego, nierealnego źródła. Lęk jest odpowiedzią organizmu na irracjonalne zagrożenia”. Statystyki mówią, że zaburzenia lękowe ma 10% populacji, czyli 400 tysięcy Polek i Polaków.

Na koniec z ciekawości wpisałam do wyszukiwarki Google tematyczne słowa, a ten podpowiedział mi: „chroniczny lęk”, „silny lęk”, „zaburzenia lękowe”, „nerwica lękowa”, „depresja”.

Wyróżniamy m.in. lęk: separacyjny, społeczny, pierwotny, napadowy, uogólniony, wysokości czy paniczny.

Ale dość już tej medycyny na moim blogu. Jednak przy okazji takiego filmu można ciut uświadomić i uwrażliwić ludzi na kwestie zdrowia psychicznego.

Podsumowując film „Lęk” to film drogi najeżony emocjami. W kinie zawsze krępuje mnie wyciągnięcie chusteczki. Jest przecież taka gęsta cisza. Czasami czuję już pod powiekami łzę i po prostu wycieram ją wierzchem dłoni. To jednak oznacza ruch zauważalny dla innych osób. Dlatego wczoraj w naprawdę wzruszających momentach łzy płynęły po całym policzku, łaskocząc go i nie łapałam ich językiem na wysokości ust. A zatem przeżyłam katharsis. Wam też tego życzę!